Trzynaście par z gminy Wierzchlas otrzymało medale „Za długoletnie pożycie małżeńskie” od prezydenta Andrzeja Dudy. Uroczystość ich wręczenia odbyła się w środę 18 maja, w restauracji w Kraszkowicach. Rozpoczęły ją dźwięki marsza weselnego Mendelsona, które wprowadziły w nastrój sprzed pięćdziesięciu lat.
W imieniu prezydenta małżonków uhonorowali starosta wieluński Marek Kieler i wójt gminy Leszek Gierczyk.
- Zakładaliście swoje rodziny ponad pięćdziesiąt lat temu – mówił na uroczystości wójt Gierczyk.
- Wasze małżeństwa przetrwały tak długi czas, dlatego że zostały zbudowane na solidnym fundamencie – fundamencie miłości. Jak mawiał papież Jan Paweł II, człowiek jej szuka, ponieważ w głębi serca wie, że tylko ona może go uszczęśliwić. Wy znaleźliście swoją miłość i szczęście. Wasze drogi połączyły się w 1971 roku w szarej rzeczywistości realnego socjalizmu. Jednak blask w waszych oczach świadczy o tym, że wasze życie nie było i nie jest ani szare, ani ponure. Chciałbym wam przekazać, że wciąż jesteście potrzebni, nie tylko waszym rodzinom, ale całej naszej społeczności. Ten zasób wiedzy oraz doświadczenia życiowego to skarb, z którego wciąż możemy i chcemy korzystać.
Po tradycyjnym „Sto lat” i toaście wzniesionym lampką szampana, jubilaci mieli też czas, by powspominać historie ich znajomości.
- Oboje pochodzimy z Toporowa – mówi Joanna Trocha.
- Mieszkaliśmy blisko siebie. Roman nad samą rzeką, ja trochę dalej. Znamy się od dziecka, ale wtedy razem nie bawiliśmy się, bo mąż jest starszy ode mnie o sześć lat. Jak on chodził do siódmej klasy, to ja rozpoczynałam naukę w pierwszej. A bliżej poznaliśmy się, kiedy już wrócił z wojska, u nas - na wiejskiej zabawie.
- Była ładną dziewczyną, a zerkała na mnie jeszcze przed wojskiem – dodaje z uśmiechem Roman Trocha.
Ślub wzięli 26 czerwca 1971 r. Osiem lat później przenieśli się do Bełchatowa, gdzie Pan Roman już od jakiegoś czasu pracował w kopalni. Mieszkali tam 30 lat.
- Do Toporowa na stałe wróciliśmy w 2009 roku – wspominają.
- Wcześniej przyjeżdżaliśmy tu często do naszych rodziców w odwiedziny, na wakacje. Z czasem zbudowaliśmy tu dom, w którym teraz mieszkamy.
Od dziecka znają się też Teresa i Jan Paruszewscy z Wierzchlasu.
- Ja mieszkałem na ulicy Spokojnej, a żona przy obecnej Wieluńskiej – mówi z uśmiechem pan Jan.
- Ciągnęło mnie w tamtą stronę, bo był tam kawałek równego asfaltu.
Chodzili, chociaż nie razem, do tej samej podstawówki, a później do liceum pedagogicznego w Wieluniu. Łączyło ich wtedy tylko koleżeństwo.
- Jan mieszkał w internacie, a ja dojeżdżałam do liceum – wspomina pani Teresa.
- Zawsze przychodził i prosił, żeby pójść do jego mamy i przywieźć mu jakieś jedzonko, jakieś kompociki.
- Już wtedy ją sprawdzałem – śmieje się małżonek.
A zaiskrzyło między nimi troszkę później, kiedy Jan wrócił z wojska. Ślub wzięli 23 października 1971 r.
Czy miłość małżeńska jest trudną miłością?
- Tak – odpowiada pani Teresa.
- Mam kolegę księdza, który kiedyś mi powiedział, że małżeństwo, to większy zakon, niż kapłaństwo. Ksiądz jest sam, a w związku ona mu przysięgała, on jej, więc muszą się z tego wywiązać. Dziś naszą największą radością są nasi synowie.
Danuta i Stanisław Gałkowscy z Krzeczowa ślub brali na dwa razy. Najpierw w lutym cywilny, a potem w kwietniu kościelny.
- Pamiętam, że było wtedy bardzo zimno i długo czekaliśmy na księdza – opowiada pani Danuta.
- Już trochę niepokoiliśmy się i ktoś nawet pobiegł na plebanię. To były święta wielkanocne i ksiądz chyba troszkę zaspał.
Poznali się przypadkowo w domu kultury w Wieluniu, gdzie pracowała pani Danuta. Zajmowała się tam działem artystycznym.
- Któregoś dnia Staszek przyszedł do nas zreperować swoje radio – opowiada.
- Usiadł naprzeciwko mojego biurka i czekał na dyrektora. I tak się jakoś zaczęło. Był leśnikiem, a ja bardzo lubiłam las i mundur. Żałuję, że dziś mundur leśnika zamienił na garnitur.
- Ujęła mnie swoją urodą i miłym do mnie podejściem – dodaje małżonek.
Wesele mieli w leśniczówce w Przycłapach, gdzie pan Stanisław był stażystą leśnym.
- Gdy pracowaliśmy, czas potwornie szybko leciał – macha ręką pani Danuta.
- Były dzieci, praca, leśniczówka, mnóstwo zajęć. A okres był trudny, bo stało się w kolejkach, więc człowiek nie miał czasu, aby głębiej się nad czymś zastanawiać. Dziś młode kobiety inaczej podchodzą do życia. Tak się nie udręczają.
Zenona i Czesław Pęcherczykowie mieszkają w Mierzycach. Ona pochodzi stąd, a on ze Strojca. Poznali się na weselu u swoich znajomych.
- Zapatrzyłem się na nią – nie ukrywa pan Czesław.
- Spodobały mi się jej uroda i długie włosy. Potem poprosiłem ją do tańca i tak się zaczęło.
- A ja, gdy spojrzałam na Czesława, jak szedł z kolegą, to pomyślałam: no, nawet niczego sobie – uśmiecha się na to wspomnienie pani Zenona.
Po półrocznym chodzeniu ze sobą, młodzi pobrali się. Ślub wzięli 16 stycznia 1971 r.
- Do kościoła szliśmy na nogach – opowiada pani Zenona.
- Wiał silny wiatr. Żeby mi nie zerwało welonu, trzymałam parasolkę. I tak potem przez całe życie niosłam ją nad naszą rodziną, bo mąż przez 25 lat pracował na Śląsku i wszystko było na mojej głowie.
Z kolei Władysława i Stanisław Krawczykowie z Wierzchlasu poznali się w banku, gdzie oboje pracowali.
- Siedzieliśmy tam przy biurkach ustawionych jedno za drugim – relacjonuje pan Stanisław.
- Gdy żona obsłużyła klientów, to odwracała się do mnie i delikatnie następowała mi na nogę. I tak się zaczęło, aż doszło do skutku.
- Podobał mi się – przyznaje pani Władysława.
- I jego wygląd, i zachowanie.
Sakramentalne „tak” powiedzieli sobie 25 września 1971 r.
- Do ślubu jechaliśmy jedynym samochodem, jaki wówczas był w Wierzchlesie – kontynuuje małżonek.
- To simca, którą z Francji sprowadził jeden z mieszkańców naszej wioski. Wesele mieliśmy w domu. Miejsca nie było zbyt dużo, ale atmosfera bardzo fajna.
Przez pół wieku każda para wypracowała swoją receptę na małżeński sukces. Z nich wszystkich można stworzyć jeden, sprawdzony przepis.
- Ważny jest wzajemny szacunek i zrozumienie - wyjaśniają jubilaci.
- Potrzebna jest też wytrwałość i wiara w drugą osobę. Należy dużo rozmawiać i wspólnie podejmować decyzje. Umieć wybaczać i być gotowym do kompromisu. A ciche dni też nie zaszkodzą, bo później moment przeprosin jest bardzo przyjemny.
W uroczystości, którą prowadziła Karolina Biegańska, kierownik Urzędu Stanu Cywilnego, udział wzięli również: poseł Paweł Rychlik, Andrzej Stępień – radny Rady Powiatu Wieluńskiego, Barbara Buczkowska – wiceprzewodnicząca Rady Gminy Wierzchlas oraz sekretarz Beata Marczak i skarbnik Arkadiusz Patyk z Urzędu Gminy w Wierzchlesie.
***
Szacowni jubilaci
Barbara i Bronisław Cieślowie, Krystyna i Marian Dydynowie, Danuta i Stanisław Gałkowscy, Halina i Wiesław Ignasiakowie, Kazimiera i Jan Kluskowie, Henryka i Krystian Kostrzewowie, Władysława i Stanisław Krawczykowie, Halina i Czesław Łuczakowie, Teresa i Jan Paruszewscy, Zenona i Czesław Pęcherczykowie, Irena i Józef Ryngowie, Joanna i Roman Trochowie, Danuta i Marian Wajsowie.
Ela Wodecka
[email protected]
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze