Iwona Jendrzejczyk wraz z nastoletnią córką, mężem i schorowaną matką mieszka w Małej Wsi. Pech rodziny polega na tym, że ich gospodarstwo mieści się po innej stronie rzeki, niż reszta miejscowości. A kładka, łącząca brzegi, została wyłączona z użytkowania. Wójt Konopnicy podkreśla, że droga przecież jest. Jędrzejczykowie odpowiadają, że mowa o leśnym trakcie, wąskim i w porze deszczowej trudno przejezdnym.
Sprawę przeprawy w Małej Wsi poruszaliśmy na naszych łamach wielokrotnie. Ostatni raz w grudniu ubiegłego roku. Od tamtej pory zmieniło się tylko to, że przyspieszyły prace, na razie formalne, nad rozbiórką zdezelowanego mostu. Tymczasem na nową kładkę czeka nie tylko jedna, mieszkająca za rzeką, rodzina. Mostku potrzebują wszyscy ci, którzy mają po drugiej stronie swoje pola. Jeśli rzeka Oleśnica zanadto się nie podnosi, przeprawiają się przez płyciznę. W innym wypadku nadkładają po kilkanaście kilometrów w jedną stronę. Z kolei rodzina Jendrzejczyków, aby dostać się do wsi, sklepu, szkoły czy pracy, pokonuje wąską, gruntową drogę przez las. Do niedawana była możliwość przejścia pieszych po starej kładce, jednak po tym, jak pani Iwona zgłosiła w gminie fatalny stan przeprawy, kategorycznie mieszkańcom tego zakazano. Zapadła ostateczna decyzja o rozbiorze.
- Nie mogę pozwolić, aby ludzie chodzili po tym moście, bo gdyby ktoś wpadł, to konsekwencje prokuratorskie mogłyby zostać wyciągnięte wobec mnie – mówi Grzegorz Turalczyk, wójt Konopnicy.
- Od trzech lat mamy pozwolenie na budowę i pozwolenie na rozbiórkę. Nie robiliśmy tego, bo chcieliśmy, żeby przejście dla pieszych chociaż było. Teraz jednak stan techniczny zagraża bezpieczeństwu, każdego, kto na nią wejdzie. Są znaki zakazu, ale ludzie je ignorują. Przymierzamy się do budowy tego mostu w roku przyszłym – zapewnia.
Wójt informuje, że rozebranie obiektu, to też nie taka prosta sprawa.
- Trudno było znaleźć osobę z odpowiednimi uprawnieniami, która rozbiórkę mogłaby nadzorować, ostatecznie udało się zawrzeć porozumienie z kierownikiem – podaje wójt.
Dokumenty zarówno na demontaż starej konstrukcji, jak i budowę nowej kładki, są gotowe od 2017 roku.
- Ta sprawa nie jest nowa. Żaden z moich poprzedników nic z tym problemem nie zrobił, chociaż dużo mówili, nikt nie podjął konkretnych działań – wytyka Turalczyk.
Cały czas przeszkodą mają być pieniądze.
- W 2017 roku inwestycja została wyceniona na 1,5 mln zł, teraz zapewne kosztorys będzie wyższy – zastanawia się wójt.
- Bez środków zewnętrznych nic nie zrobimy. Jak tylko ruszy nabór do Funduszu Dróg Samorządowych, złożymy wniosek o dotację i będziemy mieć nadzieję, że przejdzie.
Wójt Konopnicy przypomina, że rodzina Jendrzejczyków nie jest pozbawiona dojazdu.
- Nie są odcięci od świata – uważa.
- Mogą korzystać z drogi dojazdowej przez las.
Zupełnie inaczej sytuację widzi Iwona Jendrzejczyk. Kobieta nie zostawia suchej nitki na wójcie. Przypomina, że droga to tak naprawdę leśny dukt, pełen wybojów, po którym z trudem mogą poruszać się samochody osobowe. A i to, jak zbytnio nie popada. O dojeździe służb nie ma mowy, a w domu za rzeką mieszka starsza, schorowana kobieta.
- Boję się o mamę. Wiem, że jeżeli potrzebowałaby pomocy karetki, ta może nie dojechać – przewiduje pani Iwona.
- Strażacy rozwozili po gminie ulotki, dotyczące szczepień. Rozmawialiśmy. Powiedzieli, że wozem bojowym nie byliby w stanie do nas dotrzeć. Gdyby było mokro, to stan drogi by im nie pozwolił. Poza tym gałęzie są za wysoko – podaje inny przykład Jendrzejczyk wskazując, że strażacy zdeklarowali swoje poparcie w staraniach o drogę.
Wójt Turalczyk potwierdza, że ciężkie wozy drogą, z której korzystała rodzina Jendrzejczyków nie mają szans się przecisnąć.
- Teraz się na szczęcie uspokoiło, ale był rok, że las po tamtej stronie dwa razy dziennie potrafił się palić. Teraz gdyby musieli jechać przez Wolnicę Niechmirowską i Chmielów, dopiero od Jarocic wjeżdżają muszą nadłożyć jakieś 25-30 km. To jest na dzień dzisiejszy największe zagrożenie – relacjonuje.
Ostatnio na posesję nie dotarła nawet policja.
- Tak się składa, że jestem na kwarantannie i policja chciała mnie skontrolować. Policjantka dojechała do połowy drogi i zadzwoniła tylko. Bała się, że jak pojedzie dalej to coś urwie i uszkodzi wóz – opowiada pani Iwona.
- Słyszałam jak pan wójt w lokalnym radio mówił, że mamy którędy jechać i że most rozbierze. Właśnie taką drogę mamy – komentuje, nie ukrywając nerwów.
- Powiedziałam panu wójtowi, że gdyby w tym miejscu, co my, mieszkał ktoś z gminy, to most byłby dawno zrobiony, to stwierdził, że jestem niesprawiedliwa.
Kobieta boi się, że i tym razem zapewnienia wójta o próbach zdobycia dofinansowania, mogą spełznąć na niczym
- Ja wysyłam pisma, a efekt jest jak rzucaniem grochem o ścianę. Te wnioski to od 2018 roku składam – kwituje.
Miejscowi rolnicy również oczekują nowej przeprawy.
- Mamy XXI w, to nie jest średniowiecze, że trzeba ściąć drzewo i przejść – zaznaczała w rozmowie z dzinnikarką „Kulis…” Michał Kowalski.
- Mogą powiedzieć, że to jest nieopłacalne, ale wiele inwestycji w kraju się robi dla ludzi nieopłacalnych, a robi się dla wygody. Rondo też jest nieopłacalne. Najważniejsze , żeby była chęć. Gdyby zaczęli wcześniej, jak obiecywali, to jakoś by drobnymi krokami szło, trochę z budżetu, trochę z dofinansowania. Wiadomo, że nie ma pieniędzy. Ale jakby się wzięli sukcesywnie do tego te cztery lata temu, w jednym roku projekt, w kolejnych zagwarantowane jakieś pieniądze, to by poszło do przodu. Tymczasem tutaj nic się nie dzieje. Brzydko mówiąc olewka totalna – nie ukrywał oburzenia, przypominając, że wójt obiecał o środki na most się wystarać . Podawał, akcentując, że choć mieszka 200 m od przeprawy, to jeśli woda jest za głęboka, do swojego pola musi jechać 20 km.
Magdalena Lizurej
[email protected]
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze