Kilka godzin nad wodą, bez pośpiechu i bez codziennego hałasu - tak wyglądały Towarzyskie Spławikowe Zawody Wędkarskie nad Jeziorkiem Wydrzynowskim. Wędkarze spotkali się tam, gdzie liczy się nie tylko wynik, ale też wspólnie spędzony czas.
Nad Jeziorkiem Wydrzynowskim nie trzeba wiele, żeby dobrze spędzić dzień. Wystarczy wędka, trochę cierpliwości i ludzie, którzy tak samo jak ty, lubią usiąść nad wodą i po prostu być. Właśnie w takich warunkach, 17 kwietnia odbyły się tam towarzyskie zawody spławikowe z udziałem wędkarzy z sekcji Trębaczew działającej przy kole PZW w Działoszynie oraz gości z zaprzyjaźnionych kół.
- Dziś startuje trzynastu zawodników, będzie też dwóch młodzików. Są to zawody towarzyskie, żeby się pośmiać i pobawić - zaznacza Jakub Grajek, członek sekcji Trębaczew przy kole PZW Działoszyn, a zarazem organizator wydarzenia.
- To nasze drugie zawody w tym sezonie - dodaje.
Już od początku panowała luźna atmosfera. Sprzęt rozkładany bez nerwów, krótkie rozmowy między stanowiskami, ktoś żartował, ktoś podpowiadał, jak lepiej ustawić zestaw. Tuż przed rozpoczęciem łowienia wędkarze przygotowywali zanęty.
- Lepimy kulki z gliny, ziemi z mieszanką zanęt, do tego trochę robaków. Wrzucamy to na początek, aby nęcić ryby - tłumaczy Adam Kopera z Posmykowizny w gminie Działoszyn, członek koła wędkarskiego.
Dokładnie o godzinie 14:00 padł sygnał startu i zaczęło się łowienie. Nie było tu wielkiej ciszy jak na zawodach „na śmierć i życie”. Raczej coś pomiędzy skupieniem, a sąsiedzkim spotkaniem. Ponieważ jeziorko nie jest duże, rozmowy swobodnie przenosiły się z jednego brzegu na drugi. Ktoś wołał, czy coś bierze, ktoś inny odpowiadał, że na razie spokojnie. I tak mijały kolejne minuty.
Ryby brały różnie, raz lepiej, raz gorzej. Najważniejsze jednak było to, co działo się wokół. Śmiech, rozmowy i ten spokój, który daje siedzenie nad wodą.
Przy brzegu nie brakowało też kibiców - nie tylko tych na dwóch nogach. Między stanowiskami kręciła się Aria - pies gończy słowacki - która z równym zainteresowaniem co właściciele obserwowała spławiki i co chwilę znikała w trawie.
- Kiedy są jakieś zawody w których uczestniczy mój narzeczony, to staram się wpaść chociaż na chwilę, poobserwować, pokibicować - mówi Ewa Olejnik z Działoszyna.
- Wtedy zawsze zabieram ze sobą swojego psa. Jest to fajna okazja do spacerowania i spędzenia czasu na świeżym powietrzu - dodaje.
Z boku, z uważnym spojrzeniem, wszystko śledził także Jerzy Hałaczkiewicz z Pajęczna, dopingując swoich wnuków.
- Jeżdżę z nimi na zawody. Jestem z nich dumny - przyznaje.
Dla chłopców wędkarstwo to coś więcej niż tylko hobby. 12-letni Kacper Hałaczkiewicz swoją przygodę zaczął na rodzinnym stawie w Pajęcznie. Tego dnia nie startował, ale uważnie śledził poczynania młodszego kolegi.
- Dziś nie łowię, kibicuję Maćkowi - oznajmia Kacper.
- Ja odziedziczyłem wędkarstwo po bracie. Kiedyś łowił i mi też się to spodobało - wtrąca 11-letni Maciej Pęciak.
- Łowię dziś na spławik. Plan jest prosty, złowić jednego karpia i do domu - mówi z entuzjazmem młody wędkarz.
Po czterech godzinach nadszedł czas na ważenie i podsumowanie wyników. Najlepiej poradzili sobie:
1. Adam Kopera - 4,656 kg
2. Ignacy Łakomy - 3,250 kg
3. Robert Warzycha - 2,285 kg
4. Henryk Łuczak - 2,230 kg
Ale jak to często bywa w takich spotkaniach, klasyfikacja szybko zeszła na dalszy plan. Na zakończenie wszyscy zasiedli przy ognisku. Były kiełbaski, pieczone ziemniaki i gorący żurek. Jedzenie, które w takich warunkach smakuje najlepiej.
To był po prostu spokojny dzień nad wodą. Bez fajerwerków, ale z tym czymś, co sprawia, że chce się tam wrócić.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze