Reklama

Nie daj Bóg, żeby znów była wojna

Pani Zenona Szmigiel miała dokładnie pięć miesięcy, kiedy rozpoczęła się druga wojna światowa. To, co z niej pamięta z własnej obserwacji, dotyczy już końcowych lat tych wielkich zbrojnych zmagań. A to, co wie o życiu swoim i najbliższych w pierwszym okresie wojny, opowiedzieli jej rodzice. I z jednych, i z drugich przebija groza tamtych lat.

Pani Zenona urodziła się 1 kwietnia 1939 roku w Krzyworzece. Jej rodzice Józefa i Kazimierz Kusiakowie mieszkali tu w małym, drewnianym domku. Znajdował się on prawie w tym samym miejscu, gdzie dziś stoi murowany dom, w którym mieszka nasza rozmówczyni. Ojciec był szewcem, a mama gospodynią domową. Miała też starszą o 14 lat siostrę Kazimierę. 
Już pierwszego dnia wojny wojska niemieckie zbliżyły się do Krzyworzeki. Wielu mieszkańców tej wioski opuściło swoje domy i uciekło przed nimi. Tak samo zrobili Kusiakowie. 
- Mama później opowiadała, że uciekli z nami gdzieś w pola – zaczyna pani Zenona Szmigiel.
- Ja byłam malutka, miałam pięć miesięcy i bardzo płakałam. Wtedy podobno powiedziała: „Idę do domu i nie ruszę się stamtąd. Niech mnie nawet zabiją”. To pamiętam, bo nieraz o tym wspominała.
Przez pierwsze miesiące okupacji rodzina mieszkała w Krzyworzece. Ale w 1940 r. rozpoczęły się wysiedlenia jej mieszkańców. Niemcy przeznaczyli tę wieś, jak i wiele innych w okolicach Wielunia, dla kolonistów niemieckich sprowadzanych tu ze Związku Radzieckiego. 
- Nas wysiedlili w lipcu, miałam trochę lepiej, jak rok – wyjaśnia.
- Tu zaś zamieszkała jakaś Niemka. Wywieźli naszą rodzinę sześćdziesiąt kilometrów za Warszawę do powiatu wołomińskiego. To była wieś Zawiszyn, poczta Jadów. Z nami wywieźli też tam rodzinę Beksów z Krzyworzeki. Nawet mieszkaliśmy przez jakiś czas w jednym mieszkaniu. Bo innych naszych sąsiadów: Podymów, Komorów, Kałużnych, to wysłali znowu w lubelskie. Tam, gdzie nas zabrali, były takie malutkie wioski. Ludzie żyli bardzo biednie, bo ziemie to tam są liche. Mama nieraz wspominała, że była tam bieda i smród.  
W Zawiszynie rodzina Kusiaków musiała na nowo zorganizować swoje życie. Najważniejsze było mieszkanie. Okupacyjne władze nikomu nie przydzielały kwater. Musieli je sobie znaleźć sami wysiedleni, by po prostu przeżyć. 
- Rodzice znaleźli wolny pokój w takim małym domu, gdzie mieszkały tylko dwie kobiety – mówi spokojnie.
- To były siostry. Ja nie pamiętam, żeby tam był jakiś mężczyzna. I w tym jednym pomieszczeniu żeśmy spali, gotowali, robili wszystko. Z początku mieszkali z nami jeszcze Beksowie, ale później znaleźli sobie mieszkanie w jakiejś innej chacie i tam się przenieśli. Bo wtedy nie było tak jak teraz, żeby mieć cztery – pięć pokoi w mieszkaniu, a i to młodym mało. Dawniej w jednej izbie się mieszkało i było dość. A jak była druga, to można było sobie lokatora wziąć, żeby był z tego jakiś pieniądz.
Rodzice Zenony zostali wzięci przez Niemców do roboty na pobliskim lotnisku. Mama z innymi Polkami gotowała tu na stołówce, a ojciec pracował jako cieśla. Ich malutką córką opiekowała się trochę starsza dziewczynka od Beksów, bo siostra Kazimiera już pracowała jako służąca u miejscowego drogomistrza pana Karczewskiego. 
- Mój ojciec, chociaż był szewcem, to na lotnisku pracował jako cieśla – opowiada.
- Bo to był chłop ze wsi i wszystko potrafił zrobić. Ale przez to, że rodzice pracowali na tym lotnisku, wcale nie było nam lepiej, ani nie mieliśmy więcej jedzenia. Żywność była na przydział. Na mnie, na tydzień przypadało 40 deka czarnego chleba i trochę marmolady z buraków. Ile na ojca i mamę, nie wiem. Żeby było co jeść, mama kisiła żur i potem gotowała. Kawałka mięsa to nikt z nas nie widział, najwyżej kartofle. Opowiadała, że nieraz na stołówce Niemcy rozrzucali cukierki, a niechby tylko która Polka podniosła jednego, to zaraz mogła dostać kulę w łeb. Robili tak specjalnie, żeby zatruć im życie, poniżyć je.

Przez cały ten czas starsza siostra Kazimiera mieszkała i pracowała u  państwa Karczewskich. 
- To byli bardzo dobrzy ludzie – rozpogadza się. 
- Taka trochę elita. On był drogomistrzem, to jakby dzisiaj jakiś inżynier od dróg. Mieszkali w takim dużym domu, niedaleko nas. Potem, jak już byłam trochę starsza, nawet sama tam chodziłam. Pamiętam, że kiedyś do nich poszłam i się zgubiłam w tym domu, bo tam było parę pokoi. Chciałam wyjść, ale nie wiedziałam jak. Zaczęłam płakać, jak to dziecko. A poszłam tam, bo bardzo chciałam nauczyć się robić na drutach.
W sierpniu 1944 r. w okolice Wołomina dotarł front. Zawiszyn znalazł się w strefie ciężkich walk między wojskami niemieckimi, a radzieckimi. Już wcześniej, przewidując taką sytuację, drogomistrz Karczewski zbudował schron. Był to rodzaj ziemianki, solidnie zabezpieczonej drewnianymi belkami.  
- Wchodziło się do niego, jak do kopca kartofli – opisuje pani Zenona, która wtedy miała już pięć lat.
- Było nas w tym schronie trzy, czy cztery rodziny. Siedzieliśmy tam przez jakiś czas, bo do czego było wychodzić, jak kule świstały nad głową. Niemcy szli i po kolei podpalali wszystkie domy. Pamiętam, że jak gospodarze psów nie zdążyli spuścić, to one strasznie wyły, bo się żywcem paliły na łańcuchach. Potem żeśmy uciekli z tego schronu do miejscowości, która nazywała się chyba Koło. Ale nie wiem, jak to było daleko od Zawiszyna. Tam był spokój. Jedliśmy głównie kartofle, które kobiety nakopały na polu, a potem gotowały. Ale z czym one były, już nie pamiętam. Przebywaliśmy tam, aż przeszedł front i ustały walki. Wtedy wróciliśmy do Zawiszyna. Szliśmy przez jakieś lasy, bo pola były zaminowane. We wsi dużo budynków było zniszczonych. Ten, w którym mieszkaliśmy, też. Ale dom Karczewskich ocalał i oni nas wzięli do siebie. Tylko letnia kuchnia, którą mieli, była zrujnowana. Dla nas wojna już się skończyła. 
U Karczewskich Kusiakowie mieszkali jeszcze przez kilka miesięcy. Czekali, aż wyzwolone zostaną obszary Polski leżące na zachód od Wisły, by móc wrócić do swojej rodzinnej wsi, do Krzyworzeki. Stało się to możliwe dopiero po ofensywie styczniowej Armii Radzieckiej w 1945 r., w wyniku której wyzwolone zostały również okolice Wielunia. Jak tylko sytuacja trochę się uspokoiła, Kazimierz Kusiak ze swoją starszą córką ruszyli w swoje rodzinne strony. Chcieli zobaczyć, jak tam wygląda i czy jest do czego wracać. Natomiast mała Zenona razem z mamą pozostały u Karczewskich, aż do marca 1945 r. 
- Ojciec i moja siostra przyszli z Zawiszyna do Krzyworzeki na nogach – wspomina.
- Dom był, ale wszystko zostało tam rozkradzione. Siostra już tu została. Niedaleko mieszkał brat mamy, to do niego poszła. Tam dostała jeść, bo co by tu w domu jadła? Przecież tu nic nie było! A tato wrócił po nas do Zawiszyna.
By żona i córka mogły wrócić do domu, Kusiak wynajął furmankę. Wraz z nimi, w podobny sposób, wracała również rodzina z Kolonii w Krzyworzece. Podróż trwała kilka dni. 
- Z tego Zawiszyna był kawał drogi – pamięta pani Zenona.
- Przejeżdżaliśmy przez Warszawę. Była cała roztrzaskana. Na ulicach leżały różne zdjęcia. Mnie się to bardzo podobało, jak te zdjęcia leżały. Ale byłam wtedy dzieckiem, więc jaki rozum, takie pojęcie. To był marzec, a śnieg prał, że świata nie było widać. Żeby nie zmarznąć, pookręcani byliśmy jakimiś szmatami, bo przecież specjalnych ubrań, tak jak teraz, wtedy nie było. Jedliśmy chleb, który mama upiekła jeszcze u tych Karczewskich, czy oni nam go dali, tego już nie wiem. I tak żeśmy dojechali. Ojciec zapłacił woźnicy, ale ta rodzina z Kolonii już nie. Ten chłop płakał, jak nie wiem, bo nie dostał nic. Drogi były zaminowane i trzeba było naprawdę odwagi, żeby jechać wozem tyle kilometrów. Ojciec szewcował, to jakieś pieniądze miał, więc dał trochę temu furmanowi, bo mu szkoda było tego chłopa.
Po pięciu latach wojennej poniewierki, rodzina Kusiaków powoli rozpoczynała nowe życie. Rodzice zajęli się niewielką gospodarką, którą mieli przed wojną. Ale wszystkiego musieli się dorabiać, bo swój dom zastali właściwie pusty. 
- Tu wtedy byli Rosjanie – opowiada dalej pani Zenona.
- Od nich dostaliśmy jakiegoś konia, potem krowę, żeby było od czego zacząć. Ziemię mieliśmy tą, co przed wojną. Rodzice gospodarowali i jakoś to było. Mama piekła chleb, zresztą wszyscy chwalili, że dobry, a z mleka robiła ser. Potem go rozrabiała i tak jedliśmy z tym chlebem. Głodni nie byliśmy, ale ja już miałam dość tego sera. Kiedyś, gdy mama się odwróciła, to wzięłam i wsypałam do niego trochę cukru, żeby był lepszy. Dostałam od niej za to lanie. Potem, jak mieliśmy jeszcze jedną krowę, mama robiła też masło, ale nosiła je do miasta i tam sprzedawała, by mieć jakiś grosz. Trzeba było kupić chociażby ubranie. Było biednie. Nie chce się nawet mówić.
We wrześniu 1946 r. siedmioletnia Zenona rozpoczęła naukę w klasie pierwszej szkoły podstawowej. Wraz z nią uczyli się w tej klasie koledzy starsi nawet o cztery lata. Nadrabiali czas zabrany im przez wojnę. 
- To była taka zbieranina – zamyśla się. 
- Byli tacy, co mieli i po jedenaście lat, bo w czasie wojny nikt się przecież nie uczył. Starsi, tak jak moja siostra, umieli czytać i pisać, bo do szkoły chodzili jeszcze przed wojną. Ale ci młodsi, to już nie zdążyli i mogli się dopiero teraz uczyć. Wielu dorosłych też nie umiało wtedy pisać. Pamiętam, jak po wojnie chodzili do remizy i tam się uczyli, żeby chociaż umieć się podpisać. Bo wcześniej tylko stawiali krzyżyki. A ciężkie wtedy były czasy. U nas, nie powiem, chleba nie brakowało, ale wiele dzieci przychodziło do szkoły głodnych jak psy. Pytali wtedy i prosili: „Masz tam chleb? Daj mi trochę”. Teraz to jest raj na ziemi, a ludzie i tak stale narzekają.
Pani Zenona Szmigiel rzadko wraca wspomnieniami do tamtych trudnych czasów. 
- To wszystko już minęło – patrzy w okno.
- I nie daj Bóg, żeby się powtórzyło. Mam wnuczki. Jedna teraz skończyła ósmą klasę, a druga pójdzie do klasy piątej, to im nieraz coś opowiem. Jak jestem sama, coś mi się czasem tylko przypomni. Ale specjalnie o tych moich dziecięcych latach nie rozmyślam, bo cóż to było za dzieciństwo.
Dorosłe życie też dla niej nie było łatwe. W 1955 r. zmarła mama i zostali z ojcem na gospodarstwie sami, bo siostra Kazimiera po wojnie założyła swoją rodzinę. 
Gdy pani Zenona miała 20 lat, wyszła za mąż. Niestety, zaledwie cztery lata potem już owdowiała. 
- Mąż zginął w wypadku – wspomina ze łzami w oczach.
- Myślałam, że świat mi się zawalił. Miałam wtedy jedno dziecko, córkę, z drugim byłam w ciąży. Potem drugi raz wydałam się za mąż. Urodziłam jeszcze dwóch synów, ale jeden z nich już nie żyje. Mąż też już nie żyje. Ojciec zmarł trzydzieści lat temu. Teraz miałby sto szesnaście lat. Ja przez cały czas pracowałam na gospodarce i zajmowałam się domem. Przeszło pięćdziesiąt lat doiłam krowy. Najpierw trzy razy dziennie, a potem już tylko dwa. To od tego mam takie powykrzywiane palce. Bo ten, kto nie pracował na gospodarce, nie wie, ile tu jest roboty.  
 

Reklama

Ela Wodecka 
[email protected]
 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości