Czesław Zając i jego syn Jakub z Wielunia urządzili sobie swoiste muzeum polskiej motoryzacji. Upodobali sobie motocykle i samochody z okresu PRL. Mają już ich ok. 30... - Gdy się jedzie maluchem, dużym fiatem, czy wueską, to osoby w moim wieku podnoszą kciuk do góry i gratulują, że takie coś jeszcze widzą na drogach – mówi z satysfakcją Czesław.
- Zaczęło się niewinnie. Zawsze mi tłumaczyli, że zamiast wyskoczyć gdzieś z kolegami na piwo, mają taką zajawkę. Mnie to się to bardzo podobało. Teraz już z tym nie walczę. Wiem, że ja tej „wojny” nie wygram. Nie walczy się z czymś, kiedy jest się na przegranej pozycji – śmieje się Renata Zając, żona i matka pasjonatów motoryzacji.
Mąż i syn pani Renaty zgromadzili już ok. 30 starych motocykli i samochodów. Celują głównie w polskie klasyki produkowane w czasach PRL, w większości zachowane w oryginale. - Nie wszystkie są odrestaurowane, ale wszystkie mechanicznie sprawne – zaręcza Czesław Zając.
Szczególny sentyment głowa rodziny ma do Fiata 126p z rocznika 1988 r. Leciwy fiat jest bowiem „rówieśnikiem” pierwszego auta pana Czesława kupionego po ślubie.
- To nabytek sprzed ośmiu lat, nie ingerował w niego blacharz, tylko punktowo zapraweczki są zrobione przez lakiernika. Był trochę w opłakanym stanie, ale został dopieszczony. Silnik oryginalny, odpala z linki. Bardzo fajny egzemplarz – zachwala „malucha” Czesław Zając.
W czasach swojej młodości miał częsty kontakt z motocyklami. Po starszym rodzeństwie „odziedziczał” maszyny.
- Oni kupowali nowe, a je zdzierałem stare – wspomina. W rodzinie był Junak z wózkiem bocznym, Osa, SHL-ki, WS-ki, Komary różnego typu.
- Potem zachodnie marki weszły na nasz rynek. Rodzime zaś wywożono na złom, a teraz się tego szuka – mówi Czesław Zając.
Jego syn, Jakub, przyznaje bez ogródek:
- Można powiedzieć, że jestem urodzonym maniakiem motoryzacyjnym.
Ma 27 lat, ukończył technikum samochodowe w Wieluniu, potem studia związane z motoryzacją, pracuje w „swojej” branży. Lokalnej społeczności dał się poznać jako oddany strażak ochotnik. Pomaganie innym to po motoryzacji druga jego pasja, też poświęca jej sporo czasu.
Najstarszym i chyba najcenniejszym w ich kolekcji jest motocykl WFM z 1957 r. Rzadkim egzemplarzem jest motorower Komar z 1967 roku w automacie - nie trzeba zmieniać biegów, dodaje się gazu i maszyna jedzie. Jest też „motorynka” - ta niewielka maszyna mieściła się w windzie, dlatego była marzeniem chłopców z blokowisk.
Zdecydowaną większość pojazdów kupili w niedalekiej odległości od Wielunia. Ale zdarzało się też jechać do Czech złowić dużego fiata za stosunkowo nieduże pieniądze. Czasami zakup jest wynikiem impulsu. Transakcję sprzed czterech lat Jakub pamięta jak dziś:
- To była szybka decyzja. Pamiętam, że to była niedziela. O godz. 12 zobaczyłem ogłoszenie na portalu aukcyjnym, a o 14:30 byliśmy już u właściciela...
Bakcyla motoryzacji Jakub na dobre złapał w wieku 12 lat.
- Pojechaliśmy do mojego chrzestnego mieszkającego w Wielkopolsce, u którego w garażu stał pięknie odrestaurowany Junak – opowiada.
- Tata zaczął wspominać, jak w dawnych czasach też miał takie motocykle. Zrodził się pomysł, żeby kupić jakiegoś klasyka i odnowić. I tak zaczęła się przygoda z nabywaniem kolejnych motocykli i aut. Tata zarzekał się, że jak kupi dziesięć, to będzie już koniec, ale jest już ok. 30 i dalej kupuje – mówi z uśmiechem Jakub.
- Poczułem pasję do tego. Tu komarek, tam romecik, to znowu jakaś weueska i tak kolekcja urosła do prawie 30 motocykli. Do tego trzy maluszki, duży fiat – wymienia Czesław Zając.
- Jak mam czas, to idę do garażu, i który mnie że tak powiem „boli”, jak coś mu dolega, to muszę dojść do tego, żeby był w pełni sprawny. Nie powiem, czasami żona się denerwuje, bo jest sobota, już dawno powinienem przyjść, a siedzę w garażu do późnych godzin.
Jakub razem z bratem pierwszego „malucha” kupili ze pieniądze odkładane do skarbonki.
- Przyjeżdżaliśmy z bańką paliwa i jeździli tym maluchem aż do jej wyczerpania. I tak co sobota – wspomina Renata Zając.
- Zdarzało się czasem, że się „utopili” w jakimś rowie, czy na podmokniętej łące. Wtedy tata musiał interweniować. Ale nigdy nie zabronił – dodaje.
W kolekcji Zająców jest duży fiat z 1976 r., czy maluch z 1979 r. Planują kompletny remont małego fiata, zgromadzili już części do jego kompletnej odbudowy.
- Chciałbym żeby wyglądał, jakby wyjechał z fabryki – snuje plany Czesław Zając.
Zającowie urządzili swego rodzaju prywatne muzeum polskiej motoryzacji. Dominuje tutaj rodzima myśl techniczna, a nielicznymi zagranicznymi egzemplarzami są dwukołowe klasyki z dawnego NRD, jak Simson S51 czy MZ ETZ 250. Choć wszystkie pojazdy są na chodzie, to jednak rzadko opuszczają podwórze.
- Takiego „,malucha” nawet szkoda byłoby na co dzień eksploatować. To unikalny pojazd, gdyby doszło do stłuczki, to bym się chyba rozpłakał. Części są też coraz trudniej dostępne – zauważa Czesław.
Jak czas pozwala, Zającowie jeżdżą wspólnie na okoliczne zloty i festyny. Wyrazy uznania okazywane przez innych dają poczucie dużej satysfakcji.
- Gdy się jedzie maluchem, dużym fiatem, czy wueską, to osoby w moim wieku podnoszą kciuk do góry i gratulują, że takie coś jeszcze widzą na drogach – przekonuje Czesław Zając.
Jakuba interesuje również nowa motoryzacja. Dlatego jest nie tylko bywalcem zlotów pojazdów zabytkowych, ale regularnie jeździ też na targi motoryzacyjne w Poznaniu i Warszawie. Niespełnionym wciąż marzeniem jego ojca jest zakup Syrenki. Chodzi mu też po głowie daleka podróż „maluchem”.
- Jestem emerytem pracującym, ale jak kiedyś czas pozwoli, to na pewno wybiorę się w dalszą podróż. Z przyczepką części zapasowych – wprawdzie „maluch” nie powinien zawieść, ale na wszelki wypadek lepiej mieć... - kończy opowieść Czesław Zając.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze