Pierwszego września minie kolejna, 84. już rocznica wybuchu drugiej wojny światowej. Tyle lat minie też od wielkiej tragedii, jaka w pierwszym dniu wojny dotknęła Wieluń. Było nią zbombardowanie bezbronnego miasta przez hitlerowskie lotnictwo. By wiedza o tym dramacie stała się powszechnie znana i by znalazła należyte miejsce w historii Polski, całe swoje dorosłe życie poświęcił profesor Tadeusz Olejnik z Wielunia. Napisał już na ten temat i opublikował kilka książek. W tekście tym przedstawiamy to, co zapamiętał z tamtych wrześniowych dni i późniejszego okresu wojny.
Dla Tadeusza Olejnika wojna zaczęła się już 25 sierpnia 1939 r. Miał wtedy 4,5 roku. Wraz z mamą, tatą i trójką starszego rodzeństwa mieszkał wtedy w Okalewie.
- Mój ojciec otrzymał powołanie do wojska – opowiada. - Było to dla nas wszystkich przeżycie. Do Okalewa przyjechały podwody, czyli furmanki, które miały przewieźć poborowych stąd do punktów zbornych w Sieradzu. Mój ojciec miał powołanie do 31 Pułku Strzelców Kaniowskich. Pamiętam, jak niósł mnie na rękach do centrum wsi, gdzie czekały furmanki. Gdy się z nami żegnał, to powiedziałem do niego: „Tato, jak zabijesz jednego Niemca, to masz wracać do domu”. Bo myślałem, że jak zabije Niemca, to wojna się skończy.
Pan Tadeusz pamięta również dobrze dzień 1 września 1939 r., gdy został zbombardowany Wieluń i rozpoczęła się wojna.
- Widać było na niebie lecące samoloty i dymy nad Wieluniem – sięga pamięcią w przeszłość. - A wieczorem, kiedy staliśmy przed domem i patrzyliśmy na łuny nad miastem, miało miejsce dziwne wydarzenie. Obok nas stała biała koza naszych sąsiadów i jakaś zabłąkana kula zabiła ją. Już trwały ucieczki przed frontem mieszkańców zachodniej części naszego powiatu. Mówili oni, że Niemcy palą wsie i mordują bezbronnych mieszkańców. Również i w Okalewie zaczęto przygotowywać się do ucieczki. Ci, którzy mieli konie, szykowali furmanki, ładowali na nie pierzyny i inne różne rzeczy - szczególnie ważny był chleb. Przywiązywali do wozu krowę i uciekali. My, czyli mama i czwórka dzieci, zabraliśmy się z sąsiadem.
Wszyscy uciekali za Wartę, która miała być linią głównego oporu wojsk polskich. Przedwojenna propaganda głosiła bowiem, że Niemcom nie uda się tej rzeki sforsować.
- Rozpoczęliśmy ucieczkę w kierunku na Złoczew – wspomina. - Ale nie dojechaliśmy dalej niż do Woli Rudlickiej, czy Janowa. Doszliśmy do wniosku, że nie mamy szansy przedostać się na drugi brzeg Warty, więc wróciliśmy do Okalewa. Tutaj w naszym domu przebywali już inni ludzie, którzy też uciekali przed Niemcami. Oni potem poszli dalej na wschód, a myśmy w domu pozostali. Ta nasza ucieczka trwała może około półtora dnia.
Po zajęciu powiatu wieluńskiego, w tym Okalewa, przez Niemców, dla jego mieszkańców rozpoczęła się długa okupacyjna noc. Powiat włączony został do tak zwanego Kraju Warty (Wartheland) przyłączonego do Rzeszy i rozpoczęło się jego germanizowanie. Dotychczasowi mieszkańcy byli stąd wywożeni, a ich miejsce zajmowali Niemcy przywożeni z Wołynia lub okolic Morza Czarnego. Tworzono dla nich duże gospodarstwa składające się z trzech do pięciu gospodarstw polskich. Natomiast dotychczasowych gospodarzy usuwano. Zostawiano tylko taką ich liczbę, jaka potrzebna była do pracy w tym nowym gospodarstwie. Pozostałych wywożono głównie do Generalnej Guberni w okolice Lublina, Zamościa, Przemyśla. Wcześniej trafiali oni do obozu przejściowego w Łodzi, gdzie poddawano ich selekcji. Tu wybierano tych, u których dopatrywano się cech germańskich, by potem poddać ich germanizacji, a następnie wysyłano do Rzeszy. Wysiedlania rozpoczęto od wiosek najbogatszych mających najlepsze gleby i położonych przy głównych trasach, jak na przykład Biała, Czarnożyły, czy Wierzchlas. Na Okalew przyszedł czas w roku 1942. Rodzina Olejników wyjechała do Niemiec. Zadecydował o tym ojciec, który w czasie kampanii wrześniowej w 1939 r. jako żołnierz dostał się pod Warszawą do niewoli niemieckiej.
- Stąd trafił do obozu jenieckiego w Austrii – mówi Tadeusz Olejnik. - A potem został wysłany jako robotnik przymusowy do pracy u niemieckiego gospodarza w głębi Rzeszy. W 1942 roku pojechaliśmy do niego. Mama i siostra pracowały w gospodarstwie jako robotnice przymusowe. My z bratem byliśmy jeszcze za młodzi, bo w Niemczech przymus pracy dla dzieci był od dwunastego roku życia. Ale, gdy były pilne prace polowe, jak na przykład zbieranie ziemniaków, czy przerywanie buraków, to my również musieliśmy pracować. Gdy dorośli dostawali po trzy rzędy do przerywania, to my jako dzieci po dwa. Pamiętam, jak pracowaliśmy w ciężkich warunkach, w słońcu. Te rzędy były długie. Ale byłem bardzo dumny, gdy w soboty dostawałem zarobione marki i mogłem przekazać je rodzicom.
Za zarobione pieniądze robotnicy przymusowi musieli się utrzymać. Żywność kupowali na kartki, ale przydziały dla nich były bardzo niewielkie, choć pracowali od świtu do późnego wieczora z przerwą obiadową. Również stosunek do nich ze strony Niemców był w większości zły.
- Nie zapomnę, jak pewnego razu bawiliśmy się z bratem i takim Kaziem spod Częstochowy na zagrabiarce do siana – smutno wspomina pan Olejnik. - I żandarm, który przyjeżdżał zawsze rowerem do baora pytać o Polaków, jak się zachowują, czy jakichś problemów nie robią, w pewnym momencie rzucił rower i tak mnie pięścią zdzielił, że spadłem pod zęby tej zagrabiarki. Na szczęście tam już nie mógł mnie skopać. I takie przypadki zdarzały się często. Albo inny przykład. Była taka organizacja dla dzieci niemieckich Hitlerjugend. Jak zobaczyli nas, Polaków, to atakowali, z bagnecikami gonili. Uciekaliśmy, bo gdyby nas złapali, to mogłoby się to zakończyć tragicznie. Ale byli też Niemcy, którzy mieli wobec nas jakieś ludzkie uczucia. Pamiętam panią Leman, miała swoją piekarnię. Mój brat i wspomniany już Kaziu poprosili mnie, abym spróbował kupić bułkę, bo Polakom absolutnie nie można było sprzedawać białego pieczywa. Więc poszedłem i zapytałem: „Czy może pani sprzedać mi jedną bułeczkę”? Dała mi, ale powiedziała, żebym szybko ją zjadł, by nikt tego nie widział.
Przez cały okres wojny mały Tadeusz i jego brat, jak i inne dzieci polskie w Niemczech, nie mogli chodzić do szkoły.
- Mój tata chciał, żebyśmy się uczyli, więc zapytał sołtysa, czy możemy chodzić do szkoły. Odpowiedział mu: „Jak podpiszesz volkslistę, to tak". Oczywiście to nie wchodziło w rachubę ze strony moich rodziców. Ale tata dowiedział się, że możemy chodzić na lekcje religii, które dla dzieci niemieckich prowadził ksiądz w kaplicy. Kiedyś poszliśmy tam we trójkę, ja, brat i Kaziu. Usiedliśmy spokojnie w ostatnim rzędzie. Niemieckie dzieci powiedziały do księdza, że tam z tyłu siedzą polskie dzieci. Ksiądz nic nie odpowiedział, ale już po religii podszedł do nas i powiedział, żebyśmy więcej tu nie przychodzili, bo to jest religia dla dzieci niemieckich. Ale przynajmniej dowiedziałem się o Kainie i Ablu, bo wtedy o tym było.
W 1943 r. rozpoczęły się wielkie naloty lotnictwa alianckiego na Niemcy, głównie na duże miasta. Pan Tadeusz Olejnik doskonale je pamięta.
- To było przerażające – wspomina. - W nocy było widać łunę palących się miast. Uciekaliśmy wtedy z naszego mieszkania, żeby się schronić, żeby w razie czego nie spłonąć żywcem. W dzień widziałem amerykańskich lotników, jak ratowali się na spadochronach, jak rozwalały się samoloty, jak toczyły się walki. To wszystko działo się na naszych oczach. Nieraz widzieliśmy jak Niemcy przewozili zestrzelonych amerykańskich pilotów. Patrzyliśmy na nich jak na rodaków. Niemcom to się bardzo nie podobało.
W 1945 r. do miejscowości Hakensteat, w której przebywała rodzina Olejników, zbliżał się front. Polacy-robotnicy przymusowi z niecierpliwością i wielką nadzieją czekali na zbliżający się dzień wyzwolenia.
- Ale za nim nadeszli Amerykanie, bo to oni zajęli Hakensteat, wśród Polaków rozeszła się wieść, że Niemcy którejś nocy chcą zrobią nam krwawą rzeź, że zostaniemy wymordowani – opowiada pan profesor. - Myśmy już wtedy nie nocowali w mieszkaniach tylko na noc gromadziliśmy się w takiej murowanej stodole. Tam były różne narzędzia, widły, że gdy Niemcy będą nas atakować, to będziemy się nimi bronić.
Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.
Dzień wkroczenia wojsk amerykańskich do wioski był dla wszystkich przymusowych robotników dniem wielkiej radości. Skończył się dla nich czas cierpień, poniżenia i ciągłej niepewności o swój los. Pan profesor Olejnik doskonale go pamięta i wspomina z perspektywy dziecka.
- Chcieliśmy już zobaczyć te amerykańskie czołgi – mówi. - Trwały jeszcze walki. Było to niebezpieczne, ale to taka ciekawość dziecka. Gdy pod Hakensteat podjechały czołgi i dały sygnał strzałem, któryś z Niemców wywiesił białą flagę na znak poddania. Wtedy do wioski wjechali amerykańscy żołnierze.
Pamiętam jak dziś, wysiadł oficer w takim zielonym mundurze, z pistoletem na łańcuszku – opisuje Tadeusz Olejnik. - Bardzo go podziwiałem. Radość nasza była wielka, że doczekaliśmy wolności.
Ale za nim rodzina Olejników wróciła do Polski, upłynęło jeszcze sporo czasu. Przez wiele miesięcy przebywała w obozach przejściowych dla robotników przymusowych.
- W pierwszym byliśmy stosunkowo niedługo, a potem przez wiele miesięcy w obozie Falin-Boster, który znajdował się w brytyjskiej strefie okupacyjnej – mówi nasz rozmówca. - To były dawne niemieckie koszary składające się z trzech dzielnic. Przebywało tam kilka tysięcy Polaków. Obóz ten nazwano Kujawy i stworzono tu namiastkę polskości. Mówiono nam, że do Polski nie powinniśmy wracać, bo będziemy aresztowani i wysyłani na Sybir. Była tam też polska szkoła i ja do niej chodziłem. Pamiętam nauczycielki – panią Zofię Maleszczyńską i panią Zofię Radomksą. Kierownikiem był Wacław Tukaj, oficer wojska polskiego. Nie zapomnę jak te nauczycielki podchodziły do nas z taką matczyną troską. Starały się wynagrodzić nam to utracone dzieciństwo.
Niezmiernie ważnym miejscem w tym obozie był kościół dla wszystkich Polaków, urządzony w jednym z baraków. Zwykle wypełniony był po brzegi.
- Na zakończenie każdego nabożeństwa najczęściej śpiewaliśmy „Boże coś Polskę (…), Ojczyźnie wolność, racz nam wrócić, Panie! (...)”. Ten nasz głośny śpiew tak się roznosił, że wydawało się, iż za chwilę mury kościoła się rozpadną.
Możliwość powrotu do ojczyzny stworzyła się, gdy w Polsce utworzono Rząd Jedności Narodowej i został on uznany przez aliantów.
- Wtedy Anglicy zaczęli agitować, by jechać do Polski - kończy profesor Tadeusz Olejnik. - Ale jeśli ktoś nie chciał wracać, to proponowano mu wyjazd do Brazylii, Australii, Kanady. W obozie dostawaliśmy także polskie książki. Pamiętam, jak pewnego wieczoru ojciec czytał nam Pana Tadeusza. Gdy zaczął: „Litwo, Ojczyzno moja!” zapadła cisza, zrobiło się tak jakoś markotno. Powiedział wtedy, że wracamy do domu, że zapisujemy się na najbliższy transport i jedziemy do Polski. Do ojczyzny wracaliśmy statkiem. Przypłynęliśmy do Szczecina. Proponowano nam, żeby tu osiąść, ale ojciec nie chciał. Dla niego najważniejsza była ojcowizna. Ze Szczecina jechaliśmy pociągiem. Gdy już dojeżdżaliśmy i zobaczyłem napis: "Wieluń", serce biło mi niesamowicie. Stąd, już innym transportem, wróciliśmy na domowe pielesze - do swojej ojcowizny, do naszego ukochanego białego domku.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze