15 stycznia w pożarze domu stracili niemal cały swój dobytek. W tej trudnej sytuacji nie zostali zdani tylko na siebie. 12-letni Wiktor, 10-letni Dawid, 8-letnia Judyta, 6-letni Sylwester i 4-letni Piotruś, a także rodzice, Beata i Łukasz, pochodzący ze Skrzynna znów mają dach nad głową. Dzięki temu, że ich los nie był obojętny setkom osób, od półtora miesiąca mieszkają w nowym lokum, w Dymku.
Wszystkie ręce na pokład – lokalni społecznicy działali od razu
27 lutego, jak zaznacza Łukasz Ramuś, w jego urodziny, po raz pierwszy zostali na noc w nowym domu. Choć formalności związane z aktem notarialnym będą dopinane na ostatni guzik dopiero w ciągu kilku najbliższych dni, poprzednia właścicielka zgodziła się, aby remont budynku i przeprowadzka odbyły się wcześniej.
- W pierwszej chwili myśleliśmy, aby pomóc rodzinie w remoncie spalonego domu, ale zniszczenia były zbyt duże – relacjonował Przemysław Wróbel, który od początku mocno zaangażował się w pomoc pogorzelcom.
- Zaczęliśmy się rozglądać za budynkiem, który moglibyśmy dla nich kupić. Taki znaleźliśmy w naszej gminie, w Dymku. Obawialiśmy się, że może nie uda się zebrać całej kwoty, ale na szczęście pieniędzy było wystarczająco dużo.
Zanim pogorzelisko ostygło, Wróbel już debatował nad możliwościami wsparcia rodziny z sołtysem, Markiem Pankiem i prezesem OSP, Jackiem Niepiekło. Wszyscy mieli na uwadze przede wszystkim dobro dzieci.
- Jako rada sołecka założyliśmy konto, na które można było wpłacać pieniądze. Fundusze były zbierane również przez portal zrzutka.pl - podaje sołtys Panek.
Prowadzone były też rozmowy z firmami, które wsparły rodzinę materiałami budowlanymi i wykończeniowymi. Jak podkreślają Ramusiowie, pomoc płynęła do nich ze wszystkich stron.
- Po trzech miesiącach od tego wydarzenia stajemy powoli na nogi – mówi Łukasz Ramuś.
- Lista osób i firm, które nam w tym pomogły jest bardzo długa. Mogliśmy liczyć nie tylko na materialne wsparcie, ale przede wszystkim na dobre serca. Od razu pomoc zaoferował sołtys Skrzynna Marek Panek i cała rada sołecka, a także koledzy strażacy z Naramic i Skrzynna. Jesteśmy szczególnie wdzięczni za zaangażowanie Jackowi Niepiekło, Przemkowi Wróblowi, Monice Fijoł, Jarosławowi Glińskiemu za wykonanie prac remontowych, a także Jackowi Podgórniakowi i Marcie Zimoch, sołtysowi z Bolesławca. Dziękujemy księżom, którzy pozwolili na zbiórki w swoich parafiach, wszystkim druhom z jednostek OSP, którzy się w jakikolwiek sposób zaangażowali. Pomogły nam też firmy, przekazując materiały oraz żywność, Ania, Bricomarche, Sedal i Admar. Lista osób i firm, które nam pomogły jest bardzo długa. Wszystkich na pewno nawet nie znamy, ale dziękujemy z całego serca – wymienia jednym tchem Ramuś.
Małżonkowie zaznaczają, że żadna złotówka, ani żaden przedmiot podarowany przez obcych ludzi nie zostanie zmarnowany, a oni sami starają się podzielić dobrem, które otrzymali.
- Jak jest komuś potrzebna pomoc, to jadę i pomagam. Szczególnie tym, którzy u mnie się najbardziej angażowali, bo tak trzeba – twierdzi Ramuś.
- Jeden drugiemu powinien pomagać. Bo jak nikt nikomu nie pomoże, to jest kiepsko – podkreśla i wspomina, że jednego dnia przy przygotowywaniu budynku do zamieszkania pomagało mu 15 osób. Małżeństwo postanowiło też wesprzeć innych pogorzelców. Kontaktowali się z osobami, które koordynują pomoc dla rodziny z Okonia.
- Żona wpłaciła na ich rzecz jakąś kwotę. Proponowaliśmy, że przekażemy meble, których nie wykorzystamy, ale u nich odzew społeczny jest tak duży, że nie potrzebują rzeczowego wsparcia – podaje Łukasz. Małżonkowie zaznaczają, że część rzeczy muszą jeszcze poprzeglądać. Te, które im się nie przydadzą trafią do innych potrzebujących.
- Ktoś podarował nam ubranka dla niemowląt. Nie są nam potrzebne, dlatego wrzuciliśmy je do kontenera PCK, żeby komuś się przydały – mówi Beata Ramuś.
Musieli zmierzyć się z hejtem
- Może jesteśmy przez niektórych źle odbierani i patrzą nam na ręce, ale mogę zapewnić, że nikt funduszy nie „przetańczył”. Wszystko jest zainwestowane. Rada sołecka dysponuje wszystkimi rachunkami, wyciągami. Fizycznie z tych pieniędzy nie dostaliśmy nic, oprócz kwot, które poszły na pierwsze formalności – wielokrotnie podkreśla Łukasz.
- Nie mamy wglądu kto dał, co dał, ile dał, nie mamy tych informacji – dodaje jego żona.
- Zdarza się, że niektórzy pytają czy wiem, że coś wysłali. Nie wiem, bo po prostu nie mamy w to wglądu – informuje.
Małżonkowie zaznaczają, że musieli też zmierzyć się z fałszywymi informacjami na swój temat.
- Trochę nam było przykro, kiedy dotarły do nas plotki, że paliliśmy śmieciami i przez to doszło do wybuchu pożaru – relacjonuje Beata.
- To w ogóle nie jest prawda. Po co mielibyśmy to robić? Płacimy za odpady od osoby i to naprawdę sporo. Nawet by nam się nie opłacało palić w ten sposób.
- Nigdy w życiu takich rzeczy nie robiłem – wtóruje jej mąż.
Jeszcze nie czują się do końca u siebie
Pozornie życie wróciło u nich do normy. Na podwórzu te same zwierzęta, które mieszkały z nimi w poprzednim obejściu, przymilny kot i pies ujadający na obcych. Łukasz Ramuś zaznacza, że to było oczywiste, iż milusińscy przenoszą się razem z nimi. Kot po pożarze nie mógł sobie znaleźć miejsca. Dzieci wieczorami grają w swoją ulubioną grę, eurobiznes. Judyta, która dostała swój osobny pokój, przychodzi wtedy do braci. Ta gra, jak prawie wszystko, co teraz mają, również został podarowana przez kogoś.
- Dzieciaki codziennie zostają milionerami – śmieje się Łukasz Ramuś.
Małżonkowie jednak zgodnie twierdzą, że maluchy jeszcze długo nie poradzą sobie z traumą.
- Dzieci się może trochę szybciej aklimatyzują, ale nie ma dnia, żeby o tym, co się stało, nie wspominały – twierdzi Beata.
- Najmłodszy, jeśli zobaczy jakąś zabawkę, bo miał taką samą albo podobną, to zawsze mówi „taką miałem, to było w naszym spalonym domu, nam się taka zepsuła”. Chrzestna kupiła mu autko, które stracił, ale był zadowolony tylko chwilę. Cieszył się, że takie samo, ale niedługo później zaczął wspominać inną zabawkę. Jeszcze trochę minie zanim zapomni albo przestanie o tym mówić.
- Najważniejsze jest to, że udało się pozyskać zupełnie nowe miejsce, żeby ich od tego oderwać – wtrąca jej mąż.
Dzieci po przeprowadzce całkowicie zmieniły otoczenie, poszły do szkoły w nowej miejscowości.
Ramusiowie zaznaczają, że musi minąć jeszcze sporo czasu, zanim wszyscy poczują się do końca u siebie.
Dom, który wymagał generalnego remontu, dzięki pomocy sponsorów i ochotników został zmodernizowany. Instalacja elektryczna jest nowa, ściany są obite płytami kartonowo-gipsowymi.
- Spalony budynek był ubezpieczony, dostaliśmy niezbyt dużą kwotę z ubezpieczenia. Za to kupiliśmy meble do kuchni. Zainwestowaliśmy też w blachę, bo na dachu jest eternit. W maju przyjdzie pan, który go nam wymieni. Rodzina kupiła nam sprzęt AGD, pralkę, lodówkę i kuchnię gazową, my z kolei dokupiliśmy zamrażarkę i zmywarkę – podaje Ramuś.
Oboje jednak jeszcze do końca nie przyzwyczaili się do nowego miejsca.
- Cały czas jestem w biegu, bo załatwiam sprawy związane z uprzątnięciem tamtego placu, tutaj też jest jeszcze mnóstwo roboty - podaje Ramuś.
- Do tego, żebyśmy doszli psychicznie do siebie, to jeszcze daleka droga. W porównaniu z tym, co się wydarzyło na Okoniu, to u nas mimo wszystko całe to nieszczęście przeszło dosyć łagodnie. Tam na pewno jest gorsza sytuacja. My wyszliśmy bez obrażeń, ale to jest w człowieku. Najgorzej jak pojadę na tamten plac. To trzeba odchorować. Są wspomnienia i pracę się tam w to włożyło – mówi ze smutkiem Łukasz. Mężczyzna przyznaje, że zdarza mu się kierować na stare podwórko, kiedy zamierza wracać do domu. Zawraca wtedy niemal przed wjazdem.
- Tam mieszkaliśmy pięć lat. Jak już się dogadaliśmy, że będziemy to kupować, to robiliśmy wszystkie remonty pod siebie – dodaje jego żona.
- Tutaj jeszcze się nie czuję do końca u siebie. Cały czas mam w pamięci poprzedni adres. Wstaję rano, patrzę przez okno, a tu nie moje podwórko – opowiada.
Magdalena Lizurej
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze