Dla dwunastu par małżeńskich z gminy Czarnożyły, które już od ponad 50 lat idą wspólnie przez życie, zorganizowano złote gody. Wydarzenie miało miejsce w środę 9 października, w Gminnym Ośrodku Kultury. Były życzenia od władz, kwiaty, uroczysty obiad i dla podkreślenia wagi tego nadzwyczajnego święta marsz weselny Mendelsona.
Małżonków oraz przybyłych na uroczystość gości, przywitał wójt Andrzej Modrzejewski.
- Pięćdziesiąt lat już minęło od chwili, kiedy połączyliście swój los – mówił do jubilatów. - Kiedy wiedzeni uczuciem i wzajemną ufnością, złożyliście sobie przysięgę małżeńską. Zapewne towarzyszyły wam wówczas uśmiechnięte i radosne twarze waszych bliskich – rodziców, rodzeństwa, krewnych i znajomych. Życzyli zapewne zdrowia i wszelkiej pomyślności na nowej drodze życia. Z pewnością towarzyszyła wam wtedy nuta obawy i zatroskania, jaka ona będzie. Jednak pełni odwagi i młodzieńczego zapału, śmiało weszliście na tę nową drogę. W ciągu tych pięćdziesięciu lat były chwile dobre, radosne i piękne. Ale nie brakowało też wyrzeczeń, smutków i ciężkich doświadczeń. Mimo różnych przeciwności losu, przyrzeczenia sobie dotrzymaliście i wytrwaliście razem. Możliwe to było tylko dlatego, że darzyliście się wzajemnym uczuciem i poszanowaniem. Dziś, kiedy myślami sięgacie wstecz i widzicie efekty waszego trudu, zapewne jesteście z siebie dumni, bo macie świadomość, że te wspólnie przeżyte pięćdziesiąt lat, to symbol wierności i miłości. Są one potwierdzeniem słów Jana Pawła II, który mówił: „Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się na próbę”.
Gratulacje i życzenia złożyli też goście – starosta Maciej Bryś, w imieniu posła Pawła Rychlika dyrektor jego biura poselskiego Michał Mesjasz, Piotr Kędzia, sekretarz gminy i jednocześnie członek zarządu powiatu wieluńskiego, który uczynił to za pomocą wiersza przygotowanego na tę okazję oraz Józef Zawada, przewodniczący Rady Gminy w Czarnożyłach.
Najważniejszym punktem uroczystości było wręczenie jubilatom medali „Za długoletnie pożycie małżeńskie” przyznanych przez prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudę. Uhonorowani nimi zostali: Henryka i Bohdan Gajewscy, Zofia i Henryk Gradowscy, Halina i Mieczysław Kośmidrowie, Zofia i Stanisław Mielczarkowie, Ewa i Lech Orłowscy, Janina i Jerzy Siudmakowie, Teresa i Stanisław Sudowie, Halina i Tadeusz Szymańscy, Zdzisława i Zenon Wąsikowie, Maria i Jerzy Włodarczykowie, Elżbieta i Mirosław Zakrzewscy, Danuta i Czesław Zawadowie.
Medale wręczali Maciej Bryś i Andrzej Modrzejewski. Pary otrzymały też listy gratulacyjne od posła Pawła Rychlika, starostwa wieluńskiego i Urzędu Stanu Cywilnego w Czarnożyłach.
Oficjalną część uroczystości zakończyły występy uczniów z tutejszej szkoły podstawowej i milusińskich z przedszkola.
Ta piękna i wzruszająca impreza była też okazją do wspomnień z tamtych odległych lat. Bo ile par, tyle pierwszych randek, bardziej lub mniej skutecznych sposobów na podryw i miłosnych wyznań, zakończonych jednak w tym samym miejscu – na ślubnym kobiercu.
Zdzisława i Zenon Wąsikowie poznali się na zabawie.
- Ja pochodzę z Platonia, a żona z Łagiewnik – mówi pan Zenon. - Byłem tam na zabawie. Kiedy zagrali białego walca, w czasie którego panie proszą panów do tańca i czekałem, aż któraś mnie zaprosi, podeszła do mnie Zdzisława. I od tego się zaczęło. Wcześniej nie znaliśmy się. Ja miałem wtedy19 lat, ona 16. Spotykaliśmy się ze sobą dwa lata. A nie było wtedy tak, jak dziś. Drogi były nieutwardzone, polne, po błocie się chodziło. Nie było środków lokomocji.
Sakramentalne „tak” powiedzieli sobie 28 stycznia 1973 r. w kościele parafialnym w Raczynie.
- Leżał śnieg, było biało i spokojnie – mówi dalej pan Zenon. - Jechaliśmy do ślubu wołgą. Akurat tak się złożyło, że szwagier z Łodzi bał się, że nie zdąży na wesele i wynajął czarną wołgę - taryfę. I gdy przyjechał, powiedział, że ta taryfa może nas też zawieźć do ślubu. I tak się stało. Bo wtedy prywatnych samochodów było bardzo mało. A goście jechali autobusem.
- Wesele mieliśmy już w domu – dodaje pani Zdzisława. - Bo dawniej takich specjalnych sal nie było. Przygrywała orkiestra, ale nie taka jak dziś. Była tylko harmoszka, perkusja, może jakaś trąbka.
Państwo Wąsikowie wychowali córkę Wioletę i syna Mariusza. Doczekali się już piątki wnucząt i trójki prawnucząt.
Ich recepta na małżeński sukces?
- Najważniejsze jest zrozumienie – podkreśla pani Zdzisława.
- Bo miłość musi być, bez niej się nie uda. Ale, jak to mówią, w życiu raz jest słońce, raz deszcz. Bywa i burza. Więc ważny jest wzajemny szacunek i dogadywanie się, właśnie to zrozumienie.
- Kiedyś była praca, obowiązki, dzieci i to ludzi trzymało razem – kończy pan Zenon. - Nie było czasu, żeby myśleć o głupotach, o jakimś tam rozwodzie, jak to się często zdarza dziś.
Węzeł małżeński równie mocno połączył Henrykę i Bohdana Gajewskich. Oboje pochodzą z Czarnożył. Poznali się przez siostrę pana Bohdana.
- Kolegowałam się z nią – opowiada małżonka. - Kiedyś zaprosiła mnie do swojego domu. A mój przyszły mąż siedział i pilnie czytał książkę. Bo on miał bardzo dużo książek i lubił czytać. I od słowa do słowa umówiliśmy się. Potem poszliśmy razem na zabawę i tak się zaczęło. Był uprzejmy, elokwentny i miał też poczucie humoru. A do tego spokojny i wyważony. To mi się w nim bardzo podobało i tak sobie pomyślałam, że to będzie chyba dobry materiał na męża. Nie będzie takim krzykaczem.
A panu Bohdanowi podobało się to, że Henryka modnie się ubierała.
Ślub wzięli 14 lipca 1973 r. w Czarnożyłach.
- Była wtedy piękna pogoda – uśmiecha się jubilatka. - Dom był ładnie przystrojony. Do kościoła szliśmy z całym orszakiem pieszo, chociaż mogliśmy też pojechać samochodem. Ale tak zadecydowaliśmy, bo miało to swój urok. Mieliśmy może z pół kilometra. Po drodze czekały na nas bramy. Wesele zrobiliśmy może na siedemdziesiąt osób. Całe przyjęcie było w domu, a tańczyliśmy w świetlicy w PGR-ze.
Początki, jak to zazwyczaj bywa, nie były łatwe. Nie mieli swojego mieszkania, więc je wynajmowali. Rozpoczęli też budowę domu, do którego wprowadzili się sześć lat po ślubie.
- Ale nie mieliśmy od razu wszystkiego, więc i warunki były takie sobie – mówi dalej pani Henryka. - I bardzo się wzruszyłam dzisiaj, jak pan wójt przemawiał. Bo wtedy naszła mnie refleksja, że różnie w tym życiu bywało, że nie zawsze lekko było. Ale idealnie nie jest nigdzie. W małżeństwie trzeba iść na kompromis, trzeba sobie zaufać, wzajemnie się zrozumieć. A w tych początkowych latach na pewno docierać. U nas, to co mieliśmy sobie powiedzieć, to mówiliśmy, a potem przeprosiliśmy się i było dobrze.
Co z narzeczeńskiego zauroczenia pozostało do dziś?
- Teraz to żyjemy tym, co u naszych wnuczek, a mamy je cztery – uśmiecha się małżonka. - A z dawnych czasów to u męża pozostało poczucie humoru. Dalej jest żartownisiem.
- O, widzi pani, dzisiaj nawet nie mam krawata, żeby nie czuć się uwiązanym – kwituje pan Bohdan.
Letni dzień wybrali sobie też na swój ślub Zofia i Henryk Gradowscy. A był to 25 sierpnia 1973 r.
Oboje pochodzą ze Stawu i znają się właściwie od dziecka.
- Wspólnie hasaliśmy za piłką i na pewno nie myśleliśmy o sobie – uśmiecha się pani Zofia. - To przyszło tak jakoś samo. Ale dobrze być z jednej miejscowości, bo jak się pokłócimy, to mamy gdzie uciekać.
A co ich zbliżyło do siebie?
- Nie wiem, po prostu spodobał mi się – mówi pani Zofia.
- Nadszedł czas i trzeba było rozejrzeć się za żoną – dodaje małżonek.
Ślub kościelny brali w Masłowicach. Panna młoda miała długą białą suknię z grempliny, z bufiastymi rękawami i krótki welon.
- Do kościoła jechaliśmy taksówkami – wspominają tamten dzień oboje. - Pogoda była piękna, cieplutko. A wesele mieliśmy w remizie strażackiej. U nas, w Stawie.
Receptą na udane małżeństwo państwa Gradowskich to wzajemna cierpliwość.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze