Tak bardzo czekaliśmy. Jest łóżeczko, a jej nie ma…

22 marca 2017
21 705 Views

Dla Kasi i Kamila była niespodzianką od losu. Miała być pociechą dla rodziców, dziadków i całej rodziny. – Czekaliśmy na nią, bardzo czekaliśmy- mówią małżonkowie. Tymczasem trzy tygodnie przed terminem porodu Kasia przestaje czuć ruchy dziecka. Badania potwierdzają najgorsze. Dziewczynka nie żyje. Leki na wywołanie, szybki poród. Kamilka przyszła na świat we wtorek. W czwartek rodzice ją pochowali. – My tego nie rozumiemy. Było wszystko w porządku. Co miesiąc lekarka robiła badania. Zapewniała, że jest wszystko tak, jak być powinno. Więc jak to możliwe, że nasza córka, zdrowe dziecko, tak po prostu z dnia na dzień umarło? – zalewają się łzami Kasia i Kamil Bień.

Skromny dom w spokojnej okolicy. Słychać szczekanie dwóch wesołych psiaków. Drzwi otwiera drobna blondynka. Jej twarz jest blada. Widać, że jest słaba. Nie ma w niej energii, na jej twarzy nie maluje się uśmiech. Za nią stoi jej mąż. Na jego twarzy również widać smutek. Wokół czuć taką pustkę. Tego nie da się opisać słowami. W oczach młodych małżonków widać ból. Ból, jakiego mało kto doświadcza. Ból, który rozrywa serce, blokuje oddech. Ból, który czują tylko ci rodzice, którzy stracili dziecko…

 

To była taka nasza niespodzianka

 

Wiadomość o ciąży Kasi Bień była zaskoczeniem dla wszystkich. Oczywiście pozytywnym. – Żona kupiła test ciążowy. Wyszedł pozytywnie – wspomina Kamil Bień. – Gdy przyjechałem z zagranicy kupiliśmy drugi i również wyszedł pozytywny. Później wybraliśmy lekarza ginekologa i poszliśmy do niego potwierdzić ciążę.

Kasia i Kamil lekarza szukali długo. Chcieli, żeby był on doświadczony i poprowadził ciąże najlepiej jak się tylko da.

– Szukaliśmy w Internecie. Zależało nam, żeby była to kobieta, i żeby też nie przyjmowała za daleko od nas – mówi Kamil. – Ja wyjeżdżam za granicę. Żona boi się sama dalej samochodem wypuszczać. I przeczytaliśmy, że do Wieruszowa dojeżdża lekarka z Jeleniej Góry, pani Małgorzata.

– Tak sobie pomyślałam, że jak z Jeleniej Góry, to bardziej doświadczona – dodaje Kasia.

Szybko jednak małżonkowie nad swoim wyborem zaczęli się zastanawiać. Jednak, jak to bywa w przypadku pierwszej ciąży, nie wiedzieli czego oczekiwać, czego się spodziewać.

– Na pierwszej wizycie pani ginekolog pytała mnie czy biorę jakieś leki – wspomina Kasia. – Jak powiedziałam, że nie to ona od razu, że bardzo niedobrze, że powinnam brać kwas foliowy przed zajściem w ciążę. Tylko, skąd ja miałam wiedzieć, że zajdę w ciążę. Nie planowaliśmy tego.

– Żona miała mieszane uczucia co do tej lekarki – dodaje Kamil. – Nie podobało jej się podejście. Jednak mimo wszystko chodziliśmy do niej dalej.

Tygodnie mijały. Wszystko było w porządku. Kasia czuła się dobrze, a rodzina z każdym dniem coraz bardziej cieszyła się na nowego członka rodziny. Po 20 tygodniu ciąży Kasia poczuła mocne bóle.

– Okazało się, że mam kamienie na pęcherzu żółciowym. Miałam też problemy z tarczycą. Dostałam leki i wszystko powoli się stabilizowało. Najważniejsze, że ciąża przebiegała prawidłowo. Nic się nie działo niepokojącego – mówi Kasia Bień.

 

Powodów do stresu nie brakowało

 

Kamil pracował za granicą. Jednak starał się w każdej możliwej chwili wracać do domu. Chciał razem z żoną patrzeć, jak ich dziecko się rozwija w brzuszku. Chciał jej pomagać w przygotowaniach do przyjścia na świat ich dziecka.

– W domu byłem tak często jak się tylko dało. Na większości wizyt byłem z żoną u lekarza. Raz robiła USG. Raz wykonywała badanie ginekologiczne plus USG – wspomina wizyty u lekarki Kamil. – Ja na tym komputerze się nie znam. Ona sobie patrzyła i nic nie mówiła. Ja musiałem za każdym razem się dopytywać. I tak też robiłem. Przed wyjściem zawsze pytałem, czy na pewno jest wszystko w porządku. Zapewniała, że tak, że wszystko jest w porządku i nie ma się o co martwić.

Jednak zdarzały się takie wizyty, na które Kasia musiała udać się sama. Były one sporadycznie, ale jedna z nich na dobre utkwiła w pamięci wówczas jeszcze przyszłej mamy.

– Byłam na wizycie sama. Najpierw mnie zbadała i powiedziała, że szyjka macicy jest skrócona. No to ja w płacz, bo zestresowałam się, że będzie przedwczesny poród. To było jakieś trzy tygodnie temu. Byłam roztrzęsiona – mówi Kasia. – Wzięła mnie na USG i bada i mówi, że jedna komora serca jest większa. To już w ogóle się rozpłakałam. Dała mi skierowanie do Wrocławia do poradni, gdzie dokładnie zbadają serduszko. Pytałam się o ile będzie wcześniejszy poród. Dała mi luteinę pod język, ale nic nie wytłumaczyła – wspomina ze łzami w oczach Kasia.

Na szczęście wizyta w specjalistycznej klinice rozwiała wszelkie obawy. Serce maleństwa okazało się być zdrowe i nie było powodów do niepokoju. Przynajmniej w tej kwestii. Kolejna, choć już sprawa nieco mniej ważna, jednak też zaczęła wzbudzać pewne niepokoje u małżonków.

– Przy tym okresie ciąży, nawet nie wiem czy nie umiała, ale nie powiedziała nam czy będziemy mieli synka czy córkę. Chcieliśmy znać płeć. Pytaliśmy – mówi Kamil Bień.

– Pierwszy raz mówiła, że dziecko jest nieodwrócone, żeby się modlić, żeby się odwróciło. Później, że ma pępowinę między nogami i nie jest w stanie. Jak powiedziała, żeby się modlić, żeby się dziecko odwróciło, to znów się zestresowałam. Na następnej wizycie już było wszystko w porządku – dodaje Kasia Bień.

– Trzy tygodnie temu, dosłownie po minucie badania płeć określił nam lekarz w klinice we Wrocławiu, tam gdzie pojechaliśmy zbadać serduszko naszego dziecka. To był moment. Jak widać dało się określić bez problemu płeć. Jak pojechaliśmy do naszej pani ginekolog, mimo wszystko zapytałem. Chciałem sprawdzić, co teraz odpowie. Badała, badała bardzo długo. Szukała, szukała. Nie powiedziała w stu procentach, ale powiedziała, że wydaje jej się, że to jest dziewczynka – relacjonuje Kamil.

 

Termin porodu mieliśmy na 2 kwietnia

 

20 lutego przyszli rodzice byli na wizycie u pani ginekolog po raz ostatni . Termin porodu Kasia miała wyznaczony na 2 kwietnia. Spokojni i szczęśliwi małżonkowie każdą wolną chwilę spędzali na czytaniu o rozwoju dziecka, o tym co w danym miesiącu się u ich maleństwa rozwija. Oczekiwanie na maleństwo wprowadziło w ich życie wielką radość. Cieszyli się również ich rodzice i rodzeństwo. To miały być ostatnie tygodnie wielkiego, radosnego oczekiwania.

Sobota, 4 marca. Ten dzień był inny niż wszystkie dotychczasowe. Nagle pojawił się strach. Radość nieco przygasła.

– Zaczęło nas niepokoić, że nie czuć ruchów. Jeszcze sprawdzaliśmy w Internecie, szukaliśmy czy, aby to jest normalne. Wyczytaliśmy, że dziecko rośnie, że miejsca ma mniej i te ruchy też są już mniejsze i rzadsze. Jednak nie dawało nam to spokoju – wspominają małżonkowie.

Jak dodaje Kamil Bień, w czwartek, 2 marca, u małżonki pojawiły się bóle.

– Byliśmy pewni, że to od tych kamieni – komentuje Kasia. – Córeczka jeszcze mnie kopała. Piątek te ruchy jeszcze były. W sobotę już tak jakbym w ogóle tych ruchów nie czuła. Ponieważ nasz ginekolog przyjmuje tylko dwa razy w tygodniu , szukaliśmy numeru do innego lekarza. Zaczęliśmy się naprawdę niepokoić – mówi zapłakana.

Kamilowi udało się znaleźć numer do położnej środowiskowej, która zajmuje się ich terenem. – Wytłumaczyliśmy, że żona jest w ciąży i bardzo byśmy chcieli się umówić na wizytę, żeby podjechała do nas i zobaczyła czy wszystko jest w porządku. Jak żona powiedziała, że zaczyna się martwić, bo nie czuje ruchów dziecka, położna powiedziała, że w tej sytuacji za chwilę u nas będzie. Minęło dosłownie kilkanaście minut i była. Zaczęła mnie badać i mówi, że tętno jest ale to już było tylko moje tętno. Powiedziała, że już dziecka nie słyszy – mówią załamani małżonkowie.

Ta informacja spadła na nich jak grom z jasnego nieba. Choć serca zaczęły im pękać, nie potrafili do siebie dopuścić tej myśli.

– Nie uwierzyliśmy w to. Zacząłem pocieszać żonę, że wszystko będzie w porządku. Skierowała nas na badanie KTG do szpitala. Pojechaliśmy natychmiast- wspomina Kamil.

 

Jej serce przestało bić

 

W szpitalu natychmiast wykonano Kasi badanie KTG. Niestety, potwierdzało się najgorsze. Położne nie potrafiły wyczuć tętna dziecka. Natychmiast wezwały lekarza, a ten pojawił się dosłownie w momencie. Kasię zabrano na badanie USG.

– No i….okazało się, że dziecko nie ma tętna. Serduszko przestało bić. Dla nas to już było jednoznaczne, że nic już nie da się zrobić – mówi Kamil.

Katarzynę skierowano na oddział. Na drugi dzień podano jej tabletki na wywołanie porodu. Dziecko urodziło się we wtorek o 13.20. W czwartek, 9 marca Kamilka została pochowana.

– Nie kontaktowaliśmy się z naszą lekarką. Ja nie wiem… nie wiem o czym mam z nią rozmawiać. Nie za bardzo jesteśmy przekonani do tego kontaktu. Co ona nam teraz powie? Na 20 marca wyznaczona była kolejna wizyta. Nadal jest… Nie zdążyłam jej anulować. Nie miałam do tego głowy – mówi zapłakana Kasia.

Świat młodych małżonków się zawalił. Kasia ma dopiero 23 lata, Kamil 25. Dziecka wyczekiwali od pierwszego momentu, jak tylko się dowiedzieli, że Kasia jest w ciąży. Mieli plany, wielkie nadzieje. Teraz mają złamane serca i mnóstwo bólu, którego nikt nie jest w stanie ukoić.

– My tylko chcemy wiedzieć, czy dało się coś zrobić. Bo jak się dało, to ja nie wiem. Może udałoby się dziecko uratować i urodziłaby się żywa. I wszystko byłoby w porządku – mówi Kasia.

Każde słowo jest wypowiedziane niepewnie. Kasia przez cały czas płacze. Nie potrafi ani na chwilę się uspokoić. Każda myśl o córeczce, każde słowo od nowa rozdziera jej serce.

– Nie wiem, nie mam pojęcia. My chcemy wiedzieć, wydaje mi się jak każdy rodzic, dlaczego tak się stało i czy mogło być inaczej- dodaje zapłakana.

– Jak dla nas to jest dziwne. To już była końcówka. Zostały trzy tygodnie i z dnia na dzień dziecko umarło – nie potrafi zrozumieć tej tragedii Kamil. – Jeszcze jak lekarka nam powiedziała, że poród będzie przedwczesny, to spodziewaliśmy się, że dziecko może się urodzić szybciej- wtrąca Kasia.

– Czekaliśmy na to dziecko. Bardzo czekaliśmy. Wszystko już szykowaliśmy- mówią załamani małżonkowie.

Kasia jest roztrzęsiona. Jak mówi, bała się, że nie zdąży wszystkiego kupić, zanim pójdzie do szpitala. Kamil miał wyjechać za granicę, a jej bardzo zależało, żeby zakupy dla dziecka robili wspólnie.

– Nie znaliśmy płci. Wszyscy nas się pytali, nawet mówili, że pewnie wiemy, a nie chcemy powiedzieć. A my chcieliśmy znać, chociaż żeby wiedzieć jakie łóżeczko kupić, jakie ubranka. Dowiedzieliśmy się praktycznie na końcu ciąży – mówi załamana. -Już było wszystko kupione, nawet łóżeczko jest. A jej nie ma.

Podczas pobytu w szpitalu, do Katarzyny przyszła pielęgniarka. Tłumaczyła jej, że dziecko miało wadę genetyczną.

– Pytała się do jakiej ginekolog chodzę. Pytała się też czy mamy jakieś obciążenia w rodzinie. Ale my jesteśmy zdrowi, w rodzinie nikt nie ma żadnych obciążeń. Rodzeństwo mamy zdrowe. Dzieci w rodzinie się rodzą i wszystkie są zdrowe – mówią małżonkowie.

– Nigdy nie myśleliśmy, że będziemy chować własne dziecko, nigdy – mówi załamany Kamil.

– Ja rozumiem, że zdarzają się różne sytuacje i kobieta może poronić. Ale to na początku ciąży. A w tak zaawansowanej, ja tego nie rozumiem. Jedyne, co mi się wydawało, to że mogę wcześniej urodzić. Ale nie sądziłam, że będę mieć dziecko pod sercem i ono nie żyje – mówi roztrzęsiona Kasia. – Rozumiem, gdyby to się stało 20-30 lat temu. Ale mamy XXI wiek. Miałam co chwilę badania robione. Jak to możliwe, że lekarz nic nie zauważył.

Małżonkowie wspominają jeszcze jedną rzecz. Podczas porodu lekarze uznali, że w ogóle nie ma wód płodowych.

– Ja się zastanawiam czy lekarz może się nie dopatrzyć, że tych wód nie ma. Podczas USG też wód nie było – mówi Kamil.

 

Lekarka nie odbiera. Babcia nie odpuści

 

Pomimo wielu prób, zarówno telefonicznych, sms-owych czy też mailowych porozmawiać z ginekolog Małgorzatą Turowską –Regent nam się nie udało. Za każdym razem wysłuchujemy radosnego grania na czekanie „Będziesz zbierać kwiaty, będziesz się uśmiechać…”. Ta sama melodia towarzyszy nam na oficjalnej stronie ginekolog. Radosna muzyka, do tego zdjęcie pani ginekolog z kwiatami w pięknym ogrodzie. Aż ciężko uwierzyć, że gdzieś tam są ludzie, którzy zaufali lekarce, a teraz płaczą i nie śpią po nocach, bo zwyczajnie im się życie zawaliło.

– Będę walczyła i pomagała synowej i synowi- mówi Bożena Bień, mama Kamila. – Dla mnie, dla męża, dla rodzeństwa wiadomość o śmierci dziecka była szokiem. Nie może tak być, żeby lekarze byli bezkarni. Nie można bezkarnie uśmiercać dziecka. Dla mnie to dziecko

zostało zamordowane przez lekarkę. Bo skoro dwa tygodnie przed jest synowa u lekarza i lekarz twierdzi, że jest wszystko ok, a dwa tygodnie później dziecko umiera w matce, to kto tu zawinił ? No kto tu zawinił ?- mówi zbulwersowana.

Dziecku zrobiono sekcję zwłok. Od jej wyników zależy, jak dalej potoczy się ta tragiczna historia.

– Jeśli to jest czyjś błąd, a w moim uznaniu jest, to ta osoba powinna za ten błąd odpowiedzieć – dodaje Bożena Bień.

Późnym wieczorem, w dniu zamknięcia składu gazety ( poniedziałek, 13 marca), udaje nam się nawiązać kontakt z ginekolog Małgorzatą Turowską – Regent. Kobieta co prawda telefonu nie odbiera, ale odczytuje wiadomości mailowe z prośbą o pilny kontakt w sprawie śmierci dziecka jednej z jej pacjentek. Ginekolog dopytuje o imię i nazwisko pacjentki, po czym znów następuje milczenie.

12 Comments

  1. powaznie robicie takie artykuły na takie tematy??
    >wieluń

    • wszystkie tematy powinny być poruszane, ja byłam z tym sama z meżem 🙁 teraz można sie wykrzyczeć nawet tu w internecie , jest łatwiej nie kisisz tego w sobie, Pierwsze co to powinni dostać opiekę psychologiczną ja takiej nie dostałam. to powinien zapewnic szpital mnie traktowano jak by się nic nie stało A STAŁO SIE BARDZO DUŻO

    • Witam jestem lekarzem i nie mogę dodać swego komentarza!!!

  2. Miałam taką sytuację ale to było 14 lat temu:( byłam w 37 tyg ciąży to był czwartek byłam u lekarza( ginekologa) było ok miałam słabe ciśnienie 80 na 50 ale czułam się dobrze, sobota popołudnie dostałam bóle myśe( rodzą wcześniej i jest ok) maż zawozi mnie do szpitala a tam :(:( synek nie żyje prawdopodobne łożysko się odkleiło( diagnoza się potwierdziła po porodzie) urodził sie w niedziele rano o 7:30 miał 59 cm i 2830 wagi pamiętam wszystko ze szczegółami, i nigdy nie zapomnę:( ale nie chce zapomnieć pamietam ego twarzyczę ( poprosiłam by mi pokazali Adriana) ale nie chcieli mi go dać ( może i dobrze bo bym nie oddała) co było potem nie ważne ten moment był najradosniejszy i naj smutniejszy widziałam go był śliczny ale potem juz go mi zabrali:( na pogrzebie nie byłam nie wypuścili mnie ze szpitala.

  3. Bardzo przykra historia. Niestety takie sie zdążają nawet jesli wydaje ci sie ze wszystko jest dopilnowane, jednak oskarżanie lekarki o zabicie dziecka to przesada. Pewnie wiecej informacji co sie stało bedzie po sekcji.

  4. Żal niby niechcący niszczy karierę fajnej lekarki.. Powinno być karalne takie oczernianie.. Miałam przyjemność poznać panią dr. kilka lat temu.. Ciężko dostać się do Niej w Wieruszowie, świadczy to o Jej kompetencji.. Pozdrawiam.

  5. też straciłam dziecko w czerwcu 2015 roku przez panią Turowską.. to jest bardzo przykra historia.. wiem co rodzice teraz przeżywają…

  6. Bardzo współczuję Pani Kasi i jej rodzinie. Sama przeżyłam podobną tragedię przed wieloma laty. Oskarżałam lekarzy, położne, cały świat…Tyle, że mnie tłumaczyły rozpacz i niewyobrażalne cierpienie. To one odbierają rozsądek i wywołują agresję. Stąd rozumiem Kasię…Jednak zachowanie dziennikarki, bez krzty obiektywizmu, jest SKANDALICZNE!!! To próba żerowania na czyimś nieszczęściu! Tekst pisany językiem z taniego brukowca, obliczony na łzy i wzruszenia. Gdzie etyka dziennikarska i rzetelność?! Jakim prawem ferowane są wyroki, bez poczekania na WYNIK SEKCJI??? Czy ta pseudo-dziennikarka nie wie, że powinna przede wszystkim mieć konkretne argumenty, a POTEM oskarżać???Takimi SUGESTIAMI można wyrządzić wszystkim ogromną krzywdę : Pani Kasi rozdrapując jej niezabliźnione rany, lekarzowi – odbierając zaufanie pacjentek, które tracą poczucie bezpieczeństwa. Mnie przed laty, po wielu walkach z lekarzami, udowodniono, że byłam „ofiarą statystyki”. Jakkolwiek bezdusznie to brzmi – okazało się…prawdą. Mam to potwierdzone przez autorytety położnicze i choć boli do dziś, ufam tym opiniom bo …SAMA nie czuję się winna. Dziś mam udane, zdrowe dziecko i…bardzo wstydzę się moich oskarżeń. A tak nawiasem, argumenty dziennikarki o podłożu medycznym są wręcz …niepoważne : choćby te dotyczące niemożności odczytania płci dziecka, czy faktu, że „pacjentka wcześniej czuła się dobrze, to DLACZEGO to się stało…” Litości, co za brednie?! Przecież każdy wie, że na ciążę maja wpływ czynniki zewnętrzne, choroby i nawet stan psychiczny! Sytuacja może ulec zmianie w ciągu kilku godzin nawet… Poza tym, czy bóle kamicowe rzeczywiście nimi były??/Czy zagrożenia nie dostrzegłby lekarz wrocławski, skoro DOKŁADNIE badał i natychmiast odczytał płeć?? Takich akademickich wątpliwości jest wiele. Szkoda, że NIERZETELNY dziennikarz bawi się w magiel, szuka sensacji, podsyca cierpienie. Gdyby okazało się, że sekcja NICZEGO nie wykaże, to…nie chciałabym być w skórze dziennikarza! Za TAKIE insynuacje ubrane w pozorne współczucie – powinno się brać odpowiedzialność. Przede wszystkim nie szkodzić, droga pani dziennikarz … – może to kolokwializm i truizm, ale jakże prawdziwy w tym nieszczęściu ubranym w PASZKWIL.

  7. Bardzo współczuję Pani Kasi i jej rodzinie. Sama przeżyłam podobną tragedię przed wieloma laty. Oskarżałam lekarzy, położne, cały świat…Tyle, że mnie tłumaczyły rozpacz i niewyobrażalne cierpienie. To one odbierają rozsądek i wywołują agresję. Stąd rozumiem Kasię…Jednak zachowanie dziennikarki, bez krzty obiektywizmu, jest SKANDALICZNE!!! To próba żerowania na czyimś nieszczęściu! Tekst pisany językiem z taniego brukowca, obliczony na łzy i wzruszenia. Gdzie etyka dziennikarska i rzetelność?! Jakim prawem ferowane są wyroki, bez poczekania na WYNIK SEKCJI??? Czy ta pseudo-dziennikarka nie wie, że powinna przede wszystkim mieć konkretne argumenty, a POTEM oskarżać???Takimi SUGESTIAMI można wyrządzić wszystkim ogromną krzywdę : Pani Kasi rozdrapując jej niezabliźnione rany, lekarzowi – odbierając zaufanie pacjentek, które tracą poczucie bezpieczeństwa. Mnie przed laty, po wielu walkach z lekarzami, udowodniono, że byłam „ofiarą statystyki”. Jakkolwiek bezdusznie to brzmi – okazało się…prawdą. Mam to potwierdzone przez autorytety położnicze i choć boli do dziś, ufam tym opiniom bo …SAMA nie czuję się winna. Dziś mam udane, zdrowe dziecko i…bardzo wstydzę się moich oskarżeń. A tak nawiasem, argumenty dziennikarki o podłożu medycznym są wręcz …niepoważne : choćby te dotyczące niemożności odczytania płci dziecka, czy faktu, że „pacjentka wcześniej czuła się dobrze, to DLACZEGO to się stało…” Litości, co za brednie?! Przecież każdy wie, że na ciążę maja wpływ czynniki zewnętrzne, choroby i nawet stan psychiczny! Sytuacja może ulec zmianie w ciągu kilku godzin nawet… Poza tym, czy bóle kamicowe rzeczywiście nimi były??/Czy zagrożenia nie dostrzegłby lekarz wrocławski, skoro DOKŁADNIE badał i natychmiast odczytał płeć?? Takich akademickich wątpliwości jest wiele. Szkoda, że NIERZETELNY dziennikarz bawi się w magiel, szuka sensacji, podsyca cierpienie. Gdyby okazało się, że sekcja NICZEGO nie wykaże, to…nie chciałabym być w skórze dziennikarza! Za TAKIE insynuacje ubrane w pozorne współczucie – powinno się brać odpowiedzialność. Przede wszystkim nie szkodzić, droga pani dziennikarz … – może to kolokwializm i truizm, ale jakże prawdziwy w tym nieszczęściu ubranym w PASZKWIL.

  8. Napisałam bardzo szczery, pełen moich przemyśleń komentarz…czy mogę wiedziec dlaczego nie został opublikowany?

  9. Bardzo smutna sytuacja, ogromnie współczuję wielkiego bólu Rodzinie. Ale jak można publikować taki artykuł, szkalować Lekarkę, może niczemu niewinną, wymieniać Ją z imienia i nazwiska, gdy nie ma jeszcze żadnych dowodów przeciw Niej, nie ma wyników sekcji zwłok, a jest jasno powiedziane, że Maleństwo miało wadę genetyczną – przecież to nie wina Lekarki, że Dzidziuś był chory,. Jeśli coś Lekarka by ewentualnie zaniedbała przy prowadzeniu ciąży, to taki artykuł można publikować, ale dopiero, gdy będą dowody przeciw Lekarce konkretne!!!!!!!!!!! Jest też powiedziane, że Maleństwo miało USG, w klinice we Wrocławiu, gdzie było badane serduszko i określona płeć – czemu Nikt tu nie oskarża także Lekarza z tego szpitala, że widać też nic się nie dopatrzył, że coś jest może nie tak ze zdrówkiem Dzieciątka? Artykuł tendencyjny, naciągany, logiki się nie trzyma, wstyd coś takiego publikować!!!
    http://kulisy.net/2017/03/22/tak-bardzo-czekalismy-jest-lozeczko-a-jej-nie-ma/

  10. Podawanie moich danych osobowych w kontekście nieprawdziwych informacji, znieważanie, obrażanie i naruszanie dóbr osobistych polegających na utracie zaufania publicznego potrzebnego dla mojego zawodu podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności / art. 24k.c. art.212 k.k. i art. 216 k.k.
    W związku z powyższym wysyłam pismo do Redaktora Naczelnego o możliwości dopełnienia czynności potrzebnych do usunięcia skutków tego działania. Proponuję umieszczenie na pierwszej stronie tygodnika ,w przeciągu 1 m-c, informacji wielkości zdjęcia / które przynależy do artykułu/ przeprosin i sprostowania.
    Oznajmiam,że wynik sekcji był znany rodzinie i dziennikarce p.Natalii Ptak, 7 dni przed ukazaniem się artykułu. W wyniku sekcji nie wykazano żadnych wad płodu / wiadomość przekazała mi teściowa p.Katarzyny Bień.
    Małgorzata Turowska-Regent