Ogień zabrał wszystko, czego się dorobili

23 sierpnia 2017
1 399 Views

Niszczycielski żywioł w jednej chwili może pochłonąć wszystko, co stanie na jego drodze. Pożar, który rozpętał się w domu Łukasza Dygudaja, nie oszczędził niczego. W kilkanaście minut, ogień strawił cały dorobek życia rodziny z Woli Wiewieckiej.


Tragedia, do której doszło poniedziałek 31 lipca, wstrząsnęła całą lokalną społecznością. Taki wypadek mógł przytrafić się każdemu, tym razem okrutny los wskazał na Janinę Łysek i Łukasza Dygudaja. Poniedziałkowy poranek upływał mu na intensywnej pracy – młody gospodarz zdołał zaoszczędzić sumę, która pozwoliła na wykonanie pokrycia dachu wiekowego domu, w którym mieszkał wraz ze swoją babcią. Pracę przerwał tuż przed południem. Wówczas nic jeszcze nie wskazywało na to, że rodzina już wkrótce straci wszystko, czego zdołała się dorobić.

Kilkanaście minut horroru
Pożar zaczął trawić drewniany dom około godziny 13. Jak wynika z relacji poszkodowanego, ogień najpierw pojawił się w rogu domu.
– Kładłem papę termozgrzewalną. Skończyłem około 12, obszedłem cały teren, wszystko dokładnie sprawdziłem. Było w jak największym porządku. Byłem trochę zmęczony, a niestety nie cieszę się dobrym zdrowiem. Poszedłem spać. Po około godzinie, obudziła mnie babcia. Mówiła, że czuć dym. Jak otworzyłem drzwi, zobaczyłem ogień idący od rogu. Od razu zacząłem gasić, ale my tutaj jesteśmy na samym końcu nitki wodociągowej. Ciśnienie jest prawie żadne, więc niewiele mogłem zrobić. Zanim przyjechała straż, nie było już dachu. Z dymem poszło wszystko, czego zdążyłem się dorobić – mówi poszkodowany, relacjonując przebieg zdarzeń.
Wiekowa zabudowa była sukcesywnie remontowana przez mieszkającą tam rodzinę. Dygudaj podkreśla, że niemal każdy zarobiony pieniądz przeznaczał na doprowadzenie domu do dobrego stanu.
– Wie pan, ja mam 36 lat, a pracuję od 18 roku życia. Trochę zdołałem odłożyć, trochę dokładała się też babcia. Przez cały czas coś było tutaj robione. Ociepliłem przednią ścianę i strop, wymieniłem stare okna na plastikowe, podciągnąłem wodę do domu. Niedawno pomalowaliśmy ściany, odłożyłem też trochę grosza na papę. Teraz wszystko przepadło – mówi z nieskrywanymi emocjami.
Starsza pani została natychmiast wyprowadzona z domu, jej wnuk wrócił, by ratować co się da. Okazaną odwagę przepłacił poparzeniami drugiego i trzeciego stopnia. Poszkodowany może mówić o sporym szczęściu, bowiem odniesione obrażenia okazały się niegroźne.
Strażacy przybyli na miejsce po kilkunastu minutach. W akcji brały udział zastępy z Pajęczna i okolicznych jednostek OSP.
– Zgłoszenie wpłynęło do nas o godzinie 12.59. Pierwszy oddział ratowniczy przybył na miejsce o 13.13. Przypuszczalna przyczyna zdarzenia została określona jako utrata izolacyjności przewodów elektrycznych, czyli mówimy tu o zwarciu. Po przeprowadzeniu rozpoznania, kierujący działaniem przekazał, że pali się drewniany budynek mieszkalny, kryty papą i blachą, oraz przylegająca do niego szopa. Zakończenie działań ratowniczych miało miejsce o godzinie 15.02 – mówi Leszek Marszał, rzecznik prasowy Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Pajęcznie.

Gmina deklaruje pomoc
Szybka interwencja strażaków zapobiegła dalszemu rozprzestrzenianiu się ognia, jednak straty materialne okazały się ogromne. W tej chwili nie można stwierdzić tego ze stuprocentową pewnością, bowiem ocena sytuacji pozostaje w gestii Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego, jednak spalony dom najprawdopodobniej nie będzie nadawał się już do zamieszkania. Poszkodowana rodzina została bez dachu nad głową, jednak wójt zapowiada, że zostanie udzielone im niezbędne wsparcie.
– Na miejsce pożaru pojechałem już pierwszego dnia, zatem od razu mogłem zorientować się w sytuacji. Następnego dnia, udaliśmy się tam wspólnie z kierownictwem Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej. Jedna z poszkodowanych osób straciła wszystko, łącznie z ubraniami. Konieczne więc było zakupienie odpowiedniej odzieży. Ze względu na panujący tego dnia upał, na miejsce przyjechaliśmy z wodą. Zadbaliśmy też o posiłek. Urząd podstawił też przyczepę na rzeczy, które nie mogą już być uratowane – mówi Marek Jednak.
Pomoc doraźna to jedno, najistotniejszą kwestią pozostaje teraz zakwaterowanie rodziny w lokalu zastępczym. Gmina zaproponowała poszkodowanym mieszkanie w Dębowcu, jednak Janina Łysik nie zgodziła się na takie rozwiązanie.
– Mieszkańcy zostali bez dachu nad głową, zatem w naszej gestii leży stworzenie dla nich godnych warunków. Zaproponowane zostało mieszkanie socjalne, natomiast poszkodowani odmówili z tego względu, że znajduje się ono w Dębowcu – informuje włodarz.
Jak tłumaczy jej wnuk, niechęć do przeprowadzki nie wynika z wygórowanych wymogów co do przydzielonego lokalu. Chodzi tutaj o przyzwyczajenie starszej pani do ziemi, na której mieszkała przez całe życie.
– Starych drzew się nie przesadza. Babcia ma 84 lata i w tym domu mieszkała od urodzenia. Ciężko byłoby jej się stąd wynieść i ja to doskonale rozumiem – mówi Łukasz Dygudaj.
Zrozumienie w tej kwestii wykazał także wójt, proponując rodzinie alternatywne rozwiązanie.
– W tej chwili mamy zamiar zakupić tzw. dom fiński. Tego typu konstrukcje zwykle stawiane są w miejscach turystycznych. W dalszej kolejności będziemy chcieli pomóc mieszkańcom w zadomowieniu się w nowym miejscu, udzielając im wsparcia materialnego. Mamy już zabezpieczone pieniądze na ten cel, zatem jeżeli pojawi się potrzeba zakupu czegoś konkretnego, nie będzie z tym problemu – mówi Jednak.
Jak podkreśla włodarz, tego typu dom nadaje się do zamieszkania przez cały rok. Poszkodowani będą mogli zatem korzystać z zaproponowanego rozwiązania tak długo, jak tylko będzie to konieczne.
– Jeżeli będziemy widzieć, że trzeba będzie dużej zamieszkiwać ten domek, przez sezon letni i zimowy, nie będzie z tym problemu. Jeżeli natomiast rodzina zgłosi nam potrzebę zakupu materiałów budowlanych, w miarę naszych możliwości udzielimy im takiego wsparcia – deklaruje wójt.

Dla rodziny jest teraz najważniejsze, żeby odzyskać to, co utracili. Poszkodowani na razie korzystają ze wsparcia rodziny, a jak mówi Łukasz Dygudaj, nie stać go na budowę nowej posesji. To, czy strawiony ogniem dom zostanie odbudowany, zależy przede wszystkim od decyzji ubezpieczyciela w kwestii wypłaty odszkodowania za poniesione straty.