Historia Jacka Przebierały to coś więcej niż opowieść o sporcie i medalach. To świadectwo niezłomności, poświęcenia i cichego bohaterstwa, które rodzi się nie na oczach kamer, lecz w codziennej walce z ograniczeniami – zarówno fizycznymi, jak i systemowymi. Paraolimpijczyk z Rudy pod Wieluniem, dziś aktywny społecznik i sołtys Widoradza, pokazuje, że prawdziwa siła nie potrzebuje wielkich słów – wystarczy konsekwencja, serce i wiara, że warto iść swoją drogą, nawet pod prąd. To jedyna taka postać w historii regionu i przykład, który powinien inspirować nie tylko sportowców.
Wśród nas są ludzie, którzy nie potrzebują błysku fleszy, wielkich słów ani owacji. Ich siłą jest pokora, niezłomność i cicha wiara w to, że warto – dla siebie, dla innych, dla przyszłych pokoleń. Jacek Przebierała – paraolimpijczyk, społecznik i obecnie sołtys Widoradza – to postać, obok której nie sposób przejść obojętnie. Rozmawiamy nie tylko o medalach, ale przede wszystkim o życiu – z jego blaskami i trudnościami. O sile, pozwalającej przekraczać granice. I o tym, jak ważne jest, by pamiętać o tych, którzy zapisali piękne rozdziały naszej wspólnej historii.
Nie każdy zaczyna swoją drogę sportową z marzeniem o podium. Jacek początkowo grał w piłkę nożną.
– Sport interesował mnie od zawsze – mówi z uśmiechem.
Prawdziwa przygoda z lekkoatletyką rozpoczęła się jednak dopiero w Spółdzielni Inwalidów w Wieluniu, gdzie organizowano międzyzakładowe zawody. I właśnie wtedy wszystko nabrało tempa.
W 1988 roku po raz pierwszy wystartował na mistrzostwach Polski w Spale. Rzucał oszczepem i dyskiem – i od razu zdobył tytuł mistrza Polski. – Wtedy się zaczęło na dobre – wspomina Jacek.
Gdyby nie ówczesne „układy”, jego debiut olimpijski mógłby nastąpić znacznie wcześniej.
W tamtych czasach droga do reprezentacji nie była łatwa.
– Trzeba było mieć znajomości – mówi otwarcie paraolimpijczyk.
Dopiero w 1997 roku zmienił się trener kadry, który zaczął powoływać zawodników na podstawie wyników. Przebierała otrzymał powołanie na mistrzostwa świata w Nottingham, gdzie zajął czwarte miejsce w rzucie oszczepem. Rok później uplasował się na szóstym miejscu podczas mistrzostw Europy. W 1999 roku zdobył srebrny medal i wywalczył awans na paraolimpiadę w Sydney.
To właśnie tam zdobył swój pierwszy brązowy medal olimpijski.
– Byłem ósmy w rankingu, ale zrobiłem życiówkę. To było niesamowite uczucie – wspomina.
Do dziś nikt inny z powiatu wieluńskiego nie zdobył medalu olimpijskiego. On – dokonał tego dwukrotnie.
Dwa razy stanął na podium paraolimpiady – w Sydney i Atenach. Oba te momenty pamięta doskonale.
– Nie da się tego opisać, to trzeba przeżyć – mówi o chwili, gdy odbierał medal. Wspomina stadion w Sydney, ogrom emocji i radość z tego, że nie wraca z pustymi rękami.
Pobyt w Australii wspomina jako wyjątkowy.
– Polonia nas zaprosiła, zaopiekowali się nami jak rodziną. Mimo napiętego grafiku, znalazł się czas na zwiedzanie i chłonięcie atmosfery.
Paraolimpiada to te same obiekty co olimpiada – tylko mniej kamer.
– Dziś na szczęście jest więcej transmisji, większa rozpoznawalność. W Atenach w 2004 roku zdobył drugi medal.
– Nie jechałem jako faworyt. Chciałem poprawić wynik. I się udało.
Choć mogłoby się wydawać, że medalista olimpijski ma wszystko, rzeczywistość często bywała inna. – „W domu byłem gościem” – wspomina. Treningi sześć razy w tygodniu, dojazdy z przesiadkami.
– Nie miałem prawa jazdy. Do Zduńskiej Woli jechałem przez Sieradz, po pracy. W domu byłem późno.
Rodzina cieszyła się z sukcesów, ale również tęskniła.
– Nie było łatwo – przyznaje.
Dziś, z perspektywy lat, dostrzega, ile poświęcił. I jak wiele zyskał. Nie miał sponsorów. Niewielu pracodawców rozumiało, że reprezentuje nie tylko siebie, ale i miasto.
– Tylko jeden z prezesów traktował mnie jak reprezentanta Spółdzielni. Inni kazali mi brać bezpłatne urlopy na zgrupowania.
To bolało. Sukcesy mogły być powodem do dumy, a często były ignorowane.
Jacek ma tyle medali, że trudno je policzyć.
– Z mistrzostw Polski mam cały karton.
Zdjęcia?
– W albumie, ale wtedy nie było takiej jakości, więc nie wszystkie są wyraźne.
Mimo skromności, jest bohaterem. W Wieruszowie odsłonięto jego tablicę pamiątkową. W Wieluniu, jeszcze nie.
– Może dlatego, że kiedyś wstydzono się niepełnosprawnych – mówi cicho.
Sport był dla niego czymś więcej niż tylko rywalizacją.
– To była najlepsza rehabilitacja. Dzięki niemu dziś chodzę, wyglądam jak wyglądam, żyję aktywnie. Zauważa też zmianę podejścia do sportu osób z niepełnosprawnościami.
– Kiedyś nie było emerytur, stypendiów, robiliśmy to z pasji. Teraz młodzi mają większe możliwości.
Dziś Przebierała to nie tylko emerytowany sportowiec, ale też sołtys i aktywny działacz społeczny. Pomaga w organizacji turniejów, sędziuje mecze, wspiera młodzież. Jest obecny, prawdziwie, z potrzeby serca.
Na pytanie o marzenia odpowiada bez wahania:
– Żebym był zdrowy i doczekał się wnuków.
To nie jest opowieść o medalu. To opowieść o człowieku. O kimś, kto nie przestał wierzyć, że warto walczyć – mimo przeciwności, braku wsparcia i codziennych wyrzeczeń. To historia o tym, że wielkość nie mierzy się nagłówkami, lecz cichością serca i gotowością do działania dla innych.
Jacek Przebierała to nie tylko pierwszy – i jak dotąd jedyny – medalista olimpijski z powiatu wieluńskiego. To człowiek, który swoim przykładem pokazuje, że ograniczenia najczęściej istnieją tylko w naszej głowie. A marzenia – nawet te największe – naprawdę mogą się spełnić. Trzeba tylko zacząć.
A jeśli ktokolwiek zapyta, czym jest prawdziwa determinacja – niech przeczyta tę historię. I spojrzy, choć przez chwilę, oczami Jacka.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Bardzo fajny artykuł, brawo Jacek. No właśnie może w końcu ktoś uhonorowałby jego osiągnięcia w Wieluniu!!!
Bardzo fajny artykuł, brawo Jacek. No właśnie może w końcu ktoś uhonorowałby jego osiągnięcia w Wieluniu!!!