Dla jednych biznes, dla innych problem

5 lipca 2017
2 431 Views

Zakłady produkcyjne z reguły są trudnymi sąsiadami, a jeżeli sprawa dotyczy przedsiębiorstwa trudniącego się ubojem zwierząt, poziom uciążliwości może być bardzo wysoki. Doskonale zdają sobie z tego sprawę mieszkańcy ulicy Przemysłowej i Parkowej w Działoszynie, którzy od wielu lat zmagają się z problemem nieprzyjemnego zapachu zatruwającego powietrze w tym miejscu.
Potencjalnie problematyczny zakład funkcjonuje tam od lat. Wpierw działała tam ubojnia zwierząt rzeźnych prowadzona przez Gminną Spółdzielnię. Obecnie budynek dzierżawi prywatny przedsiębiorca, który podjął tam ten sam typ działalności. W czym tkwi problem? Jak twierdzą mieszkańcy, sąsiedztwo ubojni skutkuje dla nich znacznym dyskomfortem. Nieprzyjemna woń, towarzysząca działalności realizowanej w zakładzie, ma rozchodzić się po całej okolicy, nie wyłączając z tego pobliskiego deptaku i części terenów rekreacyjnych.

„Tu śmierdzi tak, że nie da się żyć”
W minionym tygodniu do redakcji „Kulis…” zadzwoniła czytelniczka, mieszkająca w bliskim sąsiedztwie działoszyńskiej ubojni. Jak wynika z jej relacji, mieszkańcy tej części miasta czują się całkowicie bezradni, a sąsiedztwo tak uciążliwego zakładu zaczyna im coraz bardziej dokuczać.
– Odkąd tamten pan zaczął wynajmować to pomieszczenie, zaczęło nam to bardzo przeszkadzać – po okolicy rozchodzi się wyraźny smród. To było bardzo uciążliwe, zwłaszcza rok temu. Podjęliśmy stosowne działania, mające na celu wdrożenie zasad higieny pracy w tym właśnie miejscu. Mieszkańcy złożyli podpisy, napisaliśmy do Inspektoratu Ochrony Środowiska, do Urzędu Gminy i do różnych innych instytucji, mających wpływ na to – mówi czytelniczka „Kulis…” (nazwisko znane redakcji).
Jak wynika z dalszej relacji, interwencje mieszkańców po pewnym czasie przyniosły pożądany skutek, ale w ostatnich tygodniach śmierdzący problem powrócił, a największe natężenie ma osiągać w godzinach nocnych.
– Zdarza się, że ten smród bardziej rozchodzi się w nocy. Ostatnio monitowałam to, ponieważ zaczęło dość mocno śmierdzieć. To było dwa tygodnie temu. Myślałam, że może czyszczą tam pomieszczenia, ale w momencie, gdy smród stał się trudny do wytrzymania, zadzwoniłam do Powiatowego Lekarza Weterynarii. Był tam, interweniował i na krótki czas uspokoiło się. Wczoraj jednak wszystko zaczęło się na nowo. Znowu zadzwoniłam do pana doktora i nagle przestało śmierdzieć. To wszystko jest bardzo dziwne – relacjonuje nasza czytelniczka.
Zaalarmowana redakcja „Kulis…” udała się na miejsce, gdzie ów śmierdzący problem ma występować. Rozmowa z okolicznymi mieszkańcami potwierdziła wszystko to, o czym mówiła nasza czytelniczka.
– Tutaj codziennie śmierdzi – jak są wywożone śmieci i odpady. Cała Przemysłowa, cała Parkowa – tutaj wszyscy to potwierdzą. Popołudniami i wieczorem smród jest trudny do zniesienia. Mamy tu piękny deptak, ale on nie służy już do spacerów. Przechodzące tam dzieci zasłaniają usta i nos. To już trwa od bardzo dawna i chyba nić w tym temacie się nie zmieni – mówi pytana przez nas mieszkanka.
– Śmierdzi tu tak, że nie da się żyć. Smród rozchodzi się non stop – śmierdzi rano, w południe i wieczorem – dodaje towarzyszący jej mieszkaniec ulicy Przemysłowej.
Co ciekawe, starsze osoby zgodnie twierdzą, że w czasach, kiedy ubojnia była prowadzona przez Gminną Spółdzielnię, uciążliwość z tym związana była znacznie mniejsza.
– Moja rodzina mieszka tu od 1954 roku i jak prowadził to GS, nigdy tak nie śmierdziało, a przecież wtedy nie było takich zamrażarek, jakie są teraz. Ja sama mieszka tu 37 lat. GS dał to w dzierżawę prywatnej firmie i dzieje się, tak jak się dzieje – podnosi nasza rozmówczyni.

„To kompletna bzdura!”
Zaalarmowani trudną sytuacją mieszkańców, postanowiliśmy udać się na miejsce, aby osobiście porozmawiać z Łukaszem Pawlikiem – właścicielem rzekomo problematycznego zakładu. Ku naszemu zdziwieniu, tuż po uboju w okolicy nie roznosiła się żadna woń, nawet mimo panującego tego dnia upału. Zatem czyżby mieszkańcy mieli zbyt wrażliwe nosy? Nie, problem rzeczywiście występuje, ale jak wynika z wyjaśnień kierownictwa, nie w trybie ciągłym.
– Sąsiedzi wiedzieli, na jakim terenie się budują. Ten budynek istnieje od lat 70., mieszkańcy budowali się później. To jest ubojnia, nie fabryka cukierków. Woń wydzielają zwierzęta, podczas transportu. To normalne, wystarczy przecież, że ciężarówka przejedzie ulicą, a nieprzyjemny zapach utrzymuje się przez długi czas. Rozładunek musi trochę potrwać, ale przecież nie będziemy perfumować świń. Skargi są rok w rok, już się przyzwyczaiłem do tego. Śmierdzą odpady? To kompletna bzdura! Wszystko trzymane jest w pojemnikach zamkniętych w chłodni, która jest non stop włączona. Higiena? Przecież każdy ubój odbywa się pod nadzorem Powiatowego Lekarza Weterynarii! Po skończonym uboju pomieszczenie jest dokładnie sprzątane, a ścieki poubojowe odbiera oczyszczalnia. Powtórzę jeszcze raz, to nie fabryka cukierków – wyjaśnia Pawlik.
O ile należy się zgodzić, że część budynków w okolicach ubojni została wybudowana już po otwarciu zakładu, to z całą pewnością nie można stwierdzić, że dotyczy to całego osiedla, które pamięta jeszcze lata 50. Właściciel ubojni jest świadomy istnienia problemu, jednak stanowczo zaprzecza, że jego skala jest tak duża, jak przedstawiają to mieszkańcy. Zapytany o przyczyny „nocnych atrakcji zapachowych” zapewnił, że w tym czasie nie odbywają się żadne procesy, które mogłyby wpłynąć na rozprzestrzenianie się woni. Jak wyjaśnia Bożena Pawlik, za nieprzyjemny zapach odpowiedzialny jest też samochód, który przyjeżdża po odpady.
– Ten samochód jedzie od Krakowa, nie można się dziwić, że pachnie niezbyt przyjemnie – stwierdza Bożena Pawlik.
Co do informacji o zgłoszeniach i kontrolach, które miały być przeprowadzane na zgłoszenie mieszkańców – kierownictwo zakładu potwierdza, że takowe były prowadzone, jednak ubojnia nigdy nie został ukarana za jakiekolwiek nieprawidłowości, związane z prowadzoną działalnością.
– Tak, zapłaciliśmy kilka kar, ale to wszystko było związane z ukruszonym tynkiem i tego typu rzeczami. Nigdy za łamanie procedur, przecież weterynaria zamknęłaby zakład – stwierdza Pawlik.
Redakcja „Kulis…” próbowała potwierdzić, że zakład nie łamie żadnej z przewidzianych prawem procedur, jednak Grzegorz Łuczak”, powiatowy lekarz weterynarii, pomimo wielu prób kontaktu pozostaje dla nas niedostępny.
***
Z jednej strony mamy tu stanowisko mieszkańców, którzy muszą żyć w sąsiedztwie uciążliwego zakładu. Z drugiej strony mamy stanowisko przedsiębiorcy, dla którego ważne jest utrzymanie ubojni, a co za tym idzie – zapewnienie bytu sobie i swojej rodzinie. Na którą stronę przechyla się szala racji w tej sprawie? Nie można tego jednoznacznie stwierdzić. Argument, według którego mieszkańcy wiedzieli w jakiej okolicy się budują, jest kompletnie chybiony. Nie wszystkie domy powstały przecież już po otwarciu zakładu. Nic nie wskazuje jednak na to, że problematyczna ubojnia łamie jakiekolwiek przepisy, a sam zakład, wcześniej znajdujący się w rękach innego właściciela, istnieje tam od lat. Ktoś przecież wydał pozwolenie na taką a nie inną lokalizację. Dla jednych biznes, dla innych problem – trudno dziwić się stanowisku mieszkańców, w końcu nie od dziś wiadomo, że zakłady przemysłowe to uciążliwi sąsiedzi.

 

2 Comments

  1. Jezeli tak bardzo smierdzi, to niech panstwo „Wąchający” kupią sobie maseczki. Po drugie, czy to ubojnia, czy inny uciążliwy smrodem zakład, musi się stosować do przepisow prawa. Po trzecie, zaklady miesne (z resztą nie tylko one) produkują w warunkach szczególnych, gdzie higiena jest podstawowym wyznacznikiem j zdrowego i dobrej jakošci wyrobu. Ponadto ježeli utylizacja odpadów byłaby na miejscu, przykladowo 20m od terenu ubojni-mieszkańcy też by narzekali-bo śmierdzi. Weźcie pod uwagę, że każdy šmietdzi, gdy zrobi kupę (zwłaszcza przy kłopotach żołądkowych) i każdy o tym wie i nie leci z tym do gazety. Pragnę nadmienić, skoro meszkańcy mają problem,to niech przekonajà p. pawlik, že ten zakład jest be-niech go zamkną.i niech wrócą czasy kidfy ten słynny GS to priwadził-ale wtedy już nie będą tam pracować Ci sami ludzie. A na koniec dodam, że nawet jakby tam była piekarnia,to by było źle, że w nocy maszyny hałasują, że z komina dym leci, albo, że samochody od 3 do-6rano jeżdżą. Podsumowując: Skoro pani czy panu nie paduje, niech pani czy pan wyrobów mięsnych nie je, i jedna czy druga ubojnia zbankrutuje. A skoro nie wyjdzie państwu ten plan: Po prostu niech się państwo przeprowadzi, a deptak niech zrobià z drugiwj strony miasta… Polacy lubią narzekać-taka mentalność. W następnym wydaniu Kulis ktoś znowu da powód do niezadowolenia, bo akurat zadzwonił do Redakcji, bo ma mega problem… Dziękuję za uwagę.

  2. Wymienić postkomunistyczny sanepid (rodzinny) w Pajęcznie i smród zniknie. Od kiedy to Panie Starosto Ryś w obrębie miasta dopuszcza się działalności uciążliwe. Ale skąd ma Pan to wiedzieć ?!! Skąd mają to również wiedzieć zatrudnieni w Pana starostwie byli PSL i PO ??!!! Uważają, że od smrodu nikt nie umrze !!!! Jakie mają rzeczywiste referencje Panie Starosto Ryś odpowiadający za Prawo Ochrony Środowiska ??? Zresztą rozpoczyna się deubekizacja i będzie Pan musiał pożegnać się ze stanowiskiem. Być może wówczas drogi krajowe zezwolą na zjazd z ich drogi do intratnego marketu, Panu się odetnie źródło niezłych profitów, a teren w Pana okolicy zostanie wykorzystany na działalność gospodarczą w postaci ubojni zwierząt rzeźnych. I w ten sposób otrzyma Pan zaszczyt bliskiego obcowania z walorów tej profesji. Nota bene, teren i obszar wokół ubojni zwierząt rzeźnych jest terenem skażonym podobnie jak skażony jest teren wokół prewentorium. Wielmożne Panie z Państwowej Powiatowej Inspekcji Sanitarnej w Pajęcznie, niosący dumnie szturmówki 1-Majowe starosta pajęczański – dalecy są od kultury życia w mieście, maniery jakimi się kierują pozostają na poziomie wiejskiego kołchozu zrośniętego na stałe pępkiem ciemnoty. I to na tyle.