Reklama

W Słupsku znów były pierzochy

 

Darcie pierza było kiedyś zajęciem na długie, zimowe wieczory. Dziś odeszło już prawie w zapomnienie. Jego tradycję postanowiły odtworzyć członkinie Klubu Seniora w Słupsku. W czwartek 15 lutego, w budynku remizy, zebrały się na takich pierzochach.

 

- W zeszłym roku robiłyśmy tu wspólnie kiszenie kapusty – mówi Anna Kostrzewa, instruktorka świetlicy wiejskiej w Słupsku. - Teraz nasze seniorki zaproponowały, żeby zrobić darcie pierza. No i żeby wrócić do tej tradycji, która odeszła. Niektóre z pań same kiedyś w takich pierzochach brały udział, więc pamiętają, jak to było i dzisiaj opowiadały o tym.

Reklama

Kobiety chciały jak najwierniej odtworzyć tę pracę. Postarały się nawet, aby w świetlicy, która spełniała rolę dawnej izby, znalazło się łóżko sprzed kilkudziesięciu lat, na którym leżały poduchy, poduszeczki, beciki. Oczywiście wszystkie wypełnione pierzem. A Grażyna Hadryś z Ożarowa, która przyjechała na to wydarzenie, była nawet ubrana tak, jak niegdyś ubierano się na takie wyskubki.

Przy stole, na którym stały naczynia z pierzem, zasiadło kilkanaście pań. Rozpoczęła się praca, a przy okazji popłynęła rzeka wspomnień.

Reklama

- Zwykle przy takiej robocie opowiadano sobie różne anegdoty, ciekawostki - uśmiecha się Janina Zimoch. - Mówiły głównie starsze kobiety, które wiedziały o różnych rzeczach, a my młode, słuchałyśmy tego z zaciekawieniem. A jak nikt nie opowiadał, to śpiewałyśmy piosenki. I tak do dwunastej, pierwszej w nocy. A gdy już wszystko pierze było zrobione, to sprzątałyśmy izbę. Kobiety wychodziły na dwór, żeby otrzepać się z pierza, przewietrzyć, a potem zasiadały do kolacji. Gospodyni musiała wcześniej się do tego przygotować – upiec ciasto, porobić kanapki. Na stole była też i jakaś flaszka.

- Jak miałam szesnaście lat, to chodziłam z mamą na takie darcie pierza – włącza się do wspomnień Bogusława Sawer. - Spotykałyśmy się przeważnie o osiemnastej i skubałyśmy. Chłopcy to tylko patrzyli, gdzie się takie skubanie odbywa, żeby wpuścić tam gołębia albo wróbla. Robiło się wtedy trochę zamieszania, pierze fruwało, a oni mieli z tego radość. Później, już jako mężatka, sama robiłam u siebie pierzochy. Przychodziło dziesięć – dwanaście kobiet. To była wielka pomoc, bo wystarczyły dwa wieczory i wszystko było wyskubane. Bo jakby człowiek sam chciał to robić, to trwałoby to bardzo długo. W kolejne dni szłyśmy już na skubanie do kogoś innego. Fajnie było. Przy rozmowach wieczór szybko mijał. A dzieci były w domu z mężem. Szkoda, że tego już nie ma.

Reklama

Przy okazji pierzoch w Słupsku można było dowiedzieć się, jak kiedyś gospodynie pozyskiwały pierze do darcia.

 

- Dawniej gęsi hodowało się nie tylko dla mięsa, ale chyba nawet bardziej dla piór – opowiada Sabina Kmiecik. - W domu mieliśmy takie stado. Mamusia dwa razy je podskubywała. Puch zbierany był oddzielnie i większe piórka też oddzielnie. Ale wcześniej pędziliśmy je nad staw, żeby się wykąpały i były czyste do podskubku. Tego pierza było bardzo dużo, bo na pierzynę potrzeba było sześć kilogramów już takiego odartego. Na poduszkę dwa i pół kilograma.

Reklama

A zarówno pierzyny, jak i poduszki cieszyły się wtedy wielkim wzięciem, więc i pierzochy gospodynie chętnie robiły. Szczególnie, gdy w domu była dziewczyna na wydaniu.

- Bo trzeba było szykować jej pierzyny i poduchy na posag – mówi Janina Zimoch. - A każda panna młoda musiała taki mieć. Wtedy mamy kupowały dużo płótna, żeby uszyć pościel. Ja też dostałam podobny posag i mam go do dziś. Ale moje dzieci już takiego nie chciały. Pierzyny zostały wyparte przez gotowe kołdry, które można kupić w sklepach. W domach są centralne ogrzewania, więc cały czas jest ciepło i nie trzeba na noc mocno się okrywać. Jeszcze kilkanaście lat temu chodzili kupcy i skupywali stare pierzyny. Teraz już nie chodzą, a chętnie bym jakąś sprzedała. Na wsiach to jest teraz tak, jak w mieście. Wszyscy chodzą do pracy. Gęsi, czy kaczek to już nikt nie hoduje. Najwyżej kilka kurek.

Reklama

Darcie pierza było też jednym z tematów widowiska „Wieczornica w poście”, którego scenariusz napisała swego czasu Wanda Majtyka, ludowa artystka z Popowic. Przypomniała o tym Grażyna Hadryś, która w tym przedstawieniu brała udział.

- Pamiętam, jak kobiety na tym widowisku powoli schodziły się do izby, siadały na ławkach, na kolanach trzymały przetaki i darły pierze – opowiadała ze swadą. - Gospodarza nie było, „bo pojechał do łolejarni po łolej”, jak wyjaśniała gospodyni. A gdy już przywiózł to częstowała kobiety tym olejem i chlebem. Przy okazji wyszło, że gospodarz wrócił pijany. Został za to przez żonę wyzwany, a do domu trafił, bo zasnął na wozie i koń sam z wozem wrócił na podwórze. W trakcie widowiska był też poczęstunek i różne ludowe przyśpiewki.

Reklama

Czwartkowe spotkanie w słupskiej świetlicy też przeplatane było śpiewem. I tak jak to kiedyś bywało, zakończyło się sutą kolacją.

- Bardzo ładnie nam się te pierzochy udały – kończy z uśmiechem Anna Kostrzewa. - Przypomniałyśmy i ożywiłyśmy tę tradycję. Wszystkie panie były zachwycone. A pierza naskubałyśmy tyle, że wyszła całkiem spora poduszka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 20/02/2024 09:25
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości