Zabił siostrę. Morderstwo pod Osjakowem

19 lipca 2017
5 582 Views

Sławomir K. wziął tępe narzędzie i uderzając w głowę zabił rodzoną siostrę. Przez 25 lat znęcał się nad rodziną, która alarmowała miejscowy GOPS o zagrożeniu. Reakcja ośrodka, na wołanie o pomoc, nie była wystarczająca…

”Uderzyłem Urszulę. Ona chyba nie żyje…’’
Jest piątkowy wieczór, 7 lipca. 57-letnia Urszula nie czuje się najlepiej. Matka Janina zaleca jej położyć się na brzuchu i lekko unieść nogi. W takiej też pozycji kobieta zasypia. Matka w tym czasie wychodzi na podwórko, zająć się zwierzętami. Przed godziną 21. słyszy krzyk swojego syna Sławomira. – Uderzyłem Urszulę. Ona chyba nie żyje. Nie wchodź tam, bo jeszcze ci się coś stanie – miał powiedzieć tuż po zabójstwie.
Około godziny 21.10 dyżurny wieluńskiej komendy otrzymuje niecodzienny telefon. Dzwoni mężczyzna, informując, że uderzył swoją siostrę, która nie daje żadnych oznak życia.
Dyżurny natychmiast przekazuje informacje pogotowiu. Na miejsce tragedii wysłany zostaje patrol policji.
Przybyli na miejsce medycy stwierdzają zgon 57-letniej kobiety. Policjanci zatrzymują 51-letniego brata zamordowanej. Mężczyzna w chwili zatrzymania jest trzeźwy.

Grozi mu dożywocie
51-letni mieszkaniec Krzętli usłyszał zarzut zabójstwa.
– Sąd na wniosek prokuratury zastosował wobec niego tymczasowy areszt na okres trzech miesięcy – informuje Waldemar Kozera, rzecznik prasowy KPP w Wieluniu. – Grozi mu kara nawet dożywotniego pozbawienia wolności – dodaje.

Lekarstwo okazało się przekleństwem
Jak opowiada Alina, siostra zamordowanej, Urszula przez wiele lat pracowała za granicą. Do domu rodzinnego w Krzętlach przyjechała miesiąc temu. Zajęła się ogrodem, pomagała swojej matce w codziennych pracach. Od pewnego czasu nie czuła się najlepiej. Zrobiła sobie nawet badania, ale nic nie wykazały. Prawdopodobnie Anglia zwyczajnie jej nie służyła. Inaczej niż piękne okolice, spokój, mama u boku… Przyjazd do rodzinnych Krzętli miał być lekarstwem, a okazał się przekleństwem.
Nikt się nie spodziewał, że dojdzie do tragedii. Alina nie ukrywa nawet, że cieszyła się z powodu przyjazdu siostry. Przede wszystkim dlatego, że odciążyła ją w obowiązkach. Nie bez znaczenia był również fakt, że 75-letnia matka wymagała wsparcia.
W tym domu dobrze się nie działo prawie nigdy.
– Mój brat znęcał się nad rodziną od 25 lat – wspomina zapłakana Alina.
Jak dodaje kobieta, miała nadzieję, że wszystko się jakoś poukłada. Chwilę później dodaje, że Urszula była rzeczywiście bardzo impulsywna i to mogło denerwować brata.
– Ona nic się nie odzywała. Tak jak ja. Schodziłyśmy mu z drogi- wtrąca Janina, matka zamordowanej.
Co w tym dniu wstąpiło w Sławka? Niby zachowywał się normalnie. Nie był nawet pijany. Kiedy Urszula położyła się spać, wziął tępe narzędzie i uderzył ją w głowę tak, że nie dało się już jej uratować.
Alina opowiada o tragicznym wydarzeniu drżącym głosem, podaje, że siostra miała rozwaloną czaszkę. Sławek prawdopodobnie uderzał siostrę kilkakrotnie.
– Jak uniosłam jej głowę, całą twarz miała zakrwawioną. Ona się mogła nawet udusić- wtrąca roztrzęsiona matka ofiary.
Alina jednak nie ma wątpliwości, że to nie było uduszenie, tylko śmierć na miejscu od mocnych uderzeń tępym narzędziem. Pozwala jednak matce mówić dalej, bo wie, że zwyczajnie sobie nie radzi z wewnętrznym bólem. Straciła przecież dwoje dzieci jednocześnie – jedno nie żyje, drugie może resztę życia spędzić w więzieniu.

Impuls
Alina domyśla się, że punktem zapalnym mogło być przypuszczenie, że Ula zostanie w rodzinnym domu na dłużej i Sławomir będzie musiał się dostosować, nie mogąc już rządzić i poniewierać matką. Mężczyzna podobno lubił, gdy wszyscy mu się podporządkowywali.
Myśl o tym, że to on będzie zmuszony dostosować się do oczekiwań Urszuli, mogła nie być mu na rękę. Jak dodaje matka Sławka, lepiej było mu schodzić z drogi. Wszystko mu przeszkadzało i mogło być impulsem do awantury.

Wójt gminy Jarosław Trojan nie chciał rozmawiać z dziennikarzami

Alina wspomina sytuację z ubiegłego roku. Już wtedy o mały włos nie doszło do tragedii. Poszło o kieliszki, a w zasadzie o ich brak.
Sytuacja miała miejsce tydzień po świętach wielkanocnych. Jak relacjonuje Alina, Sławek naszykował sobie kieliszki, a niczego nie świadoma matka, sprzątając odruchowo mu je schowała. Kazał kolegom przynieść piwo, bo wódki nie było jak pić. Kiedy kompani poszli, w domu zaczęło się piekło. Janina już spała. W tym czasie, pijany synek, jak opowiada Alina, zwyczajnie usiadł na matce i ją okładał pięściami i głośno analizował, jak uderzyć, żeby nie było śladu, a jednocześnie, żeby matkę zabić. Janina nie mogła się ruszyć. Wpatrzona w obraz tylko się modliła, błagając Boga, żeby ten koszmar się skończył. Modlitwa ją uratowała. Sławomir w końcu zasnął, a ona wtedy uciekła do sąsiada. Sąsiadka zadzwoniła do córki Aliny, a ta natychmiast poinformowała o zdarzeniu policję. Strach jednak spowodował, że Janina nie złożyła zawiadomienia przeciwko swojemu synowi.
Jak podaje matka i córka, interwencje policji w domu rodzinnym w Krzętlach nie należały do rzadkości. Potwierdza to policja.
– Ten mężczyzna miał już wcześniej postawione zarzuty za znęcanie się – mówi Waldemar Kozera z wieluńskiej policji.
– To było 25 lat wołania o pomoc – zwierza się załamana Alina. Ma żal do systemu, który jej zdaniem zwyczajnie nie zadział. Opieka społeczna, jak twierdzą kobiety, wprawdzie odwiedzała rodzinę, ale nic konkretnego nie robiła. Każda wizyta pań z GOPS-u miała kończyć się na pogadankach, które działały odwrotnie niż zamierzano. Te rozmowy, zdaniem zarówno matki jak i córki, wprowadzały dodatkowy niepokój, denerwowały Sławka do imentu.
– Nieraz sobie pomyślałam, że lepiej dla mnie byłoby, żeby oni nie przychodzili. On się dopiero wtedy złościł – mówi Janina.- Źle znosiłam te kontrole… Powiedziałam, że panie są dobre, ale na mnie to tak działa, że ja nie wiem czy dłużej wytrzymam.

Lepiej, żeby on nigdy nie wracał
Jaka kara powinna spotkać Sławomira? Alina nie ma wątpliwości. Jak mówi, dla bezpieczeństwa, dla dobra wszystkich – również Sławka – lepiej byłoby, żeby nigdy nie wracał, żeby nie wyszedł z więzienia.
Obawa przed tym, co może się uroić w głowie Sławka w więzieniu jest obezwładniająca. Alina uważa, że przez te wszystkie lata, będzie planował zemstę, bo jak kilkakrotnie podkreśla – to jest chory człowiek.
Kobieta boi się o matkę, o siebie, a nawet o bratanków. Sławek ma dwóch synów, którzy mieszkają z jego byłą żoną w Łodzi. W ocenie Aliny odległość nie będzie przeszkodą, bo przecież jak będzie chciał zabić, to znajdzie ich wszędzie.
– To jest chory człowiek, który wymaga izolacji do końca życia – uważa siostra mordercy.
Janina tymczasem wyraża nadzieję, że Sławek jednak wróci. Nie potrafi zrozumieć, że syn jest niebezpieczny.
– Z nim było źle, ale bez niego będzie jeszcze gorzej- mówi zapłakana.
Zarówno Janina jak i Alina uważają, że duży wpływ na zachowanie Sławka miało otoczenie. Mężczyzna miał być wielokrotnie szykanowany, zaczepiany, a nawet wplątywany w różne akcje. Tak działo się podobno od dziecka.

Emilia Kałuża, kierownik GOPS w Osjakowie nie chciała komentować sprawy. Tuż przed wydaniem gazety nadesłała mailowo pisemne stanowisko w sprawie, które publikujemy w osobnej ramce

– Gdyby go nie zaczepiali, nie wyzywali, nie bili, to może… – usiłuje wytłumaczyć syna starsza kobieta.
Ale na nic tłumaczenia. Teraz gdy doszło do tragedii, nie mają już znaczenia. Zabił siostrę i musi za to odpowiedzieć. Osobna kwestia, to sprawa Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej, którym od lat kieruje Emilia Kałuża. Czy ośrodek rzeczywiście ograniczył się jedynie do wizytacji i pogadanek, nie podejmując żadnych konkretnych działań, jednocześnie mając wiedzę na temat stałego znęcania się Sławka nad rodziną, próby zabójstwa i stałych pogróżek, że jak się zdenerwuje to zabije? Na to i inne pytania próżno było szukać odpowiedzi w GOPS w Osjakowie.
Czy GOPS znał rodzinę, w której doszło do tragedii? Czy można było spodziewać się, że stanie się tam coś złego? – pytamy szefowej ośrodka.
– Myślę, że tragedia, która miała miejsce nie jest tematem do sensacyjnych artykułów i w związku z tym nie będę udzielała żadnych informacji – stwierdza Emilia Kałuża, kierowniczka GOPS-u w Osjakowie.
Ale pani ma obowiązek udzielić takich informacji. Rodzina twierdzi, że nie zrobiliście nic w tej sprawie, choć siostra mordercy alarmowała ośrodek wielokrotnie, że może tam dojść do tragedii. Sygnały państwo otrzymywali i pani o tym wie.
– Ja już skończyłam – ucina Kałuża.
Pani może skończyła, ale my nie skończyliśmy zadawać pytań. Pytamy dlaczego GOPS nie próbował zapobiec tej dramatycznej historii. Państwa działalność pięknie w tabelkach wygląda, co można było na jednej z sesji zobaczyć w prezentowanym przez panią materiale. Zginął człowiek, kobieta straciła życie, a państwo chociaż mieliście wiele sygnałów, zdaniem rodziny nie zrobiliście nic. Pani naprawdę nie ma nic do powiedzenia? Dziennikarze zadali jeszcze kilka ważnych pytań, ale kierowniczka milcząc patrzyła jedynie na dziennikarzy, nie wydobywając z siebie już nawet jednego słowa, delikatnie się przy tym uśmiechając, nie wiedzieć dlaczego…
Przedstawiciele ”Kulis…’’ podjęli zatem próbę rozmowy z wójtem. Niestety, w urzędzie go nie było. Jak poinformował sekretarz gminy Zbigniew Pustkowski, wójt o 10. był w Wieluniu na podpisaniu umowy.
– Za moment wróci. Już nigdzie dziś nie jedzie, więc zapewne porozmawia w tej sprawie, bo ja w tym temacie niewiele wiem – podkreślił Pustkowski.
Kilkanaście minut później dziennikarze proszą o telefon do wójta Jarosława Trojana i informacje, o której mogą się z nim spotkać. Sekretarz dzwoni do włodarza, ale ten nie wyraża woli spotkania i udzielenia komentarza co do oceny działań GOPS-u, w ogóle nie chce rozmawiać z dziennikarzami. Zbigniew Pustkowski próbuje ratować sytuację, dzwoni do kierowniczki ośrodka, ale ta również kategorycznie odmawia dalszej rozmowy.
– Może państwo zapytają sąsiadów – proponuje sekretarz.
– Ale o co mamy pytać sąsiadów, o to jakie działania zapobiegawcze podjął GOPS? Przecież to nie sąsiedzi mają nadzór nad tą jednostką.
Pustkowski pokiwał jedynie głową, nie mając nic więcej do dodania, bo przecież jak zaznaczył sprawy nie zna.

***
Brak odpowiedzi też jest odpowiedzią. Milczenie Emilii Kałuży, ucieczka wójta przed rozmową z dziennikarzami i zakłopotanie sekretarza są wystarczająco wymowne w sprawie i pozbawiają konieczności dodatkowego komentarza.

Sławomir Rajch
Natalia Ptak

Szanowny Panie Redaktorze,

uprzejmie informuję, że osoba, o którą pytał Pan w dniu dzisiejszym nie była świadczeniobiorcą Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Osjakowie na mocy ustawy o pomocy społecznej oraz nie była objęta oparciem społecznym w odniesieniu do przepisów ustawy o ochronie zdrowia psychicznego.
Pragnę podkreślić, że mimo to, Ośrodek jako organ do spraw pomocy społecznej pozostawał w stałym kontakcie z rodziną osoby, o którą Pan pytał i wielokrotnie wspierał oraz informował o możliwości przezwyciężenia trudnej sytuacji. Dysponujemy pełną dokumentacją potwierdzającą tą sytuację, która uwagi na ochronę danych osobowych zostanie przekazana organom do tego powołanym.
Z poważaniem
Emilia Kałuża

1 Comments

  1. Aż żal się wypowiadać na temat pracowników Opieki Społecznej. Jakby dziecko raz dostało klapsa, to zaraz wścibski sąsiad czy obserwator doniósłby do gminy, na policję, do Rzecznika Praw Dziecka… A jak tam od ćwierćwiecza było źle, rok temu omal nie doszło do tragedii, to co zrobli pracownicy Gminy przez choćby miniony rok? Mało, w zupełności za mało! Niebieska karta, sprawa na Policji, sprawa w Prokuraturze, Zamknięcie w Ośrodku zamkniętym, Dozór Policyjnymożliwości było wiele. Czy teraz będzie ktoś pociągnięty do odpowiedzialności za niedopełnienie obowiązków, czy będzie ktoś „wieszał psy” na pogrążonej w żałobie rodzinie-że nie zgłaszali codziennie interwencji??? To, že np ktoś nie bierze zasiłków z gminy (tak przypuszczać można po stanowisku kierowniczki GOPS), to nie znaczy, że już się nie można zainteresować, wiedząc, że członek rodziny był dysfunkcyjny i konfliktowy? Niech każdy sam oceni. Tę sprawę oceni Sąd.