- Mąż był akurat w łazience. Zaczęło się palić w rogu chlewni. Nie zauważyłam od razu. Moment i ogień był już w domu. Na szczęście przyjechał akurat brat męża. Dzięki niemu żyjemy. Zaczął wołać, że się pali. Nie umiałam nawet numeru na straż wybrać – wspomina dzień tragedii Teresa Szukała i rozpoczyna wstrząsającą opowieść. Historia kobiety ma wiele wątków. W miarę słuchania pojawia się gorzka myśl: Ile nieszczęść może spaść na jednego człowieka?
Dramat rozegrał się w Bolesławcu, nocą 28 maja. Ogień pojawił się w budynku gospodarczym, służącym niegdyś za chlewnię. Obiekt spłonął doszczętnie. Pożar rozprzestrzenił się na dom, w którym byli ludzie: małżeństwo rolników: Teresa i Marek Szukała.
To jednak nie wszystko. Teresa przeżyła pożar już trzykrotnie. Kiedy była dzieckiem zapalił się dom jej rodziców. W 1990 roku pożar wybuchł w drugiej chlewni. Wtedy była tu hodowla. Prawie 60 świń spłonęło żywcem. Niektóre zdychały w męczarniach od oparzeń. W tym osiem brzemiennych macior.
- To było straszne. Krzyk tych zwierząt. Wszędzie ogień. Masakra – drżącym głosem przywołuje makabryczne wspomnienia Teresa Szukała.
Pożary nie są jedynymi nieszczęściami, jakie spadły na rodzinę. Kilkanaście lat temu mama Teresy zmarła na zawał. Dwa lata później u ojca, chorującego na cukrzycę, zdiagnozowano wyjątkowo inwazyjnego raka. Załamany śmiercią żony i w obliczu ciężkich chorób, mężczyzna nie poradził sobie psychicznie. Popełnił samobójstwo.
- Tata powiedział, że pójdzie pospacerować. Ja gotowałam mu kisiel. Nagle słyszę straszny krzyk córki. Lecę przerażona, że coś jej się stało. A ona pokazuje… Złapałam za nóż, odcięłam, zdjęłam tatę. Już nic nie dało się zrobić – płacząc opowiada Teresa.
Teresa też ma za sobą walkę z nowotworem. Guz w jamie brzusznej miał wielkość główki noworodka. Operacja i usunięcie narządów narażonych na przerzuty ocaliły kobietę.
Niedawny pożar w gospodarstwie to kolejny dramat małżeństwa z Bolesławca. Teresa i Marek stracili znaczną część dorobku swojego życia.
Pożar wybuchł na posesji, gdzie stoi dom mieszkalny, a po jego bokach dwa budynki gospodarcze. Wcześniej wykorzystywane były jako chlewnie. Jak dawniej robiono, drewniane budynki zostały zakonserwowane przepalonym olejem. Płomienie objęły jedną z chlewni momentalnie. Pożar strawił ją doszczętnie. Ogień rozprzestrzenił się na dom. Spłonęła część dachu, okna i drzwi. Znajdujące się wewnątrz szafy z niemal całą garderobą.
- Nawet ubrań nie mieli na zmianę, bo wszystko spalone w cholerę – mówi jeden z mężczyzn pomagających rodzinie w usuwaniu skutków pożaru (nazwisko znane redakcji).
Spłonęło też wyposażenie domu, ogrodowa altana, drzewa i rośliny. Budynek gospodarczy pełnił od lat funkcję przydomowej komórki. Tu były wszystkie narzędzia, potrzebne do prac ogrodowych i remontowych.
- Nie mamy piwnicy. Tam wszystko trzymaliśmy. Siekiery, młotki, kosiarka, wszystkie takie rzeczy. Nowe opony do samochodu. Płytki do remontu. Serwis obiadowy dla córki na prezent z okazji przeprowadzki do nowego domu. Wszystko przepadło – opowiada Teresa Szukała z trudem powstrzymując łzy.
Żaden z budynków nie był ubezpieczony. Małżonkowie są rolnikami. Ze względu na stan zdrowia, Marek pracuje tylko dorywczo. Teresa niedawno osiągnęła wiek emerytalny. Pierwszą wypłatę emerytury z KRUS-u dostanie dopiero pod koniec listopada. Odbudowa spalonego domu przekracza ich możliwości finansowe.
- Wszystko spalone na popiół. Nie ma nic. Kikuty drzew i krzewów musimy pousuwać – ze smutkiem mówi Teresa Szukała, oprowadzając reporterkę portalu kulisy.net po pogorzelisku.
- Ale z tym jakoś sobie poradzimy. Najważniejsze, żeby dach i okna wstawić przed zimą. Teraz jest tylko folią zabezpieczone – dodaje 60-latka.
Ogród był swoistym azylem dla ptaków. Właściciele zamontowali na drzewach domki, budki lęgowe i z przyjemnością gościli ptasich przyjaciół. Niedawno pojawili się niecodzienni domownicy. Parka sów postanowiła założyć tutaj rodzinę.
- Na szczęście sówki odchowały pisklęta i wyprowadziły się w świat na tydzień przed pożarem. Dzięki Bogu uratowały się. Inaczej spaliłyby się żywcem – opowiada Teresa.
Ilość śmieci i pozostałości po pożarze jest niewyobrażalna. Dodatkowy problem to ich utylizacja. Powinny najpierw zostać przebrane i posegregowane. Przy tej ilości i stanie, w jakim są po pożarze, wydaje się to nierealne. Ale dobrych ludzi nie brakuje. Zakasali rękawy i blisko 30 osób ruszyło pomagać w sprzątaniu zgliszczy.
- Trudno mi opisać jak wspaniałych ludzi tu mamy. Ich dobro po prostu w głowie się nie mieści. Brakuje słów, jak bardzo jesteśmy wdzięczni – ze łzami w oczach mówi Teresa Szukała.
- Tereska! Nie zginiesz. Pomożemy – woła z daleka przyjaciel rodziny, działający wśród zgliszczy.
Bezinteresowną pomoc zaoferowała też lokalna firma z branży elektrycznej. Gmina Bolesławiec udostępnia sprzęt i pomaga pracą własnych rąk.
- Pomagamy jak możemy. Podczas akcji gaśniczej udostępniliśmy sprzęt. Teraz nasi pracownicy pomagają przy uprzątnięciu pogorzeliska – mówi Jarosław Kubiś, burmistrz Bolesławca.
- Apeluję do mieszkańców naszej gminy i nie tylko, aby każdy, kto może w jakikolwiek sposób pomóc państwu Szukała, to zrobił – dodaje.
Liczy się każdy, nawet najmniejszy, wkład. Potrzebna jest nie tylko pomoc finansowa, ale też fizyczna czy rzeczowa.
- Taka tragedia może dotknąć każdego z nas i każdy potrzebowałby wtedy pomocy bliskich, sąsiadów, rodziny i wszystkich dobrej woli. Tacy ludzie na pewno są w naszej gminie i wierzę, że pomogą. O to proszę i apeluję – podsumowuje burmistrz Kubiś.
Finansowo można pomóc pogorzelcom poprzez wpłaty na zbiórkę, organizowaną przez portal Pomagamy pod linkiem:
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze