Strona główna Bez kategorii MNIE DZIECIŃSTWO ZABRAŁA WOJNA

MNIE DZIECIŃSTWO ZABRAŁA WOJNA

Pan Marian Majtyka niedawno ukończył 85 lat. Z tego całego okresu najtrudniejsze było dzieciństwo. Przypadło ono na czas drugiej wojny światowej, ale wspomnienia o nim pozostały w jego pamięci. Mały Marian zaznał wtedy głodu, poniżenia i strachu przed tym, co przyniesie kolejny dzień. Dlatego dziś tak niezwykle ceni sobie smak chleba, wolności i pokoju.

Marian Majtyka urodził się w 1937 roku w Krzyworzece – Krajkowie. Jego ojciec Paweł pochodził z licznej rodziny, w której było jedenaścioro dzieci. Wykonywał zawód kowala. Miał w Krzyworzece kuźnię, którą prowadził wspólnie z bratem Antonim. Mama Józefa, z domu Dudek, zajmowała się domem. Oprócz syna, Majtykowie mieli jeszcze o rok młodszą córkę Lucynę.

Gdy wybuchła wojna Marian miał zaledwie 2,5 roku. Z pierwszych lat okupacji, które przeżył w Krzyworzece, pamięta tylko ostrą zimę i jeżdżących wtedy na koniach niemieckich żandarmów. A gdy było cieplej przypomina ich sobie na rowerach.

Ojciec małego Mariana w początkowym okresie okupacji hitlerowskiej był sołtysem Krzyworzeki.

Ten fakt miał doniosłe znaczenie dla dalszych losów rodziny Majtyków. Gdy hitlerowcy rozpoczęli wysiedlanie mieszkańców wioski, aby w ich miejsce osiedlić kolonistów niemieckich, na sołtysa spadła powinność wyznaczania podwód. Na żądanie władz okupacyjnych, był zmuszony do wyznaczania gospodarzy, którzy wraz z zaprzęgami, musieli zgłaszać się w określonym miejscu do wykonywania różnych zadań – w tym wypadku wywożenia polskich rodzin z Krzyworzeki. Niewykonanie tego polecenia groziło bardzo surowymi karami.

Zimą 1940 r. lub 1941 sołtys Majtyka dostał polecenie wyznaczenia kilkunastu podwód. Jednak nie wszyscy gospodarze dostosowali się do tego i niektórzy nie zjawili się w miejscu zbiórki. Rozwścieczeni Niemcy zażądali, aby sołtys podał nazwiska tych, którzy nie wykonali polecenia. Paweł Majtyka nie chciał ich zdradzać, bo wiedział, jakie mogą być kary. Odpowiedział tylko ogólnie, że ci, którzy mogli, to pojechali, a ci, którzy się nie stawili, nie zrobili tego, bo nie mieli podkutych koni. Żandarmów to nie zadowoliło i koniecznie chcieli poznać nazwiska. Jednak sołtys powtórzył swoją odpowiedź. Został za to zabrany przez nich na posterunek w Mokrsku i tam pobity, ale gospodarzy nie zdradził. Stanęło przed nim widmo rozstrzelania albo wywózki wraz z rodziną do obozu koncentracyjnego. Uratowało go to, że był kowalem, a niemiecka żandarmeria jeździła zimą na koniach, które na ten czas były podkute w specjalny sposób. Dowódca żandarmerii w Wieluniu kazał go uwolnić i Paweł Majtyka wrócił do pracy w kuźni. Ale obawiając się o los swojej rodziny i o siebie, wkrótce wyjechał z żoną i dziećmi z Krzyworzeki.

Nowe miejsce pobytu rodzina znalazła w miejscowości, która – jak zapamiętał pan Marian – nazywała się Smolc. Najprawdopodobniej był to podwrocławski Smolec, który do 1945 r. nosił niemiecką nazwę Schmolz. Tutaj rodzice pracowali jako robotnicy w firmie zajmującej się pracami budowlanymi i stolarskimi. Ojciec zatrudniony był właśnie przy tego typu robotach, a mama gotowała obiady dla robotników przymusowych z tego zakładu, którzy pochodzili z Polski. Sporo z nich było z okolic Wielunia.

– Mieszkaliśmy tu w takich dużych barakach należących do firmy – opisuje Marian Majtyka.

– Były w nich piętrowe prycze dla około pięćdziesięciu mężczyzn. Ja z tatą spałem na takiej pryczy, a mama z siostrą w małej kuchni w baraku, gdzie gotowała dla tych wszystkich mężczyzn obiady i kawę na kolację.

Paweł Majtyka nie był zadowolony z pobytu i pracy w tym miejscu. Po pierwsze, nie mógł tu pracować jako kowal, a po drugie, żona była bardzo umęczona gotowaniem dla takiej dużej grupy ludzi. Tym bardziej, że często dochodziło do różnych scysji.

– Najczęściej na obiad mama gotowała kartofle – wspomina pan Marian.

– Ale były one bardzo różne, taka zbieranina. Jedne gotowały się szybciej, drugie wolniej. I jak potem wydawała je tym robotnikom, to zdarzały się też kartofle rozgotowane albo niedogotowane. A nie każdy chciał to zrozumieć i żądał porządnych kartofli, a tych często brakowało. Więc matula robotnikom dawała te lepsze, a dla nas już później nie było. Ile razy żeśmy przez to nie jedli.

Mały Marian miał wtedy pięć może sześć lat. Pamięta jeszcze, że kilka metrów od baraku znajdowała się bardzo ruchliwa linia kolejowa.

– To była wojna i przejeżdżało tamtędy kilkadziesiąt pociągów na dobę – mówi dalej.

– Z początku nie mogliśmy przez to nawet spać, ale później przyzwyczailiśmy się. Mama nie pozwalała mi wychodzić na dwór, bo bała się, że wpadnę pod pociąg. Musiałem siedzieć w baraku i pilnować siostry. Innych szczegółów nie znam, bo nigdy o to nie pytałem rodziców. Dzisiaj tego żałuję, ale jak byłem dzieckiem, to o wojnie i o tych wszystkich przejściach chciałem zapomnieć.

Po około dwóch latach pobytu w Smolcu, rodzina Majtyków przeniosła się do miejscowości, którą pan Marian zapamiętał pod nazwą Peterwalde. Na Dolnym Śląsku było takie miasto. To dzisiejsze Pieszyce. Ale w swoich wspomnieniach nasz rozmówca nic nie mówi o mieście. Pamięta, że był to wielki majątek ziemski, a w jego pobliżu znajdowała się cukrownia. Odpowiadałoby to leżącym o kilka kilometrów od Smolca Pietrzykowicom, które wtedy nazywały się Petersweiler. A więc brzmieniowo zbliżone do Peterwalde. Dziś, na podstawie szczątków wspomnień, trudno to jednoznacznie ustalić. Ojciec znalazł tu pracę jako kowal.

– Zamieszkaliśmy tam w takim długim bloku, który podzielony był na wiele mieszkań – wyjaśnia 85-latek.

– Każde miało swoje wejście z dworu. Okna znajdowały się od strony północnej, więc w pomieszczeniach było ciemno. Mieliśmy tam jeden pokój i niewielką kuchenkę. Mieszkało nam się tam już lepiej. Ojciec pracował w kuźni, a mama chodziła w pole – pieliła, hakała, zbierała ziemniaki, czy rozrzucała obornik. My z siostrą mieliśmy tu więcej swobody, ale jedzenia brakowało. Pamiętam, że jak młócili maszynami zboże, to matula przyszyła sobie do fartucha od spodu taką kieszeń i w niej przynosiła do domu kilka garści pszenicy albo żyta. Robiła to tak, żeby nikt nie zauważył. A potem ja, takim starym młynkiem ręcznym, mieliłem to zboże i bez żadnego przesiewania mama robiła z tego ciasto i piekła nam placuszek. Pilnowałem, żeby ktoś tego nie zobaczył. Byliśmy z siostrą bardzo zadowoleni, kiedy mogliśmy sobie go zjeść.

Mimo, że warunki życiowe były tu lepsze, Polakom zatrudnionym w majątku, ciągle przypominano, że są tu kimś gorszym, że są tylko robotnikami przymusowymi, Polakami. Wszyscy, nawet dzieci, musieli nosić naszytą na ubraniu literę „P”, która ograniczała ich prawa.

– Nieraz, jak mama wysłała mnie do sklepu, który był w pobliżu i przechodziłem koło niemieckich chłopców w moim wieku, a coś im się u mnie nie spodobało, to zbili mnie, skopali i wracałem wtedy z płaczem do domu – pan Marian wzdycha z żalem.

– Ojciec mi mówił, że muszę siedzieć spokojnie, bo jest wojna i nie mamy nic do gadania. Nieraz bawiłem się z moimi niemieckimi rówieśnikami i jak było dobrze, to było dobrze. Ale zdarzało się, że któryś z nich podchodził do mnie i dał mi po buzi, bo tak mu się podobało. I co wtedy miałem robić?

Spędzając dużo czasu wśród Niemców, Marian nauczył się mówić po niemiecku.

– Posługiwałem się tym językiem dość dobrze – uśmiecha się.

– Dziś już niewiele pamiętam, ale wtedy było mi to pomocne. W tym dworze pracowało dużo Ukraińców, a oni nic nie rozumieli po niemiecku. Niektórzy pochodzili z okolic Lwowa. Dlatego, jak o godzinie siódmej rano był apel, na którym przydzielano im robotę, to ja też chodziłem na ten apel i tłumaczyłem tym Ukraińcom po polsku, to co do nich mówił zarządca – gdzie mają iść, co mają robić. Dostawałem za to od niego co drugi dzień pół litra mleka.

Być może ta pomoc powodowała, że mały Marian był lubiany przez zarządcę majątku i jego syna.

– Ten chłopiec był w moim wieku – podkreśla.

– Któregoś dnia zabrał mnie nawet do swojej szkoły. Ale teraz już nie wiem, czy wtedy wszedłem do tego budynku, czy nie.

Ojciec, oprócz kowalstwa, wykonywał również inne roboty. Jedną z takich, która utkwiła mocno w pamięci Mariana, była orka z wykorzystaniem lokomobili i specjalnego pługa.

– Jedna lokomobila stała na jednym końcu pola, a druga kilkaset metrów dalej, na drugim końcu – tłumaczy mężczyzna.

– I przeciągały one za pomocą liny pług, raz w jedną stronę, raz w drugą. A pług był duży, pięcioskibowy. Siedziało na nim czterech – pięciu mężczyzn, którzy kierowali nim i ustawiali go powtórnie, gdy został wysadzony przez kamień. Z lokomobilami porozumiewali się za pomocą chorągiewek. Mnie się to bardzo podobało, ale tata nie lubił tej roboty, bo się przy niej kurzyło. Ale nie miał wyboru.

W tym czasie bardzo poważnie zachorowała mała Lucyna.

– Rodzice musieli chodzić do pracy, więc ja opiekowałem się siostrą i podawałem jej jakieś lekarstwa – pamięta pan Marian.

– Była bardzo chora, nie wiedzieliśmy, czy z tego wyjdzie.

W tym majątku rodzina Majtyków przebywała aż do zakończenia wojny w tej okolicy. W końcu 1944 r. i na początku 1945 na wieść o zbliżającym się froncie, ludność niemiecka zaczęła stąd wyjeżdżać. Dla robotników przymusowych pozbawionych dostępu do aktualnych informacji, był to znak, że wojna powoli zbliża się ku końcowi. Musieli jednak tu pozostać i nadal wykonywać swoje prace oraz przestrzegać stale zaostrzanych zarządzeń niemieckich. Coraz bardziej obawiali się o swój los, o to, co zrobią z nimi Niemcy.

– Któregoś ranka, chyba w styczniu 1945 r., zobaczyliśmy, że całe wielkie podwórze majątku, gdzie odbywały się apele, zajęte jest przez niemiecką artylerię przeciwlotniczą – opowiada.

– Wszystkich ogarnęło przerażenie. Starsi mówili, że jak te działa zobaczą Rosjanie, to przylecą tu ich samoloty i zbombardują to miejsce, a wtedy wszyscy tutaj zginiemy. Ale po dwóch dniach, jak żeśmy rano wstali, to już artylerii nie było. Chyba przenieśli ją gdzieś indziej. Po tym fakcie Niemcy, którzy zostali jeszcze w dworze, zaczęli stąd masowo uciekać. My niestety, dalej musieliśmy tu być. Porządku pilnowały niemieckie patrole wojskowe i żandarmeria.

Kilka dni później władze niemieckie wydały zarządzenie, że robotnicy polscy z majątku i ich rodziny mają na noc przenosić się do budynku szkoły. Wśród robotników zrodziło się przypuszczenie, że po to, aby ich wymordować. Grozę sytuacji zwiększało to, że gdy się tam już na noc przenieśli, budynek otoczony został przez oddział wojskowy.

– Starsi mówili, że ma być tak zwana czerwona noc dla Polaków, że będziemy wymordowani – wspomina mężczyzna.

– Nikt z dorosłych chyba wtedy nie spał, bo obawiali się najgorszego. Ale rano żołnierze odjechali i wszyscy wrócili do swoich mieszkań i do roboty. Trzeba było nakarmić zwierzęta w majątku. Na noc znowu musieliśmy wrócić do szkoły. I wojsko, tak jak poprzednio, otoczyło budynek i przez całą noc nas pilnowało. Jednak dwóch robotników tam nie przyszło na noc i gdzieś się ukryło. Zostali znalezieni i na miejscu rozstrzelani. Rano znowu wojsko odjechało, a wszyscy wrócili znów do roboty. Tak było chyba ze cztery noce. Tej ostatniej żołnierze zniknęli już około północy. Nikt nie wiedział, co się stało, ale chyba uciekli przed zbliżającymi się Rosjanami. Nie dostali pewnie rozkazu, aby nas wymordować i tak żeśmy przeżyli.

Kilka dni później do wioski i dworu weszli Rosjanie. Dla polskich robotników nic się jednak nie zmieniło. Nie mogli stąd wyjechać i w dalszym ciągu musieli zajmować się żywym inwentarzem. Przez cały czas od strony Wrocławia dobiegały odgłosy toczących się tam walk, a w nocy widać było wokół czerwone od łun pożarów niebo. Na każdym kroku można było się natchnąć na dantejskie sceny.

– Na samym środku skrzyżowania dróg leżało dwóch Niemców, których zabili radzieccy żołnierze – pan Marian kręci głową.

– Ich ciała były porozjeżdżane. Osobno leżała ręka, gdzieś tam noga. Nikt tych zwłok nie sprzątał. Na to miejsce wjechali bryczką Rosjanie. Wieźli ze sobą pełno czekolad, cukierków i innych rzeczy. Stanęli na tych ciałach i zaczęli nas, Polaków wołać, abyśmy przyszli po te słodycze. Ale nikt nie chciał iść. Więc grożąc zastrzeleniem, zmuszali do podchodzenia. „Niemców żałujesz?!Jak nie podejdziesz, to cię zastrzelimy jak psa” – mówili po rosyjsku. Zastraszeni ludzie szli. Wielu tego nie wytrzymywało i wymiotowało, szczególnie kobiety. Nigdy nie zapomnę tego widoku.

Największym marzeniem zgromadzonych tam Polaków był powrót do swoich rodzinnych domów. Nie było to jednak łatwe w warunkach toczącej się wokół wojny. Trzeba było mieć odpowiednie dokumenty, a tych Rosjanie nie chcieli nikomu wydawać. Robotnicy polscy byli im potrzebni teraz do zajmowania się stadami zwierząt domowych zagarniętych w majątkach i po wsiach. Któregoś jednak dnia oznajmiono Polakom, że mogą się po takie dokumenty zgłaszać do pobliskiej cukrowni.

– Tata i inni mężczyźni poszli po te papiery – pan Marian bierze do ręki szklankę z herbatą.

– Jednak na noc nie wrócili. Rano wszyscy ich szukaliśmy, ale nigdzie ich nie było. Kobiety zaczęły pytać Rosjan, co się z nimi stało. Odpowiedzieli, że dostali dokumenty i chyba pojechali do domów. Nie wierzyliśmy w to, ale co mieliśmy zrobić. Wróciliśmy do siebie i zaczęliśmy myśleć, jak zorganizować powrót. W tym czasie dołączyła do nas rodzina Pawlaków z Komornik, która była na robotach w innym, pobliskim majątku. Został on zbombardowany i dlatego przenieśli się do nas. Było ich siedmioro – mąż, żona i piątka dzieci w naszym wieku. Postanowiliśmy razem wracać. A nie było to łatwe, bo pociągi nie jeździły.

Rodziny zdecydowały się na podróż wozem, który miał ciągnąć koń. Był on już nawet przygotowany. Ale niestety, ktoś w nocy konia ukradł. W tej sytuacji pan Pawlak razem z ośmioletnim już Marianem zorganizowali jako siłę pociągową parę wołów z majątku.

– I tymi wołami wróciliśmy do domów – relacjonuje nasz rozmówca.

– Jechaliśmy dwa tygodnie. Jako wyżywienie mieliśmy pięćdziesiąt kilogramów czerwonego cukru, który matula przyniosła w worku z cukrowni. Po drodze udało nam się też zdobyć jakiś makaron. Spaliśmy na tych wozach pookrywani pierzynami i szmatami. A to była zima i ściskał siarczysty mróz. Żeby mieć wodę, topiliśmy śnieg. Aby coś ugotować, zatrzymywaliśmy się na krótki czas w mijanych, opuszczonych dworach albo w stojących gdzieś na odludziu pustych domach. Oddziały rosyjskie często zatrzymywały nas, bo przejeżdżały kolumny wojskowe albo kazały jechać jakimiś okrężnymi drogami. A w Namysłowie to nam zabrali wóz i woły, więc znalazłem jakiś wózek, zapakowaliśmy coś na niego i ruszyliśmy dalej na piechotę. Ale po jakimś czasie dogonili nas na koniach radzieccy oficerowie. Kazali wrócić i oddali nam ten wóz z wołami. Tak dojechaliśmy do domu do Krzyworzeki, a Pawlaki do Komornik.

Prawdziwy koniec wojennych przejść rodziny Majtyków nastąpił dopiero kilka tygodni później, kiedy do domu wrócił ojciec. Okazało się wtedy, że gdy mężczyźni poszli po obiecane im dokumenty, zostali przez Rosjan zatrzymani w cukrowni. Widzieli przez okna budynku, jak na drugi dzień poszukiwały ich rodziny. Musieli wtedy leżeć na podłodze i pod groźbą zastrzelenia nie odzywać się i nie dawać żadnych znaków. Rosjanie później zatrudniali ich w okolicznych majątkach do pracy przy stadach krów, wołów, koni. Ale prace te mężczyźni wykorzystali też, aby wrócić do domów. Po kilku dniach oporządzania zwierząt w jakimś miejscu, gdy nadarzyła się okazja, przenosili się do innego, gdzie również zajmowali się zwierzętami. I tym sposobem, powoli, przechodząc z majątku do majątku, wrócili do rodzinnych stron.

– Przez cały ten czas tata nie wiedział, co się stało z nami, a my, co się dzieje z nim – uśmiecha się dzisiaj Marian Majtyka.

– Dlatego, jak wszedł do domu, to od razu wszyscy rzuciliśmy się mu na szyję. Nasza radość była wielka. Znów byliśmy razem.

Komenatrze

Polecamy!

KIEROWCA I PASAŻERKA MOTOCYKLA TRAFILI DO SZPITALA

W niedzielę, 3 lipca, na drodze wojewódzkiej nr 483 w Prusicku Rzędowiu, w gminie Nowa Brzeźnica, doszło do groźnego wypadku. Poważne obrażenia ciała odnieśli...

ARESZT DLA 37-LETNIEGO AGRESORA. JAKO RECYDYWA ODPOWIE ZA ZNISZCZENIE MIENIA I…

Wieluńscy policjanci zatrzymali 37- latka, podejrzanego o zniszczenie drzwi w jednym z lokali mieszkalnych na terenie Wielunia oraz naruszenie miru domowego. Mężczyzna za popełnione...

OSZUŚCI W SKUPIE ZBÓŻ. ZATRZYMANI TAKŻE MIESZKAŃCY DZIAŁOSZYNA

Pięciu mężczyzn zostało zatrzymanych i usłyszało zarzuty w tej sprawie. Z ustaleń śledczych wynika, że mieli oni oszukiwać właściciela firmy skupującej zboże i nasiona...

OD DNA DO WIZERUNKU SPRAWCY ZABÓJSTWA. 70 000 ZŁOTYCH NAGRODY!

Pierwszy raz w Polsce wykorzystano możliwości zaawansowanych badań genetycznych jakie daje amerykańska firma Parabon. Pozwalają one na przewidywanie cech wyglądu zewnętrznego i pochodzenia osoby...

TRAGICZNY FINAŁ PATOIMPREZY

Na trzy miesiące trafił do aresztu 22-latek, który miał być organizatorem zawodów w piciu nasz czas alkoholu. Po imprezie zmarła 37-letnia kobieta, mieszkanka powiatu...
Komenatrze
Używamy cookies w celach funkcjonalnych, aby ułatwić użytkownikom korzystanie z witryny oraz w celu tworzenia anonimowych statystyk serwisu. Jeżeli nie blokujesz plików cookies, to zgadzasz się na ich używanie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Polityka Prywatności      
AKCEPTUJĘ