Reklama

Oszukani przez burmistrza

Pajęczno żyje ostatnio zamieszaniem wokół referendum o odwołanie ze swoich funkcji burmistrza, Piotra Mielczarka oraz radnych miejskich. Cała procedura już ruszyła, a pomysł odsunięcia samorządowców od władzy, według organizatorów, ma popierać spora część społeczeństwa. Inicjatorzy, wśród nich nie brakuje osób, które Mielczarka w wyborach poparły, zarzucają mu brak stanowczych działań w sprawie planów rozbudowy Eko-Regionu oraz nieudolność na pełnionym stanowisku. Przysłowiowym gwoździem do trumny miało stać się powołanie wiceburmistrza. Tutejsi podnoszą, że włodarz obiecywał rządzić sam. O powodach, dla których część mieszkańców gminy chce zmiany na fotelu burmistrza, rozmawiamy z Kamilą Krzak-Sojdą, sołtyską Dylowa Szlacheckiego. Kobieta swego czasu stała się twarzą sprzeciwu społecznego odnośnie podwyżek cen odpadów. Kilka miesięcy temu organizowała również protesty, żądając remontu drogi biegnącej przez „jej” wieś oraz sprzeciwiając się zamysłom Eko-Regionu odnośnie podwyższenia i powiększenia.

Magdalena Lizurej: Jest pani organizatorem procedury referendum o odwołanie burmistrza i rady?
Kamila Krzak-Sojda: - Tak jestem współinicjatorem. Poparłam wniosek o referendum.

Tomasz Powązka, który ma być głównym organizatorem  w ostatniej chwili, bardzo delikatnie temat ujmując, zrezygnował z wywiadu, wskazując panią, jako osobę, która wypowie się pełniej. Dlaczego?
- Ciężko mówić za pana Tomasza. Myślę, że wskazał mnie, ponieważ jako pierwsza wspomniałam o zamiarze przeprowadzenia referendum.


Ma pani osobisty interes w odwołaniu burmistrza Piotra Mielczarka?
- Referendum nie jest uderzeniem w żadną osobę personalnie. To brak zgody na złe decyzje. Tylko i wyłącznie. Wielokrotnie miałam kontakt z panem burmistrzem i nasze kontakty były na normalnym poziomie. Jednak jego ostatnie decyzje są bardzo niezrozumiałe i jest mi przykro, że je podjął. To bardzo zły krok jego kadencji Wierzyłam w naszą współpracę, o której zawsze mnie zapewniał. A robił to za każdym razem, gdy mieliśmy okazję rozmawiać. Nie zawsze zgadzaliśmy się w każdej kwestii, ale staraliśmy się znaleźć kompromis. I to się sprawdzało. Można nie dotrzymać obietnicy wyborczej, ale złamanie danego słowa, to już bardzo niedobry kierunek, który będzie oceniony przez wyborców. Mi jest po prostu przykro.

Reklama


To znamienne, że stowarzyszenie, które burmistrza poparło teraz chce jego odejścia? Przynajmniej spora część członków?
- Myślę, że znaczy to bardzo wiele. Ponieważ te osoby zrobiły ogrom pracy w kampanii pana burmistrza. Szczerze powiem, że bardziej zapamiętałam właśnie ich, niż samego włodarza. Robili kawał roboty, aby swojego kandydata wypromować. Udało się. Ale potem zawód. Ogromny zawód, który spowodował, że rozpoczęli działania zmierzające do przeprowadzenia referendum.
Rozeszła się pogłoska, że sama ma pani chrapkę na fotel burmistrza. Widzi pani siebie w tej roli albo w roli radnej?
- Nigdzie nie wspominałam, że jestem kandydatką na jakiekolwiek funkcje czy stanowiska. Jestem sołtysem i pracuję dla swojej wsi. Staram się dotrzymać słowa. Czego konsekwencją było poddanie się ostatniego grudnia 2020 r. pod ponowne głosowanie, czy nadal mam pełnić swoje funkcje. Coś mieszkańcom obiecałam i wiedzieli, że poddam się pod ponowną ocenę. Poza tym jestem w ciąży. Za chwilę rodzę! To moje czwarte dziecko i ostatnią rzeczą jakiej mi trzeba, to dodatkowe obowiązki! Jeśli ktoś miał nadzieję, że mam zamiar kandydować, to muszę sprawić zawód, gdyż prowadzę firmę, dom, mam wieś i spełniam się wyłącznie w tych rolach. Więcej nie udźwignę.


Wielu się zastanawia po co kupowała pani dom niedaleko wysypiska? Mówią, że sama pani chciała, a teraz robi „dym”?
- Gdy kupiliśmy dom w 2015 roku to na wsi było tak cicho, że nie byłam pewna czy się przyzwyczaję. Ale niestety decydujący był rok 2016, gdy starosta pajęczański wydał pozwolenie na rozbudowę i budowę kwater II a i II b. Wówczas już mieszkałam w Dylowie Szlacheckim i zakończył się spokojny żywot blisko 300 osób zamieszkujących naszą miejscowość. Co zatem pozostaje robić, jeśli nie walczyć, aby zatrzymać kolejne rozbudowy? Jak wytłumaczyć dzieciom, że ze wsi, gdzie powinny nas budzić koguty, zrobiono wieś, gdzie budzą nas ciężarówki z odpadami? Jak wyjaśnić to pokoleniom mieszkańców, którzy otrzymali swoje działki i domy po rodzicach czy dziadkach? Jak wyjaśnić to tym, którzy kupili działki przed tymi decyzjami? Niemożliwym jest rzucić teraz wszystko, sprzedać czy zostawić ot tak. To nasza inwestycja. Na lata. Dlaczego pozwolono, abyśmy budowali domy? Dlaczego nikt nas nie ostrzegał?

Reklama


Kiedy zaczęliście zbierać podpisy w sprawie przeprowadzenia referendum? I kto je zbiera? Inicjatorzy?
- Inicjatorzy oraz osoby, które zgłaszają gotowość do działania. Każda lista ma miejsce na niewiele podpisów, gdyż każdy podpis jest chroniony prawem i nikt go nie widzi. Lista po zakończeniu zbierania będzie zabezpieczona i odesłana do komisji wyborczej. Idzie to bardzo sprawnie. 


Do połowy marca powinniście oddać listy do komisarza wyborczego. Uda wam się zebrać 1000 podpisów, aby mógł ogłosić referendum?
- Nie ma problemu z ich zbieraniem. Jest to efekt zawodu, jaki poczuli wyborcy. Liczyliśmy na nową politykę. Na nowe otwarcie w kontaktach z mieszkańcami. Potrzebowaliśmy tego czegoś, co przekona ludzi, że nasza gmina jeszcze wiele może. Przypominam, iż pan burmistrz otrzymał ogromny mandat zaufania. Nie tylko od Pajęczna. Wieś także głosowała. 

Reklama


Dlaczego burmistrz Mielczarek oraz cała rada powinni odejść?
- Pierwsze wzmianki o referendum pojawiły się w pierwszym półroczu urzędowania. Wówczas nie bardzo rozumiałam powody. Kolejne wzmianki pojawiały się już bardzo często. Powodem tego był brak działań, inwestycji i samej obecności pana burmistrza w przestrzeni publicznej. Wielokrotnie publicznie stawałam po stronie pana Piotra Mielczarka, nawet wśród mieszkańców swojej wsi. Bo zawsze należy dać szansę, bo wierzę w dobre intencje i naprawdę wierzyłam. Decyzja o powołaniu zastępcy wywołała falę komentarzy. Osobiście poczułam się w pewnym sensie oszukana, gdyż przez okres bycia sołtysem, nie prosiłam gminy o wiele. Mieszkańcy Dylowa Szlacheckiego działają sprawnie sami, aby nie robić kosztów, bo wiedzieliśmy, że nasz budżet nie jest imponujący, a jak każda wieś po coś przyjdzie, to zrobi się ogromna kwota. Więc nie prosiłam. To teraz mam. Straszny zawód. Odwołanie rady miejskiej zaproponowali sami mieszkańcy. Wskazywali, iż jest to cały ciąg zdarzeń, który musi nastąpić. A ja rady broniłam do końca. Jednak tutaj najważniejszy był głos społeczny, bo to mieszkańcy głosują. 


Kiedy zaczęliście myśleć o zorganizowaniu referendum?
- Ta decyzja była podyktowana złymi decyzjami. Jak wspomniałam, temat wśród mieszkańców pojawiał się wiele razy. W momencie propozycji przeprowadzenia referendum, nie wiedziałam czy będzie to możliwe. Wolałam czekać do końca obostrzeń. Jednak inicjatorzy wzięli sprawy w swoje ręce, dzwonili do Ministerstwa Zdrowia i gdy okazało się, że zbieranie podpisów nie powoduje zgromadzeń i może się odbywać, procedura ruszyła. 

Reklama


Co powinno się stać, aby organizatorzy przerwali procedurę?
- To czy referendum się odbędzie zależy wyłącznie od pana burmistrza. Nikt nie uderza osobiście w niego, a wyłącznie w złe decyzje. Nie jestem od stawiania warunków władzy, ja mogę wyłącznie prosić o przemyślenie czy warto? Czy naprawdę w dobie kryzysu potrzebujemy takich wydatków? Czy nie warto wyjść do społeczeństwa i powiedzieć, że wycofujemy się z tej decyzji, bo naprawdę budżet nam na to nie pozwala? Kolejna sprawa to składowisko. Byliśmy z mieszkańcami u pana burmistrza i dostaliśmy jasną deklarację. Słowo nie zostało dotrzymane. Liczymy, że ta zła decyzja także zostanie naprawiona. Dla dobra naszej gminy. Bo za chwilę będzie gmina na wysypisku, a nie wysypisko w gminie. Czy referendum się odbędzie zależy również od komisarza wyborczego i sytuacji epidemiologicznej w kraju. Ostatnią rzeczą jakiej byśmy chcieli, to narażać kogokolwiek na zagrożenie zakażeniem czy inne niedogodności. Tutaj jesteśmy w stałym kontakcie i obserwujemy sytuację.


To jest polityczny szantaż?
- Polityczny szantaż to jest wówczas, gdy wieś nie otrzymuje kawałka drogi, bo budżet na to nie pozwala, po czym jesteśmy postawieni przed faktem dokonanym i z dnia na dzień mamy tyle środków, że stać nas na zastępcę i kiepskie decyzje. Kwestia referendum to wybór. I nasz wybór, i pana burmistrza i mieszkańców. 

Reklama


Cały czas mówicie, mam tu na myśli organizatorów, że nie chodzi o krytykę Piotra Milczarka, jako człowieka, tylko o krytykę decyzji burmistrza. Nie powinien tego odbierać jako personalny atak?
- Dokładnie tak. To nie jest atak personalny, bo osobiście wiele razy rozmawialiśmy i miałam wrażenie, że mimo kilku różnic, możemy dojść do porozumienia. Atak personalny nie może być powodem do referendum. My się po prostu nie zgadzamy ze złymi decyzjami. To one zaskoczyły i ciężko się z nimi zgodzić, tym bardziej, że ogłoszono je po sesji, na której kilka razy usłyszeliśmy, iż nie ma na to, czy na tamto. To także efekt złej decyzji odnośnie składowiska.


Adam Stachera to według pani czy według pozostałych inicjatorów referendum, kiepski kandydat na wiceburmistrza?
- Nie znam pana Stachery. Nie wiem, jak działa, nie wiem jaką rolę ma spełniać, ale wiem, że w czasie kryzysu, kiedy borykamy się wzrostem stawki za odbiór odpadów, kiedy nie mamy środków na załatanie dziury w drodze, zastępca nie jest nam potrzebny. Nie ma w gminie aż tyle pracy, aby dzielić ją na dwie osoby. Tym bardziej, że ciągle słyszymy, jak pandemia ogranicza działanie samorządów.

Reklama


Macie sygnały z ratusza, jak odnajdują się, teraz już dwaj, burmistrzowie w tej sytuacji?
- Nie mam pojęcia co dzieje się w ratuszu i niespecjalnie się tym interesuję. Słychać jedynie, że za chwilę usłyszymy o pierwszym sukcesie duetu, aby przekonać nas do tej decyzji. 


Regularnie zaczęły pojawiać się konkretne, gospodarcze informacje na stronie urzędu w mediach społecznościowych, to może być PR-owa odpowiedź na wasze działania?
- Sama ostatnio śmiałam się do sołtysów, że jestem najlepszym „pijarowcem” pana burmistrza. Bo zaczął być bardzo aktywny. Szkoda, że tak późno. O dwa lata za późno. Wiele razy prosiłam, aby się wypowiadał, tłumaczył decyzje, wskazywał kierunki dla gminy. Nawet kilka dni przed tą pamiętną sesją, na spotkaniu z sołtysami poprosiłam, aby Pan Burmistrz wytłumaczył mieszkańcom skąd tak wysoka stawka za odbiór odpadów. Jestem zwolennikiem odkrytych kart. Mogą zwracać mi uwagę i zarzucać, że publikuję pisma. Ale będę to robić. Bo trzeba być szczerym względem mieszkańców, którzy mnie wybrali. Wiarygodność jest teraz w cenie. I chciałam, aby pan burmistrz był dla mieszkańców. Nie był. Zniknął. Pojawił się za późno.

Reklama


Nie szkoda wam środków, które na ewentualne referendum muszą zostać przeznaczone?
- Koszty referendum nie są duże, ale pewnie, że można je lepiej zagospodarować! W pracy dla wsi nauczyłam się co jest ważne dla mieszkańców, a co może poczekać. Jednak wszystkie decyzje podejmujemy razem. Bo to wspólne pieniądze. Czy wydajemy fundusz sołecki czy środki stowarzyszenia, to musimy wszystko przemyśleć. Dlatego liczę, że również burmistrz przemyśli swoje decyzje. Bo niektórzy radni podzielają nasze zdanie, że budżet nie udźwignie zastępcy. Wydajmy te środki inaczej. I te z nowego stanowiska i te z ewentualnego referendum.


Pani ma kilka pomysłów, w co można by zainwestować te 100 tys. zł, które pójdą na wynagrodzenie wiceburmistrza?
- Pomysłów jest cała masa. Na ostatnim spotkaniu z sołtysami to właśnie sołtysi zgłaszali potrzeby dla swoich wsi. Aktywni byli także przewodniczący osiedli! Jest tego sporo. Można wysłuchać mieszkańców, że potrzeba na sport, na drogi, na oświetlenie. Można wymieniać naprawdę dużo spraw. Ja skupiłabym się także na pomysłach dotyczących gospodarki odpadami czy wsparciu w dopłatach do wymiany kotłów centralnego ogrzewania. Ale wystarczy jechać na nasze wsie. Potrzeby widać gołym okiem, więc myślę, że ani sołtysi, ani radni nie mieliby problemu ze wskazaniem na co przeznaczyć te środki. 

Reklama


W jaki sposób wieś, której pani jest sołtyską w ostatnim czasie została wsparta przez gminę?
- Dylów Szlachecki to wieś, która sobie radzi w każdej kwestii. Wykonujemy fundusz sołecki zgodnie z przeznaczeniem, działamy na wielu płaszczyznach i naszym największym wsparciem jest posiadanie organizacji pozarządowej jaką jest Stowarzyszenie Rozwoju Wsi Dylów Szlachecki. Dzięki działalności mamy darczyńców i nie prosimy gminy praktycznie o nic. Wzięliśmy udział w konkursie dla stowarzyszeń w gminie i otrzymaliśmy środki na organizację pikniku rodzinnego. O żadne inne pieniądze nie prosimy. Działamy sami. Nawet odśnieżanie mieszkańcy wzięli na siebie. To samo ze sprzątaniem wsi czy koszeniem terenów zielonych lub przygotowaniem miejsca pod plac zabaw. To wszystko praca naszych rąk. 


W ciągu dwóch lat w Dylowie Szlacheckim zaszło sporo zmian. Tylko niektóre to zasługa funduszu sołeckiego. A reszta?
- Z funduszu sołeckiego udało się kupić środki trwałe dla sołectwa, tj. stoły, ławki, namioty. Nie posiadamy świetlicy, więc musieliśmy zadbać o jakąś namiastkę możliwości organizacyjnych. Po zakupie ruszyliśmy z inwestycjami. I tak w roku 2020 udało się kupić kilka sprzętów na wyposażenie placu zabaw. Resztę zorganizowaliśmy w ramach stowarzyszenia. Bierzemy udział w każdym konkursie grantowym i udało się uzyskać środki na budowę domku, który będzie służył jako mini świetlica. Jednak kwota była niewystarczająca na całą inwestycję, więc znowu wsparliśmy się pieniędzmi naszej organizacji. Działamy dzięki darczyńcom i dotacjom, a także projektom, które pozwalają pozyskać fundusze na działalność. 

Reklama


Jakiego stanowiska oczekujecie od burmistrza w sprawie powiększenia i poszerzenia wysypiska? Bo działania w tej sprawie też znalazły się pod pręgieżem krytyki.
- Nie moją rolą jest zmuszać kogokolwiek do jakichkolwiek decyzji. Wiele razy wychodziłam z komisji przed głosowaniem, aby nie było zarzutów, że wpływam na decyzje. Jestem tylko sołtysem. Poważna rola, ale na wsi. Nie przy głosowaniu. Ja chcę być tylko wskaźnikiem i głosem mieszkańców Dylowa Szlacheckiego. Osobiście chciałabym tylko, aby pan burmistrz dotrzymał danego słowa i poddał radzie miejskiej pod głosowanie wniosek o powiększenie składowiska. Bo to rada podejmie tę decyzję. Mieliśmy zapewnienie, że do końca roku wniosek trafi pod głosowanie. Tak się nie stało. Przykre i niezrozumiałe. 


A co się teraz dzieje z tym wnioskiem i jakie formalne skutki to rodzi? 
- Wniosek właściciela składowiska został poddany pod opinie komisji planistycznej. Ta uznała, iż nie ma przeciwwskazań do zmiany studium i lokalizacja wysypiska w enklawie leśnej sprzyja inwestycji. Jednak wzięto pod uwagę sprzeciw mieszkańców i brak dobrego dojazdu do instalacji, więc wniosek odrzucono. Mimo to martwi nas stwierdzenie, iż jest to wyłącznie opinia. Skontaktowaliśmy się z planistami, którzy wzbudzili w nas jeszcze większe zaniepokojenie informacją, że zapis o braku przeciwwskazań do powiększenia będzie miał istotne znaczenie, a sam protest mieszkańców może w tej sytuacji znaczyć niewiele. Mamy nadzieję, że do powiększenia nie dojdzie. To byłoby w interesie całej gminy. Nie mamy żadnych korzyści z posiadania składowiska.

Reklama


Burmistrz mógł bezpośrednio poddać wniosek pod obrady z pominięciem komisji?
- Zapewniał nas, że tak właśnie zrobi. Tłumaczył nam, mieszkańcom, iż wniosek skierowany jest do niego, ale decyzję o zmianie studium podejmuje rada miejska. Byliśmy u pana burmistrza jako przedstawiciele Dylowa Szlacheckiego, tj. przedstawiciel mieszkańców, sołectwa i stowarzyszenia. Nie byłam sama. Usłyszeliśmy jasną deklarację i czekaliśmy, aż dane słowo zostanie dotrzymane.


Jesteście na bieżąco informowani o postępach procedury administracyjnej?
- Powinniśmy być informowani. Jesteśmy stroną w postępowaniu. Mieliśmy jeden incydent, w braku podania do naszej wiadomości uzgodnień stron, ale mam nadzieję, że więcej takich sytuacji nie będzie. Bardzo nam zależy, aby mieć głos w tej sprawie i prosimy, aby nam go nie odbierano.


Część osób nie zdaje sobie sprawy o jakie areały chodzi. Co w praktyce oznaczało będzie zmaterializowanie planów śmieciowego giganta? O jakich liczbach w ogóle mowa?
- Obecnie wniosek o powiększenie składowiska dotyczy około 30 działek leśnych, czyli jakieś 30 ha. W programie Alarm dyrektor spółki mówił, że potrzebują 10 ha i będzie się to wiązało z wycinką lasu. Jednak my już nikomu nie ufamy. Jest to bolesny dla nas temat, ponieważ mieszkamy tak blisko, że każdy kolejny m2 nowej instalacji to dla nas koszmar. Nie mamy pewności, że za pół roku spółka nie przyjdzie po kolejne hektary, a potem następne. Straciłam dwa lata życia na poznanie tego tematu i moim marzeniem jest, aby kwestie jakiegokolwiek powiększania zakończyć raz na zawsze. Tym bardziej, że załącznik do Planu Gospodarki Odpadami Województwa Łódzkiego przewiduje rozbudowę już w najbliższym czasie, czyli do roku 2023 o 300 tysięcy metrów sześciennych.


A tymczasem w Bełchatowie Eko-region chce budować spalarnię, o czym już huczy w regionie. Składowisko w Dylowie A, może się stać podręcznym magazynem?
- Tego się obawiamy. O ile nie mamy wpływu na powstawanie spalarni, to na składowanie większej ilości odpadów, już tak. I tutaj zgody nie ma. I nie będzie. Wysypisko powstało z zamiarem składowiska międzygminnego i takie powinno być. Nie jak teraz o zasięgu nawet nie regionalnym, bo nowa ustawa zniosła regiony. Teraz mamy tutaj naprawdę dużo odpadów, więc ciężko określić skąd one trafiają. Już dość. Naprawdę już dość. Odległość wysypiska od domów jest skandalicznie mała i nie ma zgody na kolejne hektary. 


Burmistrz na naszych łamach stwierdził, że to właściwie dobrze, że Iwona Koperska jest w zarządzie Eko-Regionu, bo w końcu gmina ma we władzach spółki „swojego” człowiek, który zna bolączki tutejszych. Inni mówią o politycznej łapówce dla rządzących, aby przychylniej spojrzeli na plany Eko-Regionu. Pani jest bliżej do którego poglądu?
- Obserwuje sytuację z zaciekawieniem. Jednak nie sądzę, aby ktoś znał nasze bolączki, bo najzwyczajniej w świecie nikt nas o nie pytał. Pan prezes wyśmiał (Eko-Regionu, przyp. red.), nikt nie zareagował na zgłoszenia smrodu, nikt nie zrobił do dziś drogi, a ostatnio w wywiadzie radiowym usłyszeliśmy, że spółka dała nam możliwość wejścia na teren instalacji. Szok, bo nikt z Dylowa Szlacheckiego na składowisku nie był. Spółka zaproponowała jedynie spotkanie w ramach dialogu, ale po tylu latach działalności, to ruch ten traktujemy jako akt desperacji, a nie dialog. Poza tym martwi nas fakt, czy aby w łączeniu obu (przewodniczącej sejmiku i wiceprezes Eko-Regionu, przyp. red.) stanowisk nie zachodzi konflikt interesów. Ale czekam na odpowiedź pana marszałka w tej sprawie. 
 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości