Nie chce podwózek. Idzie pieszo!

7 czerwca 2017
247 Views

– Do wtorku przekroczę granicę 2 000 km i będę już na Podlasiu. Zakończę w ten sposób czwartą granicę. Przebyłem już tą niemiecką, morską, rosyjską, a teraz jestem na litewskiej. Jeszcze trochę zostało, ale czeską już mam napoczętą – informuje Zbigniew Stępień, mieszkaniec Dąbrowy pod Wieluniem, który pieszo chce okrążyć całą Polskę. Wszystko wskazuje na to, że się uda, a o tym jaki to wyczyn i kogo spotyka na swojej drodze, wieluński wędrownik mówi w rozmowie z ”Kulisami …”.


Sławomir Rajch: W Wieluniu jesteś znany jako fotoreporter lokalnej gazety. Piszesz pod pseudonimem Zbynio Faza i tak też ludzie Cię pamiętają. Czy podróżując pieszo po kraju, też się tak przedstawiasz? Polska ma poznać Cię jako ”szalonego reportera”, oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego sformułowania, czy raczej jako Zbigniewa Stępnia, mieszkańca Wielunia?
Zbigniew Stępień: Miałem iść jako Zbynio Faza, ale w sumie reprezentuje Wieluń, powiat wieluński – dlatego idę pod własnym nazwiskiem. Ciężko by było również codziennie tłumaczyć dlaczego Zbynio Faza. Po drodze ludzie nie traktują mnie jako szalonego reportera, bardziej wszyscy mi zazdroszczą tej podróży. Wszyscy ludzie są bardzo mili, życzą wszystkiego najlepszego, częstują kawą, niektórzy dają pieniądze na dalszą drogę. Również kilka razy nocowałem za darmo, a następnie dostałem prowiant na cały dzień. Dlatego idę jako mieszkaniec Wielunia, a nie jakiś bezimienny turysta. Wielu ludzi na słowo Wieluń, mówi ”tam wybuchła II wojna światowa”. W tym momencie trzeba pozdrowić profesora Olejnika – udało się.

Pokonując pieszo setki kilometrów, spotykasz na swojej drodze odmiennych ludzi. Zapewne w każdej części Polski różnią się gwarą, zwyczajami, podejściem do życia. To zróżnicowanie kulturowe może robić wrażenie. Jakie wywarło na Tobie? Co ciekawego możesz w tej materii powiedzieć?
– Jak już wcześniej pisałem ludzie są wspaniali, życzliwi, uśmiechnięci. To nie są ci z telewizji, gdzie ciągle jeden drugiego nie lubi. Praktycznie mam pewność, że gdyby mi się coś stało, to zawsze mi ktoś pomoże. Miałem przypadek, gdy odmówiono mi noclegu, to gospodyni u której nocowałem dzień wcześniej, znalazła mi następny i pilotowała do samego końca. Od początku podróży spotkałem już wiele różnych dialektów – można się do tego przyzwyczaić, nie wolno się temu dziwić, ani z tego śmiać. Nie ma również sensu mówić w ich języku, bo będziesz wtedy niewiarygodny. W Bartoszycach spotkałem ludzi, którzy mieli więcej tatuaży niż ja dni drogi, każdy mówił po swojemu, ja im powiedziałem dzień dobry i nie było żadnego problemu. Ludzie zawsze doradzą jaką drogą iść, są tacy którzy chcą mnie podwieźć – wtedy tłumaczę, że idę pieszo. Nieraz stają, aby sobie zrobić ze mną zdjęcie, a dla mnie to okazja, żeby mieć pamiątkę z podróży.

Na koniec zapytam o sprawę banalną. Jak z tym wyzwaniem jakie podjąłeś radzi sobie Twój organizm? Taka wyprawa to jednak ogromne obciążenie dla organizmu – serca, stawów…
– Jeżeli chodzi o zdrowie, to najdziwniejsze pytanie jakie wszyscy zadają – czy bolą nogi?. Nogi oczywiście bolą, ale jest to ból normalny przy takim wysiłku. Na początku bolały również plecy, ale  gdy schudłem ponad 12 kilogramów, przestały, choć plecak stał się cięższy. Generalnie zdrowie dopisuje, a to już dwa miesiące. Przy wejściu na Warmie i Mazury poparzyłem sobie ręce słońcem, nie miałem żadnego kremu – a temperatura była bardzo duża. Nad morzem były muszki, na mazurach są komary, ale do tego się trzeba przyzwyczaić. Tutaj komary nie brzęczą – tutaj gryzą bez ostrzeżenia. Ślady na pewno pozostaną po wędrówce – ale warto.
Ja się śmieje, że po marszu mam lepsze ciśnienie niż normalni ludzie po odpoczynku. Nie należy dopuszczać do przemęczenia na siłę, ale 40 – 50 km raz kiedyś jest realne. Tylko taka wyprawa musi się zaczynać wcześnie rano. Jeszcze nie miałem zakwasów, a stawy spoko, chyba dzięki dobrym butom.

fot.: archiwum prywatne