Pajęczański Zlot Konstruktorów i Posiadaczy Vitar został zorganizowany już po raz XIV. Trzydniowa impreza to przede wszystkim okazja do spotkań integracyjnych, a rajdy są dla części uczestników tylko poboczną atrakcją. W tym roku do Pajęcza zjechało około 70 załóg z terenu całej Polski.
Cały weekend, od piątku 2 lipca, do niedzieli, 4 lipca, zakochani w japońskich autkach (chociaż to nie jest niezbędny warunek) biwakowali w przerwach od rajdów w Parku Tysiąclecia. Zjechali się z terenu niemal całego kraju, pokonując nieraz setki kilometrów tylko po to, aby spełnić marzenie o błocie po sam dach. Jak co roku organizatorzy, Klub Off-road 4×4, przygotowali dla nich trasy pełne piaszczystych podjazdów, gęstych zarośli i podejrzanie głębokich kałuż. Większości wcale nie chodzi jednak o samo zwycięstwo, ale o końską dawkę adrenaliny.
Historia pajęczańskich zlotów zaczęła się kilkanaście lat temu, kiedy Leszek Koliński kupił Suzuki Vitarę i pojechał na zlot. Tak mu się spodobało, że postanowił zaprosić kolegów do siebie. Po jednej z edycji miał zamiar zrezygnować z organizacji imprezy, ale frekwencja i zapał uczestników przekonały go do kontynuowania dzieła.
W ty roku auta ścigały się w trzech klasach na czterech trasach. Pierwsze zawody wystartowały o 21:00 w piątek, była to czasówka klasy ekstremalnej z wyciągarkami mechanicznymi. W sobotę podczas odprawy uczestników czekała pogadanka z policjantami. Mundurowi zwracali uwagę na przepisy, co do których muszą się stosować. Potem na dwie trasy ruszyła klasa ektremalna, osobno z wyciągarkami mechanicznymi i osobno z wyciągarkami elektrycznymi. Na kolejnych dwóch trasach auta ścigały się w kategorii turystycznej.
- Trastyki w mojej oceni są łatwe, przewidziano po drodze konkursy, pokonywanie przeszkód, niektórzy zabierają na pokład dzieci – relacjonował Leszek Koliński.
- Ma być spokojnie z uśmiechem na ustach.
Koliński akcentuje, że rajdy odbywają się tylko po terenach, gdzie organizatorzy mają pozwolenia na przejazdy.
- Właśnie z tego powodu musimy powtarzać trasy, nie wjeżdżamy sobie dowolnie w teren czy w las, bo obowiązują nas zakazy – zaznacza.
- Trasy są wynajęte, wykupione lub pożyczone np. na jeden dzień. Jak co roku mamy pozwolenie od wójta Nowej Brzeźnicy, Jacka Jarząbka na przejazd przez Trzebcę i Brzeźnicę.
Organizatorzy twierdzą, że po każdej imprezie sprzątają. Przyznają, że być może nie wszystkie taśmy z lasu udaje się pozbierać, ale one ulegają biodegradacji.
- Dużo pieniędzy zainwestowaliśmy np. w pieczątki, musimy to zebrać z powrotem, więc i tak po drodze zbieramy śmieci, z kolei na biwaku jest ekipa, która pilnuje porządku – podsumowuje Koliński.
Jak przekonało się już wielu miłośników czterech kołek, bakcyla rajdów bardzo łatwo połknąć.
- Dzisiaj akurat nie startuję, tylko pomagam w organizacji, ale angażuję się w ten sport od chyba pięciu lat – opowiada Rajmund Bąk.
- Kuzyn mnie zainteresował. Pojechałem z nim, spodobało mi się, więc kupiłem swoje auto. Najpierw był Samuraj, po drodze Patrol i Mitsubishi, no i oczywiście Vitara. To wciąga. Cały czas chce się mieć coraz lepszy sprzęt, żeby wszystkich objechać. Wiadomo jeździ się dla zabawy, ale wygrać to też fajna sprawa – przyznaje, zaznaczając, że wcale nie spędza każdej wolnej chwili w garażu, ale sporo tam przebywa przed wyścigami. Bliscy zadowoleni nie są, ale rozumieją.
- Syn ma sześć lat i już czasami ze mną jeździ. Widzę, że mu się podoba.
Magdalena Lizurej
[email protected]
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze