Minęły już dwa miesiące od pożaru w mieszkaniu Gabrieli i Tomasza Ciężkich ze Skomlina. Teraz ich pięcioosobowa rodzina żyje na wynajmowanych czterdziestu kilku metrach kwadratowych. Ale jest nadzieja, że na początku marca uda im się wrócić do poprzedniego domu, chociaż nie do tego samego mieszkania.
To była noc z 12 na 13 grudnia 2020 r. Ogień pojawił się około godz. 2. Wtedy też Gabrielę obudził dziwny sen.
- Przyszła do mnie we śnie moja nieżyjąca mama i powiedziała: „Gabrysia, wstań” – kobieta do dziś, ze łzami w oczach i łamiącym się głosem wspomina tamtą feralną noc.
- Otworzyłam oczy i pierwsza myśl, jaka mi się nasunęła, to taka, że mąż, jak zwykle przed wyjściem do pracy, rozpala mi w piecu. Byłam zła, że dopiero się położyłam, a on już rozpala. Wstałam, poszłam do łazienki i zobaczyłam tam ogień. Krzyknęłam: „Tomek, szybko, bo się pali!”.
Później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Mężczyzna złapał 9-letniego syna Michała, z którym wtedy spał, a Gabriela 6-letnią córkę Agatkę i wynieśli dzieci z płonącego mieszkania. Myśleli, że ich najstarszy, 12-letni syn Adam, też już opuścił swój pokój.
- Po chwili Michał powiedział, że nie ma Adama – wzdycha na wspomnienie tamtych chwil Tomasz Ciężki.
– Wskoczyłem w ogień, prawie że wyrzucając syna z pokoju na korytarz. Zapaliła się na mnie kurtka. Zdjął ją ze mnie jakiś strażak.
Rodzina wyszła z pożaru bez żadnych obrażeń fizycznych, ale z dużą - szczególnie dzieci – traumą psychiczną. W mgnieniu oka utraciła cały swój życiowy dorobek. Przez pierwsze dni Ciężcy mieszkali u swoich krewnych. Później zamieszkali w tymczasowym lokum w wynajętym domu w Skomlinie.
- U szwagra jesteśmy mile widziani – zaznacza Tomasz.
– Ale tam też nie ma warunków na dłuższy czas. Także są dzieci i nie ma miejsca dla tylu osób. A tutaj mieszkamy od 19 grudnia. Wszystko, co tu mamy, podarowane jest przez ludzi, którzy sami to nam przywieźli.
Ich historia zaczyna się teraz na nowo. Najważniejszym jest przygotowanie nowego mieszkania. Znajduje się ono w tym samym budynku, w którym mieszkali przed pożarem.
- Jest to dom wielorodzinny należący do naszej parafii – tłumaczy Gabriela.
- Żyliśmy w nim przez sześć lat. Teraz będziemy mieszkać na drugiej jego połowie - w mieszkaniu, które opuścili poprzedni lokatorzy.
W nowym lokum Tomasz przeprowadza remont. Pomagają mu w tym szwagrowie: Roman Matera i Piotr Matera oraz kuzyn Mateusz Jabłoński.
- Roboty są już ukończone w 70-ciu procentach – cieszy się ojciec rodziny.
– Założone jest centralne ogrzewanie, wymieniona cała instalacja elektryczna. Obiecałem synowi, że wprowadzimy się do domu na początku marca.
A jest to dla dzieci bardzo ważne, ponieważ chłopcy mają orzeczenia o niepełnosprawności. Adam ma zespół Aspergera, a Michał ADHD.
- Dlatego spieszę się z tym remontem – mówi dalej Tomasz.
– Bo dzieci z takimi orzeczeniami muszą mieć swój kąt. Robię to dla ich dobra, bo na tych obecnych czterdziestu metrach one nie mają swojego miejsca i po prostu psychicznie duszą się.
Od początku pogorzelcom z każdej strony okazywane jest dobre serce.
- Już na drugi dzień po pożarze ludzie dzwonili i proponowali pomoc – w oku Tomasza kręci się łza.
– Jej koordynatorem była Ewelina Walczak z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Skomlinie. Nasz ksiądz jeszcze tamtej nocy wyciągnął do nas rękę i zaproponował zamieszkanie na plebanii. Ale nie skorzystaliśmy, bo byliśmy u rodziny.
Choć od nieszczęścia minął już jakiś czas, to Tomasz Ciężki ciągle podkreśla wielką pomoc szkoły, rady rodziców, a w szczególności dyrektora Jarosława Presia.
- Dyrektor stanął nie tylko na wysokości zadania, ale znacznie wyżej – mówi skomlinianin.
– Już dzień po pożarze dzieci były objęte pomocą psychologiczną przez Ewę Nowak, szkolną psycholog. Wszyscy nauczyciele zaangażowali się w pomoc. A pana dyrektora to bym nazwał ojcem chrzestnym tej całej pomocy, bo ja nie byłem w stanie działać. Do dziś, w każdej chwili, kiedy coś potrzebuję, to doradza i pomaga.
Ale lista pomagających, którym Tomasz chce podziękować, jest znacznie dłuższa. Dołącza do niej jeszcze: ciocię Elżbietę Kiczkę, strażaków, orkiestrę, przedszkole, urząd gminy, firmy Musi, w której pracuje oraz Benix. I bardzo się obawia, że może kogoś pominąć. Dlatego dziękuje wszystkim i każdemu z osobna.
- Jeden ze strażaków już w dniu pożaru pomógł mi finansowo, bo wiedział, w jakiej jestem sytuacji – wzrusza się Tomasz.
– I za to jemu i wszystkim innym, którzy mi pomogli, serdecznie dziękuję. Jestem mile zaskoczony, że pomimo tych trudnych czasów, jakie obecnie mamy, są ludzie o wielkim sercu, zaangażowaniu i poświęceniu dla drugiej osoby. Życzę im, żeby zostali z nawiązką, podwójnie, wynagrodzeni za to.
W tej chwili Ciężkim najbardziej potrzebne są materiały budowlane, niezbędne do dalszego remontu. Równocześnie zachęcają, aby środkami finansowymi bardziej wesprzeć pogorzelców ze Skrzynna, których dom strawiły płomienie miesiąc temu.
- Pożar naszego mieszkania to było prawdziwe nieszczęście – kończy Tomasz Ciężki.
– Straciliśmy to, czego dorobiliśmy się z żoną w ciągu 12 lat. Ale nie była to tragedia, bo nie straciliśmy tego, co najbardziej kochamy i co jest dla nas najważniejsze – naszej rodziny. Bez pomocy i wsparcia zwykłych ludzi załamalibyśmy się, a tak mam psychiczne wsparcie i wiem, że nie pozwolą ban się poddać.
Elżbieta Wodecka
[email protected]
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze