Druh Kazimierz Drewicz z Krzeczowa wyróżniony został medalem honorowym im. Bolesława Chomicza, jednym z najwyższych odznaczeń w Ochotniczych Strażach Pożarnych. Jest on wyrazem szczególnego uznania za jego kilkudziesięcioletnią pracę na rzecz krzeczowskiej jednostki i miejscowej społeczności.
Strażackiego ducha wyniósł z rodziny. Do OSP należał już jego dziadek, a potem ojciec. Również jego bracia udzielali się w tej organizacji, a jeden z nich sprawował funkcję naczelnika w tutejszej jednostce. Sam Kazimierz rozpoczął swoją przygodę ze strażą, gdy miał kilkanaście lat, od udziału w zawodach sportowo – pożarniczych.
- Odbywały się one wtedy chyba co dwa lata – wyjaśnia Kazimierz Drewicz.
- Są tam konkurencje biegowe, sprawnościowe, rozkładanie węży i do tego trzeba mieć dobre nogi, aby zrobić to jak najszybciej. Daje to pole do popisu dla młodych ludzi, którzy są narybkiem dla OSP, a potem zostają jej członkami. Ta rywalizacja wciągała, bo ważne było zajęcie jak najwyższego miejsca. Do tego dochodziło współzawodnictwo pomiędzy miejscowościami, żeby na przykład Krzeczów był lepszy od swoich sąsiadów. Później ci, którym się to podobało, zostawali w straży, inni rezygnowali. Ja zacząłem startować, gdy miałem chyba piętnaście lat, bo na to pozwalały przepisy. A członkiem straży zostałem w 1975 roku.
Potem miał dwa lata przerwy ze względu na odbywanie służby wojskowej.
W 1999 r. powierzono mu w jednostce bardzo odpowiedzialną funkcję. Został kierowcą - konserwatorem samochodu pożarniczego. OSP Krzeczów miała wtedy na wyposażeniu żuka.
- Dbałem o to, aby wóz był sprawny, gotowy do wyjazdów w każdej chwili – podkreśla dh Kazimierz.
- Żeby był zatankowany, miał naładowany akumulator, a w kołach było odpowiednie ciśnienie powietrza. Jeśli było coś do naprawienia, to zamiast jechać do mechanika i tam czekać, starałem się zrobić to samemu. Wtedy było bardzo ciężko z zakupieniem różnych części, na przykład akumulatorów, więc bardzo o nie dbałem. Co tydzień je ładowałem, by samochód w każdej chwili odpalił. Na jednych akumulatorach przepracowałem dziewięć lat.
Oprócz samochodu dbał również o motopompę, by była sprawna i w każdej chwili gotowa do użycia. To samo dotyczyło strażackich węży. Pilnował, żeby były wysuszone, sprawdzał, czy nie są popękane, by można było korzystać z nich w każdym momencie. I tak przez 31 lat w ciągłej gotowości do wyjazdów na akcje.
- Nie byliśmy jednostką pierwszego rzutu – wspomina.
- Nasz żuk nie miał beczki, więc zazwyczaj zajmowaliśmy stanowisko przy zbiorniku przeciwpożarowym lub innym źródle wody, na przykład stawie, czy rzece. Ustawialiśmy tam motopompę i tankowaliśmy beczki większych samochodów. Chociaż u nas w Krzeczowie, gdyby się paliło, dalibyśmy sobie radę, bo w każdym miejscu moglibyśmy sięgnąć do rzeki. Ale samochody z beczkami wiadomo, że są sprawniejsze, mobilniejsze, mogą zmieniać pozycje, a z wężami manewrowość jest ograniczona. Wąż ładnie wygląda, jak jest pusty, ale jak ma wodę w środku … Ludzie nawet sobie sprawy nie zdają, ile tam jest tej wody.
W 2010 r. pan Kazimierz zrezygnował z funkcji kierowcy – konserwatora z powodów zawodowych. Ale 31 lat, kiedy nim był, to szmat czasu i w pożarnictwie w tym okresie wiele się zmieniło.
- Trzydzieści – czterdzieści lat temu wyglądało to różnie – wspomina dh Drewicz.
- Gdy był alarm, przylatywali chłopcy do garażu, brali hełmy i już byli strażakami. Brakowało wyposażenia. Do akcji jechali w tym, w czym przybiegli - w trampkach, tenisówkach, sandałkach. Teraz jest to niemożliwe. I słusznie. Bardziej dba się o bezpieczeństwo strażaka. Dzisiaj każdy musi mieć odpowiedni ubiór, buty, wyposażenie. Również bardzo zmienił się sprzęt. Kiedyś, gdy się paliło, łapali drabinę od gospodarza, przystawiali do muru i gasili. A mury były rozgrzane ogniem, rozmiękczone wodą i po tym chłopcy łazili. Gdy coś się stało, były problemy. Dziś sprzęt musi być atestowany. Pożarów też było więcej, a szczególnie w soboty, gdy kobiety piekły chleb. Dachy wtedy były kryte słomą, a w piecach paliło się drewnem. Sam pamiętam, jak mężczyźni siedzieli na dachach i gdyby co, to tłumicą zaraz iskry gasili.
Przez te kilkadziesiąt lat strażackiej służby Kazimierza Drewicza, zmieniła się również rola Ochotniczych Straży Pożarnych i podejście do nich władz.
- Dzisiaj straże są zupełnie inne – kontynuuje.
- Jest mniej gaszenia, a więcej ratownictwa. Na jednostki przeznacza się też dużo więcej pieniędzy. Jak wstępowałem do straży, to jej opiekunem była państwowa straż. I ona decydowała, które jednostki doposażać i jak – kto miał samochód z beczką, a kto bez, tak jak my. Dzisiaj w większym stopniu decyduje o tym gmina. A straże, szczególnie te z KSRG, mają bardziej nowoczesne, pojemniejsze samochody.
W latach 1991 – 2010 Kazimierz Drewicz pełnił również funkcję naczelnika krzeczowskiej jednostki. Wtedy dała o sobie znać jego smykałka do sportowego współzawodnictwa.
- W Krzeczowie było wówczas mało strażaków, z których na zawodach sportowo -pożarniczych mogłem skorzystać – wspomina.
- Do udziału w sztafecie i bojówce było takich siedmiu, a ja ósmy. Nie mieliśmy rezerw, zastępców. Ale, jak tym składem przez dziesięć lat jeździliśmy na te zawody, to zawsze zajmowaliśmy pierwsze miejsca.
Od 2000 r. przez dziesięć lat druh Drewicz był również członkiem zarządu gminnego OSP w Wierzchlesie.
Dziś ma 66 lat i jest już emerytem. W straży jest druhem wspierającym.
- Teraz mogę wziąć udział najwyżej w czynie społecznym, bo czynnym strażakiem jest się tylko do 65 lat – z uśmiechem rozkłada ręce.
Jego długoletnia praca w straży i poświęcenie, z jaką ją wykonywał, zostało dostrzeżone na szczeblach wyższych. Zarząd gminny OSP wystąpił z wnioskiem o odznaczenie dh. Kazimierza medalem honorowym im. Bolesława Chomicza.
- Jest to odznaczenie nadawane szczególnie zasłużonym druhom, którzy przez lata swojej działalności, pokazali, że są strażakami ochotnikami z prawdziwego zdarzenia – wyjaśnia Ryszard Dziadak, prezes Zarządu Gminnego Oddziału ZOSP w Wierzchlesie.
- Którzy udzielali się społecznie i nie szczędzili swoich sił oraz czasu, żeby pomagać ludziom i ratować ich życie, zdrowie, mienie. Nadawane jest bardzo rzadko, rocznie jedno – dwa odznaczenia na powiat. Wręczać je mogą tylko członkowie Zarządu Głównego OSP.
Wniosek musi być pozytywnie zaopiniowany przez zarządy OSP wszystkich szczebli.
Medal panu Kazimierzowi został nadany już w październiku ubiegłego roku. Uchwałę w tej sprawie podpisał Waldemar Pawlak, prezes Zarządu Głównego OSP, a wręczył go w maju, w Krzeczowie, w Dniu Strażaka dh Jan Ryś, prezes zarządu wojewódzkiego w Łodzi, a równocześnie członek zarządu głównego.
- Bardzo się cieszę z tego odznaczenia – mówi na koniec Kazimierz Drewicz.
- Jest to dowartościowanie mojej pracy i miło mi, że ją zauważono. Nie wiem, co napisano we wniosku, ale myślę, że był na tyle ciężki, że przechylił szalę na moją stronę. Uważam, że jeśli chce się dobrze wykonywać pracę społeczną, to swoje sprawy trzeba zostawić na później, a najpierw robić to, co jest wspólne.
Ela Wodecka
[email protected]
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze