Reklama

Grzegorz chce wygrać walkę

Minął rok i dwa miesiące od dramatu, jaki przydarzył się w pracy Grzegorzowi Sakowskiemu. Skutki tamtego wypadku są z nim niestety, do dziś. Ale on sam z optymizmem patrzy w przyszłość i nie opuszcza go humor. Na razie ma jedno marzenie: - Chciałbym móc podrapać się po nosie.

Grzegorz Sakowski był doświadczonym pomocnikiem lakiernika w wieluńskim Wieltonie, w znanym w Europie i na świecie producencie naczep. Tego feralnego dnia, a w zasadzie ranka nic nie zapowiadało.
- Dzień jak każdy – wspomina.
- Pracę rozpocząłem o szóstej. Każdy miał swoją działkę. Ja robiłem z tyłu, jak zawsze. Szykowaliśmy skrzynię metalową do malowania. Była ona podpierana klapą. Nie pamiętam momentu wypadku, ale chyba, jak wychodziłem z tej skrzyni, to ta klapa się zamknęła. Tak jakby mnie przytrzasnęła. To wszystko zdarzyło się zaledwie dwadzieścia minut po rozpoczęciu pracy.
Krzyczał? Chyba nie miał siły.
- Na szczęście zauważyli to ci, którzy pracowali w pobliżu – pamięta Grzegorz.
- Podbiegli, ale nie mogli podnieść tej klapy od razu, bo ona ważyła ponad 300 kilogramów.
Natychmiast wezwano pogotowie. Grzegorza przetransportowano do szpitala w Wieluniu i tam wykonano badania. Po dwóch godzinach przewieziony został na dalszą diagnostykę do Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego im. Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi. Tam trafił na OIOM. Stwierdzono u niego uraz głowy, kręgosłupa szyjnego, rdzenia kręgowego oraz porażenie czterokończynowe. Nie mógł i do teraz nie może ani chodzić, ani ruszać rękami.
Lekarze nie dawali mu dużych nadziei. Szanse na przeżycie oceniali na znikomy procent.
- Nawet mówili, że nie przeżyję – przypomina sobie tamte chwile mężczyzna. 
- Cały czas byłem podłączony do jakiejś aparatury. Na OIOM-ie przeleżałem aż 99 dni.
Wtedy też najtrudniejszą szkołę życia przeszła żona Aleksandra.
- Codziennie przy mnie czuwała - wzdycha mąż.
- Przyjeżdżała po 15., wracała o 21. A rano szła do pracy. Chciałem już wrócić do domu, żeby jej było troszkę lżej.
Swój pobyt w łódzkim szpitalu Grzegorz zakończył 27 lutego 2020 r. Potem jeszcze dwa dni spędził w szpitalu w Wieluniu i ostatniego lutego wrócił do domu.
- Musiałem przyjechać do Wielunia, aby podłączono mi respirator domowy – relacjonuje.
- No i żonę musieli też troszkę przeszkolić, jak się go obsługuje.
Powrót do domu nie oznaczał jednak końca leczenia. Mężczyzna był leżącym i wymagał całodobowej opieki. Dla niego i rodziny rozpoczęła się nauka nowego życia. Trzeba było go karmić i to tak, by się nie zakrztusił albo tak go podnieść, by nie zrobić krzywdy jemu, a przy okazji sobie. On sam mówił tylko szeptem. W domu rozpoczęła się walka o jego powrót do normalności. Już od pierwszych dni oparta ona była i w dalszym ciągu jest o solidną rehabilitację. Od tamtego czasu, codziennie, oprócz niedziel, przez 3 godziny, Grzegorz ćwiczy pod okiem rehabilitanta.
- Dążymy do tego, żeby ręce i nogi były sprawne – mówi Sakowski.
- Kupiliśmy pionizator i inne potrzebne rzeczy. Jestem cierpliwy i wykonuję polecenia, bo liczę, że dzięki temu dojdę do sprawności.
Grzegorz cierpi także na niewydolność oddechową, która jest jednym ze skutków wypadku.
- Dlatego muszę ćwiczyć oddechowo – tłumaczy.
- Robię to dwa razy w tygodniu po jednej godzinie z rehabilitantką, która przyjeżdża z Częstochowy. Codziennie od 7. do 15., kiedy żona jest w pracy, opiekuje się mną pielęgniarka – trzeba mnie w ciągu dnia 4-5 razy odessać, obrócić, nakarmić, pomóc przy rehabilitacji. Później robi to moja żona i synowie.
Zarówno rehabilitanci, jak i pielęgniarka opłacani są prywatnie z kieszeni Grzegorza i jego rodziny oraz z datków od dobrych ludzi. Aż strach pomyśleć, ile to wszystko kosztuje. A dochodzą do tego jeszcze leki i środki czystości.
- Jest drogo – Grzegorz zawiesza głos.
- Miesięcznie sama rehabilitacja wynosi około 10 tysięcy złotych.
Na przełomie lipca i sierpnia mężczyzna pięć tygodni spędził w Ośrodku Votum (Polskie Centrum Rehabilitacji Funkcjonalnej) w Krakowie.
- To miał być najlepszy ośrodek w Polsce – relacjonuje.
- Cudów nie było, ale oddechowo mi się poprawiło. Tam zacząłem mówić normalnie. Teraz mogę już powiedzieć, że tu, czy tam trzeba mnie podrapać, lub chcę przejechać z jednego pomieszczenia do drugiego, bo ręce i nogi mam na razie niewładne. Ale w rękach chyba zaczyna się coś dziać, w ramionach zaczynam coś czuć. No i tak, jak było na początku również i dziś używam respiratora. Zapinam go na noc. Boję się, że wtedy mogłoby się coś zdarzyć, bo nieraz się duszę. W ciągu dnia z moim oddechem jest w miarę. Ale ogólnie mimo wszystko jest ciężko. Jakby nie rodzina…
Tragedia Grzegorza pokazała, że świat jest pełen dobrych ludzi, którzy byli z nim w ciężkich chwilach i są z nim nadal.
- Obecnie, jak umiemy, tak radzimy sobie z sytuacją, która w ciągu kilku minut zmieniła życie moje i mojej rodziny – głos Grzegorza Sakowskiego cichnie.
- Rodzina, co miała, to mi przekazała. Są jeszcze ludzie na tym świecie, dobrzy ludzie, którzy jak mogą, tak nam pomagają. To nasi przyjaciele, sąsiedzi, znajomi, także znajomi naszych synów, również strażacy, mieszkańcy naszej miejscowości i wszyscy ludzie dobrej woli, którzy włączają się w organizowane akcje. Wiele serca okazali nam i wciąż nadal okazują byli parafianie mojego brata księdza, który w poprzednich latach pełnił posługę w Ostrowach nad Okszą i Konopiskach. Bardzo miło jestem zaskoczony, że także obcy ludzie mnie wsparli i dalej finansowo wspierają. Brak mi słów, by wyrazić wdzięczność dla wszystkich, których wymieniłem. Wszystkim składam szczególne, gorące i szczere podziękowania. A jeśli kogoś pominąłem – tym bardziej dziękuję. Nie mogę się odwdzięczyć inaczej, jak tylko modlitwą i w niej będę o wszystkich pamiętać.
Nasz rehabilitowany do tych, którzy okazali mu pomoc, włącza także swój zakład pracy.
- Przez te wszystkie dni, kiedy leżałem w Łodzi, przywozili do szpitala swoim samochodem żonę – mówi Grzegorz.
- Zachowali się w porządku.
Dzisiaj największym jego marzeniem jest to, aby mógł poruszać rękami.
- Wtedy mógłbym chociaż sam podrapać się po nosie – przyznaje.
- Bo teraz muszę o to prosić członków rodziny. Najgorzej jest w nocy – tu się śpi, a tu nos swędzi i trzeba kogoś budzić, żeby po nim podrapał. Wiem, że nie będę już funkcjonował tak, jak przed wypadkiem. O pracy zawodowej na razie nie myślę. Ale chciałbym po prostu wyjść czasem do ogródka, na drogę, pogadać z sąsiadami. Po prostu cieszyć się życiem.
Wszyscy, którzy chcą pomóc Grzegorzowi Sakowskiemu w jego walce o powrót do sprawności fizycznej poprzez rehabilitację, mogą to uczynić przekazując 1 procent podatku – numer KRS 0000032645, cel szczególny – Sakowski Grzegorz 1017/20.
Można też wspomóc darowizną przekazując środki na Fundację Aktywnej Rehabilitacji FAR, nr 84 1240 1112 1111 0010 9467 9873 z dopiskiem Sakowski Grzegorz 1017/20.



Ela Wodecka 
[email protected]

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości