Reklama

Dobry czas dla małych rolników się skończył

Od czasów Andrzeja Leppera i jego protestów minęło kilkanaście lat. Wszystko wskazuje na to, że sytuacja rolników jeszcze się pogorszyła. Dalej importuje się tanią żywność, a w kraju doczepia polskie metki. Cena żywca spadła do poziomo poniżej 4 zł, co sprawia, że masowo rolnicy likwidują produkcję. Z kolei koszt nawozów w ostatnim czasie wzrósł o niemal 300 proc., więc gospodarze muszą z nich rezygnować. Plony będą mniej obfite, co spowoduje, że ceny żywności znowu pójdą w górę. „Będziemy pracować za komorne i jedzenie” – wieszczy Michał Kołodziejczak, lider Agrounii, która systematycznie organizuje rolnicze protesty, dlatego w niektórych kręgach uważany jest za spadkobiercę idełów lidera Samoobrony.

„Nie będziemy umierać w ciszy”  i „godna płaca za ciężką pracę”  - takie hasła pojawiły się na banerach podczas protestu w Łodzi, 9 lutego. Tego dnia Agrounia urządziła demonstracje w 50 różnych miejscach w kraju. Efekt to zablokowane drogi i centra miast. Do Łodzi zjechało ok. 250 traktorów z różnych stron województwa.  Strajkujący zwracają uwagę na szereg problemów, z jakimi muszą zmierzyć się w swojej działalności. Rosnące ceny nawozów i koszty kredytów, tania żywność sprowadzana z zagranicy, spadek cen wieprzowiny do poziomu poniżej kosztów produkcji, to kwestie, które ich bolą
– Nie dopłacajcie nam, pozwólcie nam normalnie pracować i normalnie sprzedawać, nie potrzebujemy żebyście nam cokolwiek dawali tylko nie pozwalajcie, żeby wielkie międzynarodowe firmy kupowały świnie po 3,5 zł – mówił Michał Kołodziejczak w Łodzi, zwracając się do rządzących. Bardzo wtedy przypominał Leppera, który głosił „wy nam nie dawajcie, wy nam tylko przestańcie zabierać”.
Lider Agrounii mocno skrytykował  ministra rolnictwa Henryka Kowalczyk. Nazwał czas jego urzędowania „100 dniami bezczynności”. Protestującym towarzyszyła kukła wisielca. Kołodziejczak podaje, że w tej grupie zawodowej jest stosunkowo dużo samobójców. Mają nie wytrzymywać presji i nie radzić sobie z sytuacją  finansową własnych gospodarstw. Od dawna wiadomo bowiem, że rozwój parku maszyn kredytem stoi. 
Kołodziejczak uważa, że przez niekorzystną sytuację gospodarczą w najbliższym czasie może zostać wyprodukowane aż o 25 proc. mniej żywności.
– My jesteśmy tu po to, żebyście za tą żywność płacili normalne pieniądze, a nie jakieś horrendalne sumy – zwracał się do mieszkańców Łodzi.
– Głód i wysokie ceny żywności, to jest narzędzie polityczne  – twierdzi.
– Będziemy robić na czynsz, tzw. komorne i jedzenie. Na nic więcej, żeby od pierwszego do pierwszego starczyło – przewiduje.
Tymczasem na wsi gospodarstw ubywa.
- Idziesz do danej pracy i wiesz, ile masz na godzinę,   ile masz na miesiąc, ale w rolnictwie wiesz ile wydasz, ale nie wiesz za ile i kiedy sprzedasz – kwituje Janusz Giełzak, rolnik z Leniszek. 
Teraz gospodarzy dobiły galopujące ceny nawozów. Wzrosły aż o 300 proc. Krzysztof Wróbel, przewodniczący wieluńskiej rady powiatowej łódzkiej Izby Rolniczej, podaje, że 30 lat temu ze swojego 10-hektarowego gospodarstwa była w stanie wraz z rodziną się utrzymać, wybudować dom i kształcić dzieci. Bez 500 + i zasiłku rodzinnego. Teraz to jest niewykonalne. 
- Do 2015 r. było mnie stać, żeby kupić nawóz, uprawiać, cieszyć się z tego. Teraz przez siedem lat doszedłem do ściany. Nie mam za co kupić nawozu i nie mam jak wyjechać na wiosnę w pole – podaje Wróbel.
- Ceny nawozu wzrosły o 300 procent. Nas nie stać, aby je kupić, więc co urośnie to urośnie, ale plony będą mniejsze i automatycznie  ceny żywności pójdą w górę jeszcze bardziej – uważa.
Przewodniczący pajęczańskiej rady powiatowej Izby Rolniczej, Paweł Sikora, jednocześnie wicestarosta pajęczański również dostrzega ogromny problem. Jest właścicielem kilku hektarów, ale kilkadziesiąt dzierżawi.
- Rozważam taką opcję, aby część pól włączyć w produkcję, gdzie będę rolę zasilał w nawozy zielone, czyli zasieję więcej łubinów  - opowiada.
- Wybiorę rośliny, które nie potrzebują dużo nawozów azotowych. Do tej pory prowadziłem intensywną gospodarkę, podobnie jak moi koledzy, produkujący kukurydzę czy rzepak.  Spodziewam się, że dużo osób zacznie myśleć o takich oszczędniejszych formach pracy, plus wyłączeniu części gruntów, żeby przygotować lepsza strukturę i zielone nawożenie pod  uprawy. 
Sikora uważa, że sytuacja się ustabilizuje. Zwraca uwagę, że Izba Rolnicza, jako samorząd rolniczy podsuwa pomysły pewnych rozwiązań. 
- Jako Izby optujemy, aby rząd dopłacał bezpośrednio do zakupu  nawozów. Chodzi o to, by pomagać prawdziwym rolnikom, którzy faktycznie będą siać. Nie właścicielom, którzy roli nie uprawiają, bo oddali ją w dzierżawy – informuje.
Przewodniczący przyznaje, że po raz pierwszy, odkąd gospodaruje będzie stosował uprawy wymagające mniejszego nawożenia. 
W ten sposób postąpi zapewne więcej producentów, dlatego można spodziewać się mniejszej ilości ziaren chlebowy i paszowych. Co znowu może za kilka miesięcy podnieść ceny produktów.
Wicestarosta nie kryje obaw o przyszłość zakładów przetwórstwa owocowo –warzywnego na swoim terenie. Potencjalnie niższe plonu nie pozostaną bez wpływu na ich działalność.  
Paweł Sikora podaje, że nie słyszał o żadnym upadku gospodarstwa z powodu niespłaconych kredytów. Z kolei Krzysztof Wróbel może podać przykłady bankructw. Przewodniczący z Wielunia zaznacza, że sam pracuje już raczej z sentymentu do ziemi, a do swojego gospodarstwa dokłada. Wielu gospodarzy kieruje się miłością do roli i przedkładają ją nad zyski, tych już jest jednak coraz mniej.
- Miałem kolegę, gospodarował  na ponad 50 ha ziemi i zbankrutował,  nowy sprzęt za dofinansowanie z unii pozabierali, przyjechał komornik z policją, zapakowali na lawety i tyle, nawet ten stary sprzęt też zabrali i jeszcze brakło na oddanie długów – macha ręką Wróbel.
Inny z jego znajomych hodował trzodę chlewną, posiłkując się kredytami. Kiedy cena żywca spadła, aby nie popaść w większe tarapaty finansowe sprzedał gospodarstwo.  Niestety i tak został z 200 tys. zł na minusie.
Protestujący w  Łodzi rolnicy wybrali się  do siedziby Łódzkiego Urzędu Wojewódzkiego, gdzie na ręce wicewojewody, Piotra  Ciepluchy złożyli list. Michał Kołodziejczak pytał go, czy zna problemy ludzi zajmujących się rolą.
– Rolnicy mają prawo protestować, protestują tak jak każdy obywatel, a ja jestem tutaj dzisiaj po ty, by was wysłuchać – odpowiedział wymijająco.
– To pan przyszedł tu od pana premiera pracować czy czekać aż ludzie przyjdą? A kiedy wyjdziecie do ludzi? – nie dawał za wygraną rolnik.
– Bardzo się cieszę, że przyszedł pan podzielić się tymi informacjami, wojewoda pełni rolę pasa transmisyjnego pomiędzy rządem a regionem i tę rolę chciałbym spełnić – mówił Cieplucha.
–Chciałbym dzisiaj teraz, żeby wojewoda się nie czuł jak pasek tylko jak gospodarz  – nie ukrywał irytacji Kołodziejczak.
– Dzisiaj chcemy, żeby urzędnicy nie czuli się jak łańcuch,  że wojewoda jest uwiązany na łańcuchu pana premiera – skwitował strajkujący.
Jeden z rolników chciał się dowiedzieć w jaki sposób rząd oraz wojewoda mają zamiar rozwiązać problemy rolników oraz jak ich wspierają. Wicewojewoda stwierdził jednak, że odpowiada tylko na pytania dziennikarzy.
Na uzdrowienie polskiego rolnictwa na razie brak recepty. Dobre pomysły walczą z populizmem. W obliczu całej sytuacji konsumenci muszą się przygotować na dalszy wzrost cen. Jak to mówią na wsiach „dobrze to już było”
 

Magdalena Lizurej
[email protected]

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości