Ma dziewięć lat, mieszka tuż pod kołem podbiegunowym, a weekendy spędza w drodze na tor kartingowy oddalony o trzysta kilometrów. Stian Kaczmarek, jedyny Polak ścigający się w kartingu na dalekiej północy Skandynawii właśnie rozpoczyna swoją prawdziwą przygodę z rywalizacją motorsportową. Wspierany przez rodziców, Darię i Tomasza Kaczmarków z Wielunia, marzy o torach Europy i pierwszych wielkich wyzwaniach. Już w marcu poleci na testy do Włoch, by sprawdzić się na legendarnym Lonato.
Gdy większość dziewięciolatków kończy lekcje i biegnie na podwórko, Stian Kaczmarek myśli o… ustawieniach gokarta, przełożeniach i warunkach na torze. Urodzony w Norwegii Polak mieszka wraz z rodzicami w miejscowości Hemnesberget, w gminie Hemnes, w rejonie Mo i Rana, tuż pod kołem podbiegunowym. To miejsce, gdzie zima potrafi trwać miesiącami, dzień bywa krótszy niż noc, a dojazd na trening jest logistycznym wyzwaniem.
A jednak właśnie stąd wyrasta historia chłopca, który coraz śmielej zaznacza swoją obecność w kartingowym świecie Skandynawii. Stian ściga się na norweskiej licencji i pod norweską flagą, startuje w Norwegii i Szwecji, a w środowisku kartingowym znany jest już jako Arcticracer Stian.
– Najpierw jeździłem elektrycznym samochodzikiem po domu. Potem wsiadłem do jeepa. To był mój pierwszy jeep, którym zacząłem jeździć na dworze i z kolegami, a potem jeździłem na kładzie, który był na benzynę, mam go dalej, ale teraz jeżdżę gokartem – mówi reporterowi portalu kulisy.net 9-letni Stian Kaczmarek.
Choć urodził się w Norwegii, Stian doskonale mówi po polsku, to zasługa rodziców, którzy od początku dbali o jego dwujęzyczne wychowanie. Młody kierowca doskonale porozumiewa się w języku norweskim, a także po angielsku, co w świecie motorsportu szybko staje się atutem.
Jego historia jest o tyle wyjątkowa, że Stian jest jedynym Polakiem, który ściga się w kartingu tak daleko na północy Europy, niemal pod kołem podbiegunowym. To region, gdzie karting nie jest sportem powszechnym, a infrastruktura i klimat skutecznie ograniczają możliwości treningowe.
Za sukcesami i postępami Stiana stoją rodzice. Daria i Tomasz Kaczmarkowie pochodzą z Wielunia. Dwanaście lat temu zdecydowali się na wyjazd do Norwegii, zaczynając tam życie od zera.
– Dzięki temu złapałem kontakt do Norwegii, bo zajmowałem się odrestaurowywaniem zabytkowych samochodów. Miałem auto z Norwegii nad którym pracowałem i właściwie w taki sposób dostałem pracę. Nie mieliśmy nic do stracenia i po prostu wyjechaliśmy, no i tak jesteśmy tutaj już dwanaście lat. I też tutaj w Norwegii urodził się Stian – opowiada dla portalu kulisy.net Tomasz Kaczmarek.
Zanim wyjechali, w Wieluniu prowadzili warsztat samochodowy. Motoryzacja była więc w tej rodzinie obecna od zawsze. Tomasz z zawodu jest mechanikiem i obecnie pracuje w serwisie Volkswagena, a Daria z wykształcenia jest biologiem. Po przyjeździe do Norwegii uczyła się języka, pracowała m.in. w hotelu i fabryce okien, by dziś znaleźć zatrudnienie w służbie zdrowia, w domu opieki dla seniorów.
– Wyjeżdżając przed dwunastoma laty nie znaliśmy ani ludzi tutaj, ani języka. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Wielunia czerwonym Reno Clio kilka tysięcy dalej, nie wiem czy ktoś w nas wierzył. Zaryzykowaliśmy, ale się opłaciło – podkreśla Daria Kaczmarek.
Motorsport w życiu Stiana pojawił się niemal równolegle z jego pierwszymi krokami.
– Właściwie to było etapami. Jak zaczął siadać w wieku ośmiu miesięcy dostał elektryczny samochodzik, kiedy skończył dwa lata przesiadł się na elektrycznego jeepa takiego z napędem na tylne koła. W wieku czterech lat przesiadł się na kłada 90, a w wieku sześciu lat po raz pierwszy pojechaliśmy we Wrocławiu na karting – wspomina Tomasz Kaczmarek.
Ten pierwszy wyjazd na tor okazał się przełomowy.
– Stian wtedy był bardzo mały, więc musieli mu pedały dołożyć, bo nie sięgał, ale jeśli będąc pierwszy raz był o pół sekundy gorszy od 16-latka, który też był pierwszy raz na gokartach, to ta zajawka musiała być – dodaje.
Dziś w domu państwa Kaczmarków stoją dwa gokarty. To już nie zabawki, ale narzędzia sportowe, które wymagają wiedzy, pracy i pieniędzy, a motorsport stał się codziennością całej rodziny.
Życie na północy Norwegii oznacza ogromne wyzwania organizacyjne. Najbliższy tor kartingowy znajduje się w miejscowości Grong a dojazd na trening to ponad trzy godziny jazdy w jedną stronę.
– To o tyle nietypowa historia, że mieszkamy pod kołem podbiegunowym. Stian w pierwszym sezonie, kiedy zaczął jeździć, miał siedem lat i byliśmy w klubie z Bodø jeszcze za kołem podbiegunowym, więc od nas jakieś 250 kilometrów. Jednak przez warunki pogodowe na płaskowyżu szukaliśmy alternatywy i teraz jeździmy nawet dalej, bo na treningi mamy prawie trzysta kilometrów w jedną stronę, z tym że na południe, zamiast na północ Norwegii – tłumaczy Tomasz.
Treningi Stiana podporządkowują rytm życia całej rodziny.
– Jeździmy co weekend w sezonie letnim i jesiennym. Przychodzi piątek, już się pakujemy i w sobotę rano wszyscy razem wyjeżdżamy. Jesteśmy tam dwa dni, bo wracamy w niedzielę – mówi Daria i dodaje:
– W tygodniu Stian nie ma możliwości treningu, bo to jest po prostu za daleko i fizycznie nie dalibyśmy rady. My pracujemy, a syn chodzi do szkoły – uzupełnia.
Rodzina podróżuje specjalnie przebudowanym busem przez Tomasza.
– Auto jest na bazie Iveco Daily, tego najdłuższego. Z tyłu jest garaż na gokarta, a do góry jest nasze spanie. Jest kuchnia, toaleta z prysznicem, więc właściwie wszystko czego potrzebujemy jest. Taki van racing, który z profesjonalną zabudową kosztuje kilkaset złotych, stąd też zrobiliśmy to własnymi siłami – opowiada.
W Grongu Arcticracer ma wyjątkowe warunki.
– Dzięki właścicielowi tego toru mamy możliwość właściwie całą sobotę mieć tor na wyłączność. Stian może tam jeździć do oporu. W niedzielę przyjeżdżają inni, więc trening jest mieszany, ale jesteśmy cały weekend – zaznacza dalej tato młodego kierowcy gokarta.
W sezonie 2025 Stian choć mieszka w Norwegii startował głównie w... Szwecji.
– Mieszkamy gdzie mieszkamy i wybieramy te zawody, które są możliwie dla nas blisko. Norwegia jest tak długa, że są to tysiące kilometrów. Stian jeździł w Mistrzostwach Północnej Szwecji jako Norweg, na licencji norweskiej. A na zawody do Szwecji jeździmy po 600 kilometrów, mimo tego logistycznie i tak to jest wygodniejsze – podkreślają wspólnie rodzice.
Choć ma ograniczoną liczbę treningów i rywalizacji, Stian potrafił walczyć jak równy z równym z dużą grupą zawodników.
– Pojechaliśmy na zawody do Szwecji w maju, a Stian nie trenował w grupie większej niż pięcioro dzieci. A tutaj zderzył się z grupą dwudziestu pięciu kierowców i gdyby nie problemy techniczne, byłby w pierwszej dziesiątce. Musi mieć do tego żyłkę, skoro trenuje praktycznie sam, a potrafi wykręcić szósty czas podczas jednego z wyścigów – mówi tato.
Przełomowym momentem w rozwoju Stiana miejmy nadzieję będą marcowe testy we Włoszech, możliwe dzięki współpracy z zespołem CKR.
– Jeszcze w ich teamie nie jesteśmy. Współpracujemy z nimi, bo Stian jeździ na ich gokarcie. Plusem jest to, że to nieduża fabryka i mamy bezpośredni kontakt z właścicielem – wyjaśnia Tomasz.
– Mieliśmy do wyboru dwa terminy. W lutym lub marcu, jednak wybraliśmy koniec marca, bo będzie cieplej. Stian będzie miał możliwość rywalizacji na torze Lonato. To będzie pierwszy raz i sami jesteśmy ciekawi jak to będzie wyglądać – dodają rodzice.
Zimą, gdy tory na północy są zamknięte, Stian trenuje na symulatorze.
– Używa Kart Racing Pro. Graficznie może nie jest super, ale bardzo dobrze oddaje gokarta. Potwierdził nam to Dawid Gawin, profesjonalny kierowca kartingowy i trener Stiana. Łączą się on-line i trenują wspólnie. W jego pokoju stoi zresztą prawdziwy gokart do którego dołączony jest 49 calowy zakrzywiony monitor – kontynuują.
Arcticracer posiada norweską licencję kartingową, a jego rodzice jako opiekunowie również muszą ją mieć.
– Mimo posiadania uprawnień nie można się poruszać poza torem, więc opieramy się na treningach weekendowych – zaznacza mama młodego fana szybkości i adrenaliny.
Karting, nawet na początku drogi jest sportem drogim.
– Mamy trzy silniki, części się zużywają. Stian pogiął tylną oś, urwał się zderzak wszystko trzeba było kupić – wylicza Tomasz i dodaje w kontekście sponsorów:
– Na ten moment mamy jednego małego sponsora. Szukamy kolejnych, żeby odciążyć budżet. Chcielibyśmy, aby wizyty Stiana we Włoszech były jego stałym punktem rozwoju – dodają nasi rozmówcy.
W tej historii nie ma przypadku. Rodzice są dla syna całym zespołem.
– Mama jest psychologiem i zajmuje się tym, żeby Stian coś zjadł. Ja zajmuję się mechaniką i coachingiem – mówi Tomasz.
– Stian kocha karting i kocha jeździć. Uwielbia prędkość i adrenalinę. Najwięcej jak do tej pory jechał 93 km/h – uzupełnia mama na koniec.
Cała trójka wie, że to dopiero początek drogi. Drogi, która zaczęła się od elektrycznego samochodzika, a dziś prowadzi z północy Norwegii aż na włoskie tory. I choć Stian ściga się pod norweską flagą, jego historia ma wyraźny biało-czerwony akcent, bo wszystko zaczęło się w Wieluniu. A Arcticracer? On po prostu chce jechać szybciej. I dalej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze