Co się stało z Roxy?

Stare powiedzenie mówi, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. Nie ma w tym ani krzty przesady. Czworonogi nierzadko traktowane są jak pełnoprawni członkowie rodziny, nie inaczej było w domu państwa Kopera, gdzie suczka Roxy była pupilem wszystkich domowników.


W 30 numerze „Kulis…” pojawił się artykuł, opisujący przypadek potrącenia psa, który finalnie okazał się być… kotem. Przypomnijmy, przed kilkoma tygodniami, do redakcji wpłynęła informacja o kierowcy, który jadąc z dużą prędkością, na odcinku drogi krajowej nr 42 potrącił labradora, po czym nie zatrzymując samochodu, oddalił się z miejsca zdarzenia. Sprawa miała być zgłoszona policji, jednak Jacek Karczewski, z Komendy Powiatowej Policji w Pajęcznie, informuje o zupełnie innym przebiegu zdarzeń. Rzeczywiście, tego dnia policja otrzymała zgłoszenie o potrąceniu czworonoga, jednak jak mówi Karczewski, sprawa dotyczyła nie psa, a kota. Kilka dni po ukazaniu się publikacji wyszło jednak na jaw, że cała sprawa może mieć drugie dno.
Do redakcji „Kulis…” telefonuje zaniepokojony mieszkaniec Trębaczewa, zdaniem którego opisywana sprawa może dotyczyć psa, który w jego rodzinnym domu przebywał od roku. Przebywał, bo na kilka dni przed ukazaniem się artykułu, młoda suczka zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach.
– Jak tylko przeczytałem ten artykuł, od razu przyszło mi na myśl, że pisze pan o moim psie. Nie mówię, że tak jest, ale wydaje mi się, że ktoś specjalnie udzielił wam mylnej informacji – mówi Roman Kopera, właściciel labradora, który rzekomo miał wpaść pod koła samochodu.
Z jego relacji wynika, że Roxy była bardzo żywiołowym psem. Z tego właśnie względu, aby zapobiec ewentualnej ucieczce czworonoga, rodzina zdecydowała się na zakup tzw. elektrycznego pastucha. Jest to specjalna obroża, współpracująca z dedykowanymi czujnikami. Gdy pies przekroczy wyznaczony obszar, obroża wysyła całkowicie niegroźny, za to stanowczy impuls elektryczny, poprzedzony sygnałem dźwiękowym. Zdaniem Romana Kopery, zabezpieczenie wywiązywało się ze swojej funkcji w stu procentach. Suczka nie próbowała uciekać. Kilka dni przed zaginięciem Roxy, obroża zniknęła z jej szyi. Zdaniem właściciela, obie sprawy mogą być ze sobą powiązane.
– O dziwo, najpierw zniknął pastuch, potem pies. Nie ma szans, żeby pastuch sam spadł z jej szyi. Zapięcie było bardzo solidne, poza tym nawet gdyby, to obroża leżałaby gdzieś na podwórku, pies nie wychodził przecież na ulicę. Później zobaczyłem artykuł. Wygląda to trochę, jakby ktoś chciał, żeby tego psa już nikt nie szukał. Zresztą, pomylić psa z kotem? Roczny labrador jest już wyrośnięty. To musiałby być mały lew, żeby zaszła taka pomyłka – mówi Kopera.
Właściciel podkreśla, że pies przez większość czasu przebywał w domu. Spokojna z natury Roxy nie była hałaśliwa, zatem tezę, że chcieli się jej pozbyć zirytowani sąsiedzi, można wykluczyć.
– Proszę pana, to był spokojny pies, który zazwyczaj przebywał w domu. Sąsiadów mamy, jakich mamy. Tutaj wszyscy żyjemy jak w rodzinie, nie ma możliwości, żeby mój pies komukolwiek przeszkadzał – stwierdza Kopera.
Za uroczą suczką tęskni cała rodzina, przede wszystkim trójka dzieci. Widziałeś Roxy? Masz informacje, które mogłyby rzucić nowe światło na tę sprawę? Skontaktuj się z redakcją „Kulis…”.