Maciej Chałupczyński urodził się w 2016 r. O tym, że będzie miał problemy ze zdrowiem i że będzie potrzebował rehabilitacji, jego mama dowiedziała się zaraz po przyjściu dziecka na świat. Chłopczyk dostał zaledwie dwa punkty skali Apgar. Lekarze dawali mu tylko jeden procent szans na przeżycie. Wykorzystał go.
Ciąża Magdaleny przebiegała prawidłowo. Nic nie wskazywało na to, że dziecko urodzi się za wcześnie, o wiele za wcześnie.
- Gdy zaczęło się coś dziać, zadzwoniłam do mojego lekarza prowadzącego – rozpoczyna Magdalena Chałupczyńska, mama Maciusia.
- Akurat był na urlopie. Kazał mi natychmiast jechać do szpitala do Olesna. Pojechałam. Tam stwierdzili, że to już poród. Szybko przewieźli mnie karetką do szpitala ginekologiczno-położniczego przy ulicy Reymonta w Opolu.
Jest to szpital o III stopniu referencyjności, czyli najwyższym poziomie opieki. Tego typu placówka zajmuje się kobietami z ciążą wysoko zagrożoną. Przystosowana jest do opieki nad dziećmi urodzonymi przed 31. tygodniem ciąży, z wadami rozwojowymi. Maciuś miał tu szansę na ratunek. W Oleśnie jej nie miał, bo szpital nie posiadał odpowiedniego sprzętu.
Magdalena urodziła synka w 23. tygodniu ciąży, o cztery miesiące za wcześnie. Ważył 600 g. Dostał zaledwie dwa punkty skali Apgar.
- Za bicie serca – wyjaśnia Magdalena Chałupczyńska.
- Do końca nikt nie wie, dlaczego urodził się tak wcześnie. Mnie już po dwóch dniach od porodu wypisali, a Maciuś pozostał w szpitalu na Reymonta. Potem przeniesiony został na OIOM na Witosa.
Początkowe miesiące nie były łatwe. Jednak Magdalena szybko brała się w garść, aby walczyć o zdrowie synka. Przez pierwsze dwa tygodnie od narodzin codziennie jeździła do Opola i czuwała przy dziecku. Do domu wracała wieczorem, a rano znów jechała. Pracował tylko mąż.
- Ale na dłuższą metę nie dawałam już rady z dojazdami i znalazłam mieszkanie w Opolu – tłumaczy.
- Wynajmowałam pokoik u pewnej pary. Stamtąd dojeżdżałam autobusami do szpitala. Już o siódmej byłam przy synku, a o 20., może 21. wracałam do siebie. Maciuś cały czas był w inkubatorze, więc mogłam na niego tylko patrzeć. Nie mogłam go dotykać, bo byłoby to dla niego zagrożeniem.
Dopiero po półtora miesiąca mama dotknęła dziecko, wzięła je na ręce. Ważyło wtedy około 1 kg.
Chłopczyk spędził w opolskim szpitalu ponad cztery miesiące, przechodząc tam cztery operacje. Dwie na brzuszek, bo miał nie w pełni wykształcone jelita i zaczęła robić się martwica, jedną na oczka z powodu retinopatii wcześniaczej, czyli uszkodzenia siatkówki związanego z jego wcześniactwem, a czwarta operacja była na serduszku.
- Mąż przebywał przez ten czas w domu – mówi dalej Magdalena.
- Przyjeżdżał do nas dwa razy w tygodniu, w połowie tygodnia i na weekendy.
Maciuś wytrzymał trudy leczenia. Na dwa dni przez Bożym Narodzeniem został wypisany do domu.
- Trzy tygodnie wcześniej, wiedziałam, że może uda się wyjść na święta – mówi mama chłopca.
- W szpitalu, gdy już leżał w łóżeczku, przygotowali mnie na to wyjście, abym w domu nie bała się nim opiekować. Uczyli mnie karmienia butelką, przewijania i wielu innych rzeczy, o których jeszcze nie wiedziałam.
Maciuś, gdy opuszczał szpital, ważył zaledwie 2,1 kg.
- Przez pierwsze tygodnie w domu byłam przy nim prawie cały czas – opowiada kobieta.
- Bałam się każdego karmienia, że coś mu się stanie, że przestanie oddychać. Ale z biegiem czasu widziałam, że wszystko jest dobrze. Przez pierwszy miesiąc bardzo często jeździliśmy na różne kontrole.
Maciuś był jednak bardzo podatny na choroby. Miał kilka razy zapalenie płuc, zapalenie oskrzeli. I za każdym razem, przez pierwsze dwa lata, musiał przebywać w szpitalu, gdzie otrzymywał antybiotyki dożylnie, bo nie mógł ich przyjmować doustnie. Z czasem uodpornił się na te choroby. Teraz głównym problemem jest to, że wciąż nie chodzi samodzielnie.
- Sam porusza się tylko przy meblach albo prowadzony za rękę – mówi Magdalena.
- Więc teraz cały czas walczymy o to, aby zaczął chodzić bez pomocy. Maciuś ma zaburzenie równowagi i wzmożone napięcie mięśniowe w nóżkach.
Dlatego jest mu potrzebna bardzo szeroka i ciągła rehabilitacja.
- Synek prawie codziennie ma ćwiczenia – mówi mama.
- Dwa razy w tygodniu chodzimy na hipoterapię, bo to dobrze działa na równowagę oraz napięcie mięśniowe. Trzy razy uczestniczy w rehabilitacji ruchowej NDT-Bobath. Staramy się cztery-pięć razy w roku wyjeżdżać na dwutygodniowe turnusy rehabilitacyjne. Najczęściej do ośrodka Polanika koło Kielc. Po takich dłuższych turnusach widać wyraźne postępy.
Maciuś bardzo chce pokazać, jak jest silny i sprawny, i podczas ćwiczeń z rehabilitantami ciężko pracuje. A co najistotniejsze - systematyczne, żmudne ćwiczenia przynoszą efekty. Ćwiczy również w domu z mamą. Rodzice kupili dla niego kombinezon do ćwiczeń typu Dunag.
- Ubieram w niego Maciusia i ćwiczymy – wyjaśnia Magdalena.
- Są w nim specjalne naciągi. Poprawia on równowagę i reguluje napięcie w mięśniach. My widzimy po synku, że rehabilitacja daje postępy, że małymi kroczkami posuwamy się do przodu. Dla kogoś z zewnątrz jest to może niezauważalne, ale my dostrzegamy, że on lepiej stoi, albo lepiej ustawia nóżki. Tu ważna jest ciągłość rehabilitacji. Po każdej chorobie widać było, jak cofaliśmy się w tym, co udało się już osiągnąć. Więc staramy się, by nie było przerw.
W maju Maciuś z mamą pojedzie do Ośrodka Intensywnej Rehabilitacji Dzieci „Michałkowo” koło Bielska-Białej.
W zdecydowanej większości wyjazdy te rodzice organizują prywatnie.
- W lutym byliśmy w Warszawie po raz pierwszy w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia – mówi Magdalena Chałupczyńska.
- Jest tam taka maszyna do nauki chodzenia - lokomat. I myślę, że tam jeszcze wrócimy. Ale ogólnie prywatne turnusy są o wiele lepsze. Organizuje się na nich więcej zajęć. Synek ćwiczy tam nawet cztery godziny dziennie, co dla niego jest bardzo korzystne.
Od września Maciuś będzie uczęszczał do przedszkola. Na co dzień jest bardzo pogodny. Buzia mu się nie zamyka, ciągle ma coś do powiedzenia. Dużo się śmieje. Chętnie bawi się klockami i drewnianymi układankami. Lubi też bardzo książki, szczególnie, gdy ktoś mu je czyta. Kocha zwierzęta, interesuje się przyrodą, uwielbia spacerować.
Ma postawiony przed sobą cel – samodzielnie chodzić. Pomóżmy Maciusiowi w jego zrealizowaniu.
Wszyscy, którzy chcą w tym chłopca i jego rodziców wesprzeć, mogą to uczynić, przekazując 1 procent podatku: numer KRS 0000186434, cel szczegółowy - 436/C Maciej Chałupczyński. Można również dołączyć do grupy z licytacjami www.facebook.com/groups/maciuschalupczynski/ albo włączyć się do zbiórki na rehabilitację: pomagam.pl/krolmacius.
Elżbieta Wodecka
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze