Reklama

Był ostatnim kombatantem w gminie

W piątek, 23 września, zmarł porucznik Józef Pacholak ze Zbęku, ostatni już kombatant w gminie Skomlin. W latach 1947 – 1948, jako żołnierz Ludowego Wojska Polskiego, walczył na terenach południowej Lubelszczyzny i w Bieszczadach z Ukraińską Powstańczą Armią. Miał 96 lat.

Józef Pacholak urodził się w podskomlińskiej Malinówce. Jego rodzice mieli tu niewielkie czteromorgowe gospodarstwo. Był najmłodszym z pięciorga rodzeństwa. W domu się nie przelewało. Każdy członek rodziny musiał pracować na miarę swoich możliwości.
- Ja, już jako małe dziecko, pomagałem w gospodarstwie i pasłem z dziadkiem krowy – wspominał pan Józef, kiedy rok temu rozmawialiśmy z nim o jego kombatanckiej przeszłości.
- Starsi bracia też paśli, ale w majątku lub u bogatszych gospodarzy. Zawsze te parę złotych albo coś innego mama za to dostała. Latem hodowaliśmy stado gęsi. Później skupował je taki Gacka ze Skomlina. Wtedy pomagaliśmy mu je gnać i płacił nam za to po dziesięć groszy.
Sytuacja rodziny stała się jeszcze trudniejsza po śmierci ojca, który zmarł, gdy Józek miał siedem lat. Ratował ją najstarszy z braci, który pracował już we Francji i przesyłał matce zarobione tam pieniądze.
W tym samym roku Józek rozpoczął naukę w szkole podstawowej we Wróblewie. Chodził do niej, przemierzając codziennie trzy kilometry w jedną stronę i trzy z powrotem. I tak aż do wybuchu wojny. Czasów przedwojennych nie wspominał dobrze, głównie ze względu na panującą wtedy biedę. Mocno zapisał mu się w pamięci 1 września 1939 r.
- Rano było słychać, jak bombardowali Wieluń – wspominał z zadumą.
- Szyby w oknach drżały. A potem przyjechało do Malinówki trzech niemieckich żołnierzy na motorze. Robili chyba rozpoznanie. Mój wujek, który umiał po niemiecku, rozmawiał z nimi. Dali mu papierosy. My, takie chłopaki, też podeszliśmy do nich, ale nic do nas nie mówili. We Wróblewie już się wtedy paliło, bo Niemcy strzelali w kierunku wsi amunicją zapalającą. Paliło się też Mokrsko. W naszej wsi nikogo wtedy nie zabili.
Rozpoczęła się hitlerowska okupacja, która całkowicie wywróciła dotychczasowe życie rodziny Pacholaków i innych mieszkańców Malinówki, ziemi wieluńskiej i Polski.
W 1940 r. zaczęto z Malinówki wysiedlać gospodarzy, szczególnie tych większych, by ich  domostwa później mogli zajmować Niemcy przywożeni tu z różnych rejonów Europy Wschodniej.  
- Wczesnym rankiem podjeżdżały przygotowane furmanki i ładowano na nie ludzi – mówił pan Pacholak.
- Mogli oni ze sobą zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Resztę musieli zostawić. A za kilka dni mieszkali już tam nowi gospodarze – Niemcy albo folksdojcze, czyli tacy mieszkańcy Polski, co się uważali za Niemców.
Józef Pacholak miał już wtedy 14 lat. Groziła mu wywózka na roboty przymusowe w głąb Niemiec. By jej uniknąć, znalazł sobie zatrudnienie na terenie Niemiec, ale blisko swojej rodzinnej miejscowości. Prawie całą wojnę spędził w Nowej Wsi, niedaleko Gorzowa Śląskiego. Tu ciężko pracował,  głównie na polu oraz przy transporcie drewna z okolicznych lasów do stacji Zawisna koło Praszki.
- Rodziny, u których pracowałem, to byli Ślązacy – mówił nam.
- U siebie w domach rozmawiali po polsku, ale gdy przychodził ktoś obcy, to zaczynali mówić po niemiecku.

Tutaj też doczekał końca wojny. Po przejściu frontu w styczniu 1945 r. powrócił do Malinówki. Z wojennej tułaczki powróciła też pozostała część rodziny, za wyjątkiem najstarszego brata, który pozostał w Francji.
- W Malinówce nie było wtedy co robić, więc z innymi wyjechałem do Bielawy na polski już Dolny Śląsk. Tam była wielka fabryka włókiennicza. Zacząłem pracować na tkalni. Przyuczyli mnie i pokazali, jak robić na tych krosnach. Ale długo w niej nie pracowałem. W 1947 roku wzięli mnie do wojska do 9. Zaodrzańskiego Pułku Piechoty w Hrubieszowie.
Służył w nim 29 miesięcy. Tu przeszedł szkolenie rekruckie, złożył przysięgę, ukończył szkołę podoficerską. W jego szeregach walczył z Ukraińską Powstańczą Armią.
- W Hrubieszowie było wtedy niebezpiecznie – opowiadał pan porucznik.
- Ukraińcy napadali nawet na koszary wojskowe. Żaden żołnierz nie wychodził do miasta sam, bo mogli oni go złapać i zamordować. Bardzo często wyjeżdżaliśmy na akcje przeciwko tym z UPA, bo napadali na wsie i mordowali ludność polską. To było straszne. Wszędzie było widać puste i spalone wioski, bo mieszkańcy zostali wymordowani albo stąd uciekli. Zjeździłem wtedy cały obszar od Hrubieszowa, aż po Bieszczady. W tych walkach zginęło wielu naszych żołnierzy. Śmierć poniósł też chłopak stąd, z Komornik. W Hrubieszowie jest teraz wielki cmentarz wojskowy.
Po zakończeniu służby wojskowej Józef Pacholak wrócił do Malinówki. W 1950 r. ożenił się. Ze swoją żoną Kazimierą wychował troje dzieci. Pracował najpierw w Powiatowym Związku Gminnych Spółdzielni w Wieluniu, a następnie przez wiele lat był magazynierem w Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Mokrsku. Stąd przeszedł na emeryturę. Przez osiem lat był w Skomlinie prezesem Zarządu Gminnego Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych.
Cześć Jego pamięci.

Reklama

Ela Wodecka
[email protected]

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości