Afrykańskie klimaty w Skomlinie? Czemu nie. Są takie w jednym z ogrodów przy ul. Janusza Kusocińskiego. Można w nim zobaczyć rzeźby Murzyna, lwa, słonia, czy stylizowaną chatkę. Wszystko to jest dziełem Henryki Kiczki, mieszkanki tej wioski.
Pewnie jak większość z nas, kiedy zamknęła oczy, miała w głowie wymarzony ogród. Powoli zaczęła go tworzyć i sukcesywnie pokazywać jego oblicze. Z czasem pojawiła się w nim trzcinowa chatka. Przypominała te, które zobaczyć można w filmach o afrykańskiej sawannie.
- Zrobiłam ogród i pomyślałam, że przydałoby się w nim coś postawić – opowiada Henryka Kiczka.
– Ale nie jakieś małe gąski czy krasnale, tylko coś większego i co by pasowało do chatki, jak na przykład… słoń.
Słoń? Tak można byłoby zareagować w pierwszej chwili. Bo przecież, żeby stworzyć tego szarego giganta, trzeba wykazać się niemałą cierpliwością. A taką skomlinianka popisała się. Słoń powstawał około miesiąca. Najpierw z metalowych prętów i siatki Stanisław Kiczka, mąż Henryki, pod jej czujnym okiem, zespawał szkielet rzeźby, a potem do pracy przystąpiła już twórczyni.
- Robiłam beton z cementu i obkładałam nim szkielet – relacjonuje niemal z aptekarską dokładnością.
– Ale po trochę. Co zaschło, to znów dokładałam. I tak kawałek po kawałku. Najpierw jedna warstwa betonu, potem druga. No, a później, jak to schło, formowałam. Trzeba to było robić powoli, żeby nie popękało. Zwilżać wodą, aby szybko nie wysychało.
Potem pozostało już tylko beton wyszlifować, pomalować, no i słonia urealnić. Oko zrobiła z dna butelki, a rzęsy z plastikowego włosia szczotki.
W podobny sposób i nie mniejszym nakładem pracy Henryka wykonała lwa i Murzyna, które dopełniają tę afrykańską scenkę. Ale w ogrodzie są jeszcze inne betonowe zwierzęta. Można tam się natknąć na czającą się pod krzakiem kobrę, jaszczurki, czy spotkać okazałego pawia z rozłożonym z pleksi ogonem.
- Nie robiłam ich z jakichś rysunków, ale z własnej wyobraźni – wyjaśnia kobieta.
– Według swojego oka. Jak widziałam, tak robiłam.
Wszystkie te rzeźby pokazują pracowitość, pomysłowość, a przede wszystkim artystyczne zdolności Henryki Kiczki. I są to cechy, które wyróżniają ją od dzieciństwa.
- Od dziecka, już w szkole podstawowej, lubiłam malować i rysować – wspomina.
– Nie miałam z tym żadnego problemu. Potrafiłam całą noc przesiedzieć przy jakimś rysunku do szkoły, żeby go dopracować.
Ponieważ nigdy nie odmawia pomocy innym, również i w tamtym czasie bywało, że zrobiła jakiś rysunek na lekcję za koleżankę czy kolegę.
- Zdarzało się, że prosili mnie, abym im coś namalowała – zwierza się.
- I czasem podsuwali mi jakąś kartkę. Więc malowałam im, ale trzeba to było tak robić, żeby nauczycielka się na tym nie poznała.
Kiedy ukończyła szkołę podstawową, nie mogła dalej kształcić swojego plastycznego talentu. Musiała pomagać w gospodarstwie swoich rodziców, ale miłość do artystycznej twórczości jej nie przeszła.
- W domu często wymykałam się na piętro – uśmiecha się na wspomnienie tamtych czasów.
– Miałam tam swoją kajutkę i malowałam. Mama wtedy z dołu krzyczała: „Gdzie ty jesteś! Już ci te głupoty w głowie!”. Gdybym wtedy poszła gdzieś do szkoły plastycznej, to by się człowiek dużo nauczył i wyrabiał. A tak jestem tylko samoukiem.
Już jako mężatka, wobec licznych obowiązków domowych i w gospodarstwie, czasami musiała zaprzestać swojej twórczości. Ale, kiedy tylko czas jej na to pozwalał, doskonaliła swój talent, przede wszystkim w zakresie malarstwa.
- Ciągnęło mnie do tego i ciągnie nadal. Malowałam, co podeszło i co mi się podobało. Były to obrazy święte, krajobrazy i inne tematy. O, tu, taka polanka z bukiem, takie bagno, trochę lasu, trochę śniegu – wskazuje placem na jeden z wiszących na ścianie obrazów.
- Dużo tego było, ale wiele porozdawałam.
Swoje prace przekazywała również na cele społeczne. Gdy miejscowe przedszkole chciało zakupić huśtawki, namalowała kilka obrazów, które sprzedane zostały na ten cel na kiermaszu.
- Chyba z pięć zrobiłam do przedszkola na sprzedaż – relacjonuje.
- Namalowałam „Damę z łasiczką” i „Babie lato” Chełmońskiego. Jakieś kwiatki. Mam tutaj nawet podziękowania za to. Ta akcja nazywała się „Huśtawka dla przedszkola”.
Z czasem zainteresowała się również rzeźbą. Wykonywała je głównie z drewna lipowego. Były to płaskorzeźby, popiersia, figury.
- Ja lubię takie rzeczy – przyznaje.
– Ale ręce mi drętwieją od tego rzeźbienia. Nie robię rzeźb z kamienia, bo to już dla mnie za ciężko.
Umiejętności malarskie i rzeźbiarskie, zmysł plastyczny oraz wielka cierpliwość, sprawiły, że Henryka Kiczka zajęła się również odnawianiem starych, zniszczonych figurek. Odrestaurowała m.in. figurę Serca Pana Jezusa pochodzącą z cmentarza.
- Jest ona z drewna – tłumaczy.
– Była bardzo zniszczona przez robaki, które porobiły w niej dziurki. Farba też była zniszczona. Do dziurek wstrzykiwałam środek na robaki. Potem wszystko wyszlifowałam i pomalowałam. Teraz stoi w kościele, bo ksiądz powiedział, że nie może być tak, żeby nikt nie widział takiej ładnej rzeczy.
A przed remizą OSP można zobaczyć odnowionego przez nią św. Floriana. Nic zatem dziwnego, że coraz więcej ludzi prosi ją o „ratunek” dla starych pamiątek. Nie odmawia.
- Przyniosą czasem stare, popsute aniołki, co je kiedyś babcie miały – opowiada.
– To je odnawiam. Niedawno na barbórkę pewien pan przyniósł zniszczoną św. Barbarę, którą podarowała mu na Śląsku jakaś babcia, gdy jeszcze był górnikiem. I mówił: „Byłem w szkole plastycznej i nie chcieli mi tam tej figurki odrestaurować. A pani tutaj zrobiła Floriana, to może by i zrobiła św. Barbarę?”. Tam była urwana ręka i trzeba było odnowić kolory. No i to zrobiłam. Jak odbierał, to powiedział, że umieści ją teraz za szybą, żeby mu się nie niszczyła.
Od wielu lat Henryka Kiczka jest główną projektantką i wykonawczynią szopek bożonarodzeniowych i Grobów Pańskich w skomlińskim kościele.
- Robię to, co się w głowie zrodzi – uśmiecha się.
– W ich wykonaniu pomagają mi koleżanki. Oj, różne były te groby. Nawet takie wielkie na pół kościoła.
Swoje wielokierunkowe uzdolnienia i zainteresowania plastyczne być może Henryka Kiczka odziedziczyła po mamie.
- Mama też lubiła takie rzeczy – zamyśla się.
– Jak trzeba było namalować coś, jakieś ozdoby na ścianie w domu albo u sąsiadów, jak to kiedyś malowali, to namalowała. Ale nie miała warunków i czasu by się tym zajmować.
Henryka ma troje dzieci: Magdalenę, Elżbietę i Michała. Niestety, żadne z nich nie poszło w ślady mamy i nie zajmuje się ani malarstwem, ani rzeźbą. Bliżej plastyki są natomiast wnuczki Henryki: Izabela prowadzi kwiaciarnię, a Patrycja – zakład kosmetyczny.
Artystyczne działania kobiety bardzo wysoko cenią mieszkańcy wioski i gminy. Mówią o niej z dumą: „Nasza skomlińska artystka” i uważają za osobę wyjątkową. Jednak Henryka Kiczka nie zgadza się z tą opinią.
- Nie czuję się ani lokalną artystką, ani osobą wyjątkową – kręci głową.
– Po prostu, robię to, co mi serce przykazuje.
Jakie są najbliższe plany Henryki?
- Żadnych planów nie mam – śmieje się. - Koniec, czytam książki.
– A tak naprawdę, to wiosną zamierzam odnowić te moje betonowe rzeźby w ogrodzie. Oj, zapowiada się sporo pracy.
Ela Wodecka
[email protected]
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze