Reklama

Nie mogli jej nawet pożegnać

W sierpniu ubiegłego roku odwołali jej operację głowy mimo, że nie mogła wytrzymać z bólu. Powodem przełożenia terminu miał być COVID-19. Koronawirus ostatecznie dopadł też Esterę Nowacką i niestety ją pokonał. Marcin Kurek z Raciszyna wraz z partnerką, siostrą Estery chcą jednak poznać okoliczności jej śmierci. Szpital podał im rozbieżne informacje o godzinie i miejscu zgonu. Nie mogą się też pogodzić z tym, że nie pozwolono pożegnać się z Esterą. Sprawa trafiła do prokuratury i ogólnopolskich mediów.

Problemy ze zdrowiem pojawiły się niedługo po 30. urodzinach. Zaczęło się od bólu głowy, który stawał się nie do zniesienia. Trzeba było sięgnąć po pomoc specjalistów. Przyczyny bólu zrzucali na barki stresu lub podejrzewali jaskrę. Estera Nowacka nagle bardzo też przytyła, aż 40 kilogramów. Mimo diety, nie mogła schudnąć, a dodatkowo narastały bóle głowy i kręgosłupa. W końcu jeden z lekarzy postawił trafną diagnozę i rozpoczęła się walka o zdrowie. 
Zespół Morela to niezwykle rzadka choroba genetyczna, powodująca szereg bolesnych objawów. Przerost kości czołowej prowadzi do bólu głowy, w mózgu pojawiają się guzy i torbiele. Estera miała też dyskopatię i zniszczony kręgosłup. 

,,Moja choroba jest nieuleczalna, jednak tak rzadka, że lekarze nie wiedzą nawet, który gen za nią odpowiada. Odebrała mi całe życie, zadając ból i poczucie wstydu… Ludzie oceniają po pozorach, sądzą pewnie, że to mój wybór, że tak wyglądam. Nadwaga to jednak objaw choroby, ten widoczny. W środku mnie jest jednak jeszcze gorzej… Kręgosłup w strzępach, torbiele w głowie, koszmarny ból, który każdego dnia zagłuszam lekami. Do tego depresja…’’ – pisała Estera o swojej chorobie.

Reklama

Przeszła kilka operacji, a kolejną miała zaplanowaną na 17 sierpnia 2020 r. w Bydgoszczy. Niestety nie odbyła się, mimo, że czekała na nią półtora roku, a o jej odwołaniu dowiedziała się w dniu, w którym miała zostać przyjęta do szpitala. Za powód anulacji podano COVID-19. O tym zajściu opowiadała 4 listopada ubiegłego roku w programie śniadaniowym ,,Dzień Dobry TVN’’.

- Wcześniej ja i moja rodzina próbowaliśmy się dodzwonić do szpitala, jak i również do lekarza prowadzącego, ale niestety nie było żadnego kontaktu, więc pojechałam w terminie. Nie byłam jedyną tego rodzaju pacjentką, ponieważ widziałam, że większość innych pacjentów również została odsyłana z kwitkiem. Również nie byli powiadomieni i nie mogli się dodzwonić – mówiła w telewizji. 
- Największym problemem jest to codzienne zmaganie się z bólem, ponieważ bez tabletek nie byłabym w stanie w ogóle funkcjonować. 

Reklama

Dopiero w październiku otrzymała wiadomość, że jest na pierwszej liście oczekujących na operację. Później kontakt z lekarzem znowu się urwał. Nie odbierał telefonów i nie odpisywał na smsy, w których Estera błagała o operację, bo żadne leki nie radziły już sobie z bólem. Próby kontaktu podjęła jeszcze kilka dni przed śmiercią, ale bez skutku.

11 marca br. trafiła do szpitala w Kępnie. Już na początku tygodnia dostała gorączki, pociła się, więc myślała, że to tylko zwykła grypa. W czwartek doszły jeszcze jednak problemy z oddychaniem. 

Reklama

- Estera źle się poczuła w czwartek i około godz. 12:00 zabrała ją karetka. Była świadoma i w stanie stabilnym – opowiada Marcin Kurek, szwagier Estery. 
- Po przyjeździe karetki od razu w domu zrobiono jej test na COVID-19, który wyszedł negatywny. Zabrali ją jednak do szpitala, gdzie od razu na SORze zrobiono drugi test i również wyszedł negatywny. Wykonano trzeci test, bardziej szczegółowy i wysłano go do analizy do Wrocławia.

W ciągu pięciu godzin Estera miała zrobione trzy testy na koronawirusa. Oczekując na wynik kolejnego badania, cały czas była w stabilnym stanie. Pozostawała w kontakcie telefonicznym z siostrą, Katarzyną Nowacką i szwagrem. Około godz. 21:00 przyszedł pozytywny wynik z Wrocławia. 

Reklama

- Lekarz prowadzący po konsultacji z dyspozytorem podjął decyzję o transporcie do szpitala jednoimiennego w Poznaniu (o 22:30 poinformował o tym Esterę), oddalonego od Kępna o ponad 150 km, mimo, że 20 km dalej znajdował się szpital covidowy w Ostrzeszowie – wyznaje Kurek.
- Estera zgodziła się na intubację mimo, że nie było do tego wskazań medycznych, tylko kwestie transportu, w którym podobno musiała być pod respiratorem. Napisała nam, że odezwie się, jak dojedzie do Poznania. Poszliśmy więc spać, a za ok. półtorej godziny zadzwonił lekarz z informacją, że Estera zmarła po godzinnej próbie przywracania akcji serca.  

Rodzina została powiadomiona, że kobieta zmarła w szpitalu, bo nie zdążyli jej przewieźć, a  godzinę zgonu podano 1:08. Rano najbliżsi niezwłocznie udali się do szpitala, by zdążyć załatwić wszystkie formalności przed skierowaniem ich na kwarantannę. 

Reklama

- Nie mogliśmy zobaczyć ani pożegnać się z Esterą z powodu koronawirusa. Zaraz po stwierdzeniu zgonu została przewieziona do zakładu pogrzebowego. Pielęgniarka na SORze wydała nam kartę zgonu, na którym godzina śmierci to 4:01, a miejsce zgonu to karetka, bez podania miejsca czy odległości na trasie – zdradza szwagier Estery.
- Udałem się z tym do urzędu stanu cywilnego. Nie przyjęli mnie i nie wystawili aktu zgonu, ponieważ miejsce zgonu nie było jasno określone. Wróciłem się więc do szpitala, ale nie było ordynatora ani lekarza, który ją przyjmował. Kazali mi się zgłosić na drugi dzień, ale dostaliśmy już kwarantannę. Dzwoniłem do lekarza i przyznał się, że jest to jego błąd osobisty, bo takie sytuacje zdarzają mu się rzadko. Musiał się pytać dyspozytora, jak wypełnić kartę, bo sam nie wiedział i zrobił błąd, wpisując tylko karetkę. 

Po kontakcie z zakładem pogrzebowym okazało się, że ciało Estery leży zabalsamowane i nie wiedzą, co mają z nim zrobić, bo nie mogą podjąć żadnych kroków bez aktu zgonu i poprawnego wypisu. Siostra z partnerem i dziećmi została skierowana na kwarantannę, co uniemożliwiło zorganizowanie pogrzebu. 
Marcin ma jednak wiele pytań i wątpliwości związanych ze śmiercią szwagierki, dlatego zgłosił sprawę do prokuratury w Kępnie, która zleciła wykonanie sekcji zwłok. 

Reklama

- Od razu kiedy przyjechałem po odbiór karty zgonu, chciałem uzyskać zgodę na sekcję zwłok, ale odprawiono mnie z kwitkiem z uwagi na pandemię. Nalegali, żeby najlepiej skremować ciało, na co się nie zgodziłem – informuje.
- Sprawa ta jest kontrowersyjna i obarczona wieloma niewiadomymi. Obrazuje w jakim stanie jest służba zdrowia, jak działa system ochrony zdrowia oraz jak bezsilna jest rodzina . Jak wiarygodne są testy, i w jakim celu są robione, skoro dwa pierwsze były negatywne, a trzeci pozytywny w krótkim odstępie czasu. Czy są robione do skutku, aż wyjdzie COVID? Siostra, będąca z nią w stałym kontakcie, miała wynik negatywny. Czy czwarty test wyszedłby również pozytywny, a może negatywny, a wtedy procedury leczenia nie doprowadziłyby do śmierci. 

Estera zaraz po przyjęciu na SOR miała zrobione prześwietlenie płuc, które wykazało stan zapalny w 60 proc. Lekarz prowadzący już wtedy stwierdził prawdopodobieństwo zapalenia płuc lub COVID-19. 

Reklama

- Mimo to, czekali na wynik testu do godziny 21:00, zamiast rozpocząć leczenie i w stanie stabilnym bez konieczności intubacji i respiratora, pod nieinwazyjnym aparatem niskotlenowym ze zmniejszonym ryzykiem, przewieźć ją do najbliższej, oddalonej o 20 km placówki covidowej w Ostrzeszowie – kontynuuje Marcin.
- Zlecili transport do Poznania w nieracjonalnej odległości, ponad 150 km. Liczyli się z ryzykiem, że tak daleka droga oraz respirator użyty niezasadnie, tylko dla potrzeb transportu, może mieć wpływ na pogorszenie stanu Estery i być dla niej zagrożeniem, a nawet wyrokiem. Walczyła z inną chorobą, a zmarła pod respiratorem. 

Miejsca w Ostrzeszowie podobno były, ale lekarz miał szukać dla Estery szpitala z lepszą opieką ze względu na jej genetyczną chorobę. Estera zmarła dwa dni po swoich urodzinach – 10 marca skończyła 42 lata. Tydzień przed śmiercią jej tata przeszedł zawał, a akurat 12 marca mama wracała do Polski z pracy z zagranicy. Siostra Estery napisała do lekarza z Bydgoszczy, że już nie musi ustalać nowego terminu operacji. Dopiero po tej wiadomości oddzwonił i powiedział, że mu bardzo przykro. 

Reklama

- Estera była bardzo dobrym człowiekiem, silną kobietą i nie pokazywała tego, że ta choroba jej tak doskwiera, że ma tak silny ból. Uśmiechała się do wszystkich, na zdjęciach też nie było widać, że cierpi. Pomagała wielu osobom i dopiero teraz, gdy umarła mamy tego świadomość, bo widzimy ile osób pisze, że była dla nich wsparciem – podkreśla Kurek.
- Była lingeristką (wykonywała makijaże permanentne), zajmowała się paznokciami, robiła brwi. Śpiewała też wcześniej w moim zespole (od 2009 do 2016 w DiMaggio), a później już sporadycznie, ponieważ choroba się nasilała. My graliśmy dalej bardzo dużo, a ona chciała tylko raz, dwa razy w miesiącu. Gdyby nie choroba, pewnie śpiewałaby z nami do dzisiaj, bo kochała to robić i robiła to świetnie. Próbowała ostrzec także inne dziewczyny przed oszustami matrymonialnymi, bo sama stała się ofiarą jednego z nich (jej historię w 2018 r. opisał portal onet.pl – przyp. red.). Po reportażu masę kobiet odezwało się do niej, że miało kontakt z tym samym mężczyzną, co Estera. Skrzyknęły się i założyły mu sprawę, którą niedawno wygrały. Okazuje się, że pomagała innym, a kiedy sama potrzebowała pomocy, nikt jej nie udzielił. 

O śmierci Estery poinformowały już także ogólnopolskie media. Siostra Kasia wspólnie z partnerem wystąpiła w ,,Dzień Dobry TVN’’. Materiał przygotowały także ,,Fakty’’, a historię 42-latki wyemituje jeszcze ,,Interwencja’’ oraz Polsat News. 

Reklama

- Postanowiłem nagłośnić tę sprawę, bo chciałem zobrazować, jak wygląda teraz system medyczny, jak bezsilne są rodziny, jeśli u kogoś stwierdzą COVID-19, to jesteśmy odcięci od najbliższych. Czekamy tylko na informacje ze szpitala albo na wyrok. Nie mogliśmy jej nawet zobaczyć po śmierci, bo obecne procedury nie pozwalają – kończy Marcin.
- Rodzice Estery mówią, że nie wrócę jej już życia, a z system i szpitalem ciężko będzie mi wygrać. Męczy mnie jednak ta sytuacja, że walczyła z inną chorobą, a zmarła na co innego i przegrała z tym systemem. Robię to dla Estery, ale też by ostrzec innych. 

Katarzyna Cieślik
[email protected]

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości