Reklama

Szansę na życie musi kupić

Gdyby mieszkała w Niemczech lub Anglii, po prostu przeszłaby jak najszybciej kosztowaną terapię i dostałaby szansę na wychowanie córeczki. W Polsce za nadzieję na powstrzymanie choroby musi zapłacić 1,5 mln zł. Sumy, od której może zakręcić się w głowie, nie jest w stanie zdobyć sama. Dlatego błaga o pomoc. Marzena Zabłocka ma 32 lata, trzyletnią córeczkę i złośliwy nowotwór, chłoniaka DLBCL IV stopnia.

Zachorowała tuż po trzydziestce
Rok temu życie młodej mamy wywróciło się do góry nogami. To wtedy dowiedziała się, że cierpi na złośliwy nowotwór, chłoniaka. Niepokojące objawy zauważyła u siebie kilka miesięcy wcześniej. Lekarze przez wiele tygodni nie byli jednak w stanie postawić diagnozy, mimo badania USG i biopsji. W końcu trafiła do Wojewódzkiego Wielospecjalistycznego Centrum Onkologii i Traumatologii im. M. Kopernika w Łodzi.
- To jest choroba podstępna, ciężka do zdiagnozowania – mówi Marzena Zabłocka.
-Dopiero, gdy te zmiany zaczęły się powiększać, trafiłam do Łodzi, gdzie przeszłam cały szereg badań.  Trwało to ponad miesiąc i wówczas okazało się, że mamy do czynienia z chłoniakiem.
Ten rodzaj nowotworu zajmuje węzły chłonne i powoduje, że w organizmie tworzą się  nacieki.
- Mam bardzo duże węzły chłonne, nacieki mam głównie zlokalizowane w śródpiersiu i przechodzące na odcinek szyjny – relacjonuje 32-latka.
-  Przy tej chorobie rozrost nacieków prowadzi do problemów z oddychaniem, bo jest ucisk na płuca, czy z krążeniem, bo uciskają na naczynia krwionośne. Organy wewnętrzne są jakby miażdżone od środka przez te nacieki – dodaje obrazowo.
Jak przyznaje młoda kobieta, informacja o chorobie spadła na nią, jak grom z jasnego nieba. Wcześniej pracowała zawodowo.
- Jestem typem, który nie usiedzi w miejscu, więc przed chorobą byłam momentami nawet nazbyt aktywna  - śmieje się Marzena
- Starałam się wiązać życie zawodowe z macierzyństwem.
Wiadomość o ciężkiej chorobie była dla niej szokiem, ale nie próbowała wypierać faktów.
- Widziałam po minie lekarza, który mnie badał, że nie jest dobrze – relacjonuje.
-  Ciężko było mi na początku uwierzyć, że to dotyka właśnie mnie. Nigdy bym nie przypuszczała, że osoba nieco po „trzydziestce”  może zachorować  na nowotwór. Zawsze sądziłam, że dotyczy to bardziej osób starszych.  Nie nadużywałam papierosów czy alkoholu, prowadziłam dość zdrowy  tryb życia. Potrzebowałam chwili czasu, aby to sobie ułożyć w głowie, ale mam dla kogo żyć i muszę walczyć – podkreśla.
Świadomość, że jest potrzebna trzyletniej córeczce, Wiktorii, dodaje jej sił. Choroba mamy nie pozostała obojętna również na życie dziewczynki. Wiktoria nie może chodzić do żłobka, gdzie została już zapisana, ponieważ rodzice obawiają się o ewentualne infekcje, które mogłaby przenosić na chorą mamę. A ta ma bardzo osłabioną odporność. Dziewczynka musi zostawać w domu, a to z kolei wymusza działania logistyczne, kiedy Marzena jedzie na badania, lekarską wizytę czy do szpitala.
- Mąż z racji tego, że jest aktywny zawodowo, nie zawsze może wziąć wolne w pracy – mówi młoda mama
-  Liczymy na pomoc najbliższej rodziny. Ten rok minął i na szczęście potrafiliśmy sobie to zorganizować tak, że wszystko funkcjonuje.
Kobieta jest dumna z tego, w jaki sposób Wiktoria podchodzi do jej choroby. Jak zaznacza, rozmawia z trzylatką na temat tego, co się dzieje.
- Moja córka jest na tyle mądrą dziewczynką, że rozumie to, że mama jest chora, że czasami musi jechać do szpitala.  Moje dziecko widzi, że jej mama nie ma siły się z nią pobawić, nie ma siły się z nią wyjść na dwór, a czasami są dni, że musi poleżeć i nie ma siły wstać z łóżka  - opowiada, zaznaczając, że dziewczynka bardzo dobrze odnajduje się w trudnej dla całej rodziny sytuacji.
32-latka zaznacza, że z powodu  choroby bezpośrednio kontaktuje się tylko z osobami z najbliższej rodziny. Relacje towarzyskie muszą się ograniczać do rozmów telefonicznych  lub videoczatów.
Fortuna za terapię
Marzena Zabłocka ma tylko jedno marzenie – wyzdrowieć. Terapie, którym jest poddawana, mają na celu zmniejszenie nacieków. Do tej pory przeszła przez dwie linie leczenia, obecnie jest w trakcie trzeciej.
Najpierw została poddana chemioterapii. Przyjęła osiem wlewów i wyniki wydawały się obiecujące, jednak finalnie okazało się, że leczenie nie przynosi spodziewanych efektów.
- Wyglądało na to,  że guzy znikają i wszystko idzie w jak najlepszym porządku, była taka nadzieja, że ta pierwsza linia leczenia zupełnie mnie wyleczy – wspomina kobieta.
- Niestety badanie PET pokazało, że mimo, że to zewnętrznie wygląda bardzo dobrze,  to w środku, zwłaszcza w śródpiersiu, gdzie mam największego guza, wszystko zostało.
Wtedy została podjęta decyzja o drugiej linii leczenia. Marzena dostała jeden wlew, jednak chemioterapia nie podziałała, a rozwój choroby wręcz przyspieszył.
Aktualnie  32-latka jest w trakcie trzeciej linii leczenia. To chemioterapia połączona z immunoterapią. Początkowo widoczne były bardzo dobre rezultaty. Niestety w ostatnim czasie znowu pojawiły się w organizmie chorej kobiety zmiany, które wskazują,  że po raz kolejny choroba opiera się leczeniu.
Lekarze powoli wyczerpują możliwości terapii refundowanych przez NFZ. Wskazują i rekomendują jeszcze jedną możliwość, to CAR-T. W przypadku chłoniaka DLBCL jest bardzo skuteczna, daje szansę na wyleczenie lub znaczną poprawę stanu chorego. Niestety w Polsce, w odróżnieniu do wielu innych krajów Europy, nie jest refundowana dla leczenia tego nowotworu. Koszt jej przeprowadzenia to aż 1,5 mln zł.
CAR-T polega na wyizolowaniu z krwi chorego limfocytów T. Potem komórki są modyfikowane genetycznie, aby walczyły z komórkami nowotworowymi, namnożone, a następnie z powrotem podane choremu. Jak mówi Marzena, w całym kraju takie leczenie proponują dwie kliniki, w Gliwicach i w Poznaniu.
- Ciężko zaakceptować fakt, że ta terapia nie jest w moim przypadku refundowana – nie ukrywa żalu Marzena.
- Kwota, którą muszę zapłacić jest ogromna. To jest dla mnie mur nie do przebicia. 1,5 mln zł to zresztą dla ogromnej większości ludzi kwota nie do zdobycia. Sama nie jestem w stanie sfinansować tego wydatku. Trudno pogodzić się z faktem, że jest sposób, terapia, która daje mi szasnę na dalsze życie, ale nie mogę po nią sięgnąć, ponieważ za dużo kosztuje.
Dlatego młoda kobieta postanowiła opowiedzieć o swojej chorobie publicznie i poprosić o wsparcie obcych ludzi. Na jej zbiórce jest już pierwszy sukces, w zaledwie kilka dni udało się zebrać ponad 100 tys. zł. To jest jednak tylko kropla w morzu potrzeb. Marzena liczy, że dzięki ofiarności nieznajomych będzie mogła obserwować dorastanie swojego dziecka.
- Moja córka skończy w lutym trzy latka, to jest moje wielkie marzenie, wyzdrowieć i móc się nią opiekować – mówi 32-latka.
Kobieta musi zdobyć pieniądze jak najszybciej.
- W moim przypadku, gdzie to jest nowotwór złośliwy, charakteryzujący się szybkim narastaniem zmian, czas odgrywa kluczową rolę – podkreśla.  
- Ta terapia to jest moja ostatnia szansa na zdrowie.
Teraz organizm Marzeny jest bardzo mocno osłabiony, bywają dni, kiedy podstawowe czynności sprawiają jej ogromną trudność. Stara się jednak nie poddawać i myśleć pozytywnie.
W apli: wesprzeć leczenie można wpłacając środki:  https://www.siepomaga.pl/zycie-marzeny ,
przekazując 1 proc. podatku: KRS 0000396361, cel szczegółowy 0195180 Marzena lub biorąc udział w licytacjach  lub biorąc udział w licytacjach:  Licytacje dla Marzeny Zabłockiej pokonać chłoniaka.

Magdalena Lizurej
[email protected]

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości