Katarzyna Helińska kocha zwierzęta. Miłość tę chciała wykorzystać do niesienia pomocy ludziom, dlatego została profesjonalną dogoterapeutką. A to, okazuje się, nie jest wcale taką prostą i banalną sprawą.
Minęło dziewięć lat, odkąd Kasia z mężem i synkiem przeprowadzili się na wieś do Szynkielowa. Córeczkę urodziła już tu. Wiedziała, jak ważna jest dla dzieci bliskość z mamą, dlatego zrezygnowała z pracy w firmie budowlanej i zajęła się wychowywaniem swoich pociech.
- Ale kiedy już dzieci poszły do przedszkola, zaczęłam na nowo szukać pracy – opowiada Katarzyna Helińska.
- Ukończyłam pedagogikę i myślałam, że znajdę zatrudnienie w przedszkolu lub szkole. Ciężko jednak było z posadą dla mamy z dwójką maluchów, bo wiadomo, że małe dzieci częściej chorują.
Kasia pomyślała, że podejmie się prowadzenia terapii dla dzieci chorych i niepełnosprawnych z udziałem zwierząt. A ponieważ jedne i drugie kocha jak mało kto, więc takie połączenie było dla niej nie tylko idealne, ale wręcz wymarzone.
Najpierw zainteresowała się hipoterapią. Szybko jednak zdała sobie sprawę, że to wykracza poza zakres jej możliwości, nie miała bowiem swojej stajni z końmi. Pomyślała więc o psie i dogoterapii. Zajęła się szukaniem odpowiednich dla siebie szkoleń i odpowiedniego czworonoga.
- Kursów dogoterapii jest bardzo dużo – przyznaje.
- Ale mnie nie interesowało jakieś dwutygodniowe szkolenie. Chciałam znaleźć takie naj - najlepsze, najdłuższe, żebym dużo z niego wyniosła, miała jakąś praktykę.
Znalazła takie w Warszawie. Przez ponad pół roku, co drugi weekend, jeździła do stolicy na szkolenia przygotowujące do pracy dogoterapeuty. Najpierw ukończyła kurs podstawowy I stopnia, w czasie którego poznała przede wszystkim podstawy dogoterapii. Ale nie poprzestała na tym i zrobiła kolejny krok. W tym samym warszawskim ośrodku ukończyła kurs II stopnia.
- Po ukończeniu kursu podstawowego mogłam mieć zajęcia w przedszkolu i szkole z wykorzystaniem psa – mówi.
- Natomiast ten drugiego stopnia był już kursem zaawansowanym. Po nim mogłam prowadzić też terapię. Mieliśmy tam między innymi psychologię, zastosowanie dogoterapii w fizjoterapii i wiele innych zagadnień teoretycznych oraz działań praktycznych.
Kasia z powodzeniem zdała egzamin końcowy i otrzymała stosowny certyfikat. Mogła pracować jako dogoterapeutka, tym bardziej że posiadała już psa z odpowiednim certyfikatem. Dziś z uśmiechem wspomina, jak długo z mężem szukała właściwego czworonoga. Wcześniej nawet nie zdawała sobie sprawy, jak trudny jest to proces i ile wymaga zachodu.
- Z zakupem trzeba być bardzo ostrożnym, bo dziś jest dużo pseudohodowli – ostrzega.
- Ja kilka miesięcy szukałam dobrej hodowli. Wiedziałam, że mój pies musi mieć rodowód FCI, czyli dokument, który potwierdza przynależność psa do danej rasy. W takim dokumencie wszystko jest do wglądu, między innymi zapis przodków czworonoga do piątego pokolenia, badania, psychotesty. Na szczęście znalazłam taką hodowlę - zarejestrowaną, będącą pod stałą opieką weterynarii. Tam kupiłam psa.
Była to suczka rzadkiej rasy cane corso. Kasia nadała jej imię Jaso.
- Tak w mitologii greckiej nazywała się bogini uzdrowień – uśmiecha się.
- Zawsze lubiłam w szkole mitologię, dlatego moim psom dawałam imiona z niej zaczerpnięte. Wcześniej miałam w domu Atlasa, który podnosił na duchu. Jaso była już po psychotestach i nie miała żadnych wad genetycznych.
Kasia od razu zaczęła ją szkolić. Najpierw z posłuszeństwa w Łodzi. Potem jeździła z nią do Wrocławia i Warszawy. Po szkoleniach pies poddawany był testom, które przechodził z wynikiem bardzo dobrym.
Gdy kobieta zaczynała szkolenie na dogoterapeutę, myślała, że jej psim pomocnikiem będzie labrador. Ale w trakcie kursu dowiedziała się, że chociaż psy tej rasy mają duży próg bólu, to w niektórych sytuacjach potrafią też ugryźć uczestnika terapii, dlatego zrezygnowała z labradora.
- Ja chciałam psa, który kocha dzieci, rodzinę, więc wybrałam rasę cane corso – mówi.
- Wcześniej rozmawiałam z osobami, które z psem tej rasy pracowały z dziećmi i potwierdziły mój wybór.
Gdy już miała uprawnienia dogoterapeuty, a Jaso odpowiednie szkolenia, zaczęła szukać pracy. Pierwszą taką stałą pracę miała w Środowiskowym Domu Samopomocy w Mokrsku i Zespole Placówek Specjalnych w Praszce.
- W Mokrsku początki były niełatwe, bo tam do placówki uczęszczały osoby dorosłe – wspomina Kasia.
- I pewnie myślały sobie, że przyszła pani z psem, a tego przecież każdy ma na podwórku. Więc na pierwszych moich zajęciach było niewiele osób, ale potem chodziło już bardzo dużo. Każdy chciał brać w nich udział. Szczególnie pamiętam jedną sytuację. Kiedy mówiłam między innymi o mowie ciała psa, przyszedł pan, który palił papierosy. Jaso nigdy nie miała do czynienia z tytoniem. Spojrzała na mnie i warknęła. Już wiedziałam, że coś jej się w panu nie podoba, ale jeszcze nie wiedziałam co. I kiedy mężczyzna powiedział, że pali, domyśliłam się, że ten zapach może ją drażnić. I rzeczywiście, Jaso warczała na paczkę papierosów. Poprosiłam więc pana o jednego papierosa, bym mogła w domu przyzwyczajać ją do tego zapachu. I nosiłam go w ręce, tarłam i po jakimś czasie Jaso przestała na tytoń reagować. Psy mają bardzo wyczulony węch, dlatego nie każdy czworonóg może pracować na przykład w szpitalu lub z osobami starszymi, bo te często biorą leki, które też mają swoje zapachy.
Kasia dużo i z pasją opowiada o mowie ciała psa.
- Temu zagadnieniu poświęciliśmy na kursie naprawdę sporo czasu – uśmiecha się.
- Pies ciągle do nas mówi - swoją postawą, uszami, sierścią, ogonem, pyskiem, oczami, gdy szczeka. Tym wszystkim w każdym momencie nas informuje. Często na przykład na facebooku czytam: „Na moje podwórko przyszedł jakiś pies i jest agresywny”. A ja na zdjęciu widzę wystraszone zwierzę ze skuloną głową i podkulonym ogonem. I jeśli ten pies jest na obcym terenie, a ktoś chce do niego podejść, to faktycznie może szczeknąć, warknąć, bo on się boi. W ten sposób informuje nas o tym i ostrzega, żeby do niego nie podchodzić. Kiedyś w jednej ze szkół dziewczynka powiedziała, że ma pieska, który zawsze się z nią bawi. Ale, gdy podchodzi do jego budy, to zaczyna na nią warczeć. Odpowiedziałam jej, że pies w ten sposób do niej mówi, aby odeszła, dała mu spokój, bo chce spać. Nie wyskakuje z budy i nie gryzie, tylko ostrzega. Taki jest jego język.
Na zachowanie psa wpływa również samopoczucie właściciela. Gdy jest on zdenerwowany, pupil to wyczuwa i też się stresuje. Myśli, że jego panu coś zagraża, coś złego się z nim dzieje i odpowiednio na to reaguje. Staje się bardziej czujny, sztywny. Nie będzie leżał rozluźniony na boku tylko wsparty na łapach, napięty, gotowy do niesienia pomocy.
Znajomość mowy ciała psa jest bardzo przydatna.
- Można dzięki temu uniknąć wielu pogryzień – podkreśla dogoterapeutka.
- Bo to, że pies kogoś złapał, to ostateczność. On wcześniej przed tym ostrzegał. To tak jak z nami, ludźmi. Jeśli mówimy do kogoś: odejdź, zostaw mnie, a ten dalej będzie nas dotykał, popychał, to w końcu w swojej obronie użyjemy rąk. A pies użyje zębów i wtedy jest problem. Jeśli będziemy wpatrywać się mu w oczy, to może to odebrać, że chcemy go zaatakować. Gdy jesteśmy szczęśliwi, to się uśmiechamy, a wtedy pokazujemy zęby. Natomiast pies pokazuje je, żeby nas ostrzec. Więc jeśli podchodzimy do obcego psa z szerokim uśmiechem i jeszcze nachylamy się nad nim, to może nas odebrać jako agresorów, a wtedy również zaatakować, broniąc się.
W samej dogoterapii, szczególnie z najmłodszymi, pies pełni rolę motywatora. Zajęcia prowadzi dogoterapeuta.
- Na widok psa są oni szczęśliwi i wtedy wydzielają się u nich endorfiny – tłumaczy Kasia.
- Dzięki temu chcą oni wykonywać pewne czynności. Jak pracowałam z dziećmi z niepełnosprawnością, to często nie chciały one rysować. Więc mówiłam im, że jeżeli wezmą kredkę, to będą mogły wrzucić kostkę do miski dla Jaso albo ją poczesać, albo pipetką przelać wodę z butelki do miseczki, rzucić jej piłkę, przejść się z nią na smyczy, nakarmić ją z ręki. I wtedy chwytały za kredkę i kolorowały rysunek. Zawsze coś innego wymyślałam. Urządzałam tor przeszkód i mówiłam, jeśli tylko go przejdą, to na końcu jest miseczka i będą tam mogły rzucić smakołyk dla pieska. I dzieci pokonywały ten tor. Pies jest takim motywatorem i na tym między innymi polega zasada dogoterapii, aby poprzez zwierzę motywować ludzi do działania.
Kasia ze swoim psem prowadziła zajęcia terapeutyczne w wielu placówkach. Ostatnią był Żłobek Miejski w Wieluniu, gdzie pracowała jako opiekunka. Teraz dogoterapią nie zajmuje, przynajmniej chwilowo.
- Ciężko było mi się z tego utrzymać – zwierza się.
- Przez pierwszy rok pracowałam jakby dla satysfakcji. Miałam na paliwo, na karmę i to mi wystarczało. Ale później chciałam również zarabiać – pojechać na zakupy, kupić coś dla dzieci, do domu. A na to po prostu już brakowało. Ciężko było mi zrezygnować, ale nie mogłam dłużej pracować tylko dla samego mojego samopoczucia i dlatego, że było to fajne. A ponadto Jaso ma pięć lat. Jak na psa do dogoterapii, jest już stara. Tak jak starszy człowiek – szybciej się męczy i chce odpocząć. Żłobek był dla niej takim ostatnim gwizdkiem. Psy na starość są też bardziej drażliwe, więc najlepiej było wycofać się w takim momencie, w którym każdy pamięta nas miło.
Ela Wodecka
[email protected]
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze