Stanisława Wróbel, z domu Szymicka, ma 92 lata. Jej długie, pracowite życie związane jest głównie z Kurowem. Dziś to jedna z ostatnich osób w tej wiosce, która pamięta trudne czasy II wojny światowej. Mocno zapisały się one w jej pamięci.
Mała Stanisława dorastała w Kurowie razem ze swoim o 2 lata starszym bratem Ignacym. Rodzice zajmowali się rolnictwem. Jak większość mieszkańców tej miejscowości, prowadzili 10-hektarowe gospodarstwo. Więc dziewczynka już w dzieciństwie poznała smak ciężkiej pracy. Jako sześcioletnie dziecko musiała pasać kilka krów. Prowadziła je na powrozach na łąki aż ponad 2 km.
- Pamiętam, jak z samiutkiego rana dziadek polewał mnie wodą i mówił: „Stasia, wstawaj, bo musisz krowy gnać. Ugotowałem ci już jajko na śniadanie” - rozpoczyna Stanisława Wróbel.
- Pasłam je od rana do obiadu. A po południu pędziłam jeszcze raz i trzymałam je na tych powrozach do wieczora.
W 1936 r. dziewczynka rozpoczęła naukę w szkole podstawowej w Kurowie. Mieściła się ona w drewnianym budynku, który znajdował się tam, gdzie dziś stoi dom ludowy. W szkole pracowało wtedy troje nauczycieli. Uczyła się tylko przez trzy lata. Dalszą naukę niestety, przerwała wojna. Kiedy wybuchła, Stanisława miała 10 lat.
- Pamiętam, jak 1 września 1939 roku Niemcy bombardowali Wieluń – starsza kobieta milknie na chwilę.
- Słyszeliśmy wybuchy bomb. Była jeszcze noc. Ludzie powstawali i zebrali się koło szkoły. Mówili: „Ojejej! Co się dzieje …”. Martwili się, przeżywali. Nie wiedzieli, co mają robić. Wtedy ze szkoły, gdzie mieszkał, wyszedł nauczyciel Gruszczyński i powiedział, żeby iść do domu, bo nie wiadomo, co to jest. Może to nie w Wieluniu. Ale ludzie i tak do rana łazili, bo nie wiedzieli, co robić.
Ranek rozwiał wszelkie wątpliwości. Była wojna. Część mieszkańców Kurowa zapakowała dobytek na wozy i rozpoczęła ucieczkę przed frontem. Szymiccy zostali na miejscu. Wkrótce wioskę zajęli Niemcy. Nadszedł czas okupacji, a wraz z nią przyszedł strach przed niepewną przyszłością.
Pierwsze miesiące władzy niemieckiej niewiele zmieniły w życiu rodziny Szymickich. Nadal mieszkali w swoim drewnianym domu i pracowali na gospodarstwie. Ale wiosną 1940 r. rozeszła się wiadomość, że mieszkańcy Kurowa mają być wysiedleni, a na ich miejsce przywiezieni Niemcy z Wołynia. Wszyscy obawiali się wywózki do Generalnej Guberni.
- Najpierw wywozili z Białej – opowiada Stanisława Wróbel.
- Ale, jak zaczęli wysiedlać z Brzozy, to w Kurowie wszyscy na noc uciekali. Mówili, że jak Niemcy przyjadą ich zabierać, to tu już nikogo nie będzie i niech się robi, co chce. My i wiele innych rodzin uciekaliśmy w żyta i tam siedzieliśmy do rana. Ja i Ignacy spaliśmy, a tato z mamą odganiali od nas komary, żeby nas nie zżarły. A dziadkowie zostawali w domu. Na dzień wracaliśmy, bo trzeba było zwierzętom dać jeść, wydoić cztery krowy i wszystko zrobić. A mieliśmy wtedy jeszcze dwa konie, dwa źrebaki.
Ucieczki takie trwały około dwóch tygodni. W czerwcu Kurów zaczęli zajmować przywiezieni tu Niemcy. Dotychczasowi mieszkańcy, którzy uniknęli wywózki, rozproszyli się po okolicznych małych wioskach i przysiółkach, bo te ominęły wysiedlenia.
- Jak przyjechali po nas, w domu byli tylko dziadek i babcia – wspomina kurowianka.
- Bo my schowani byliśmy wtedy w życie. Nie wróciliśmy już do domu na dzień. Poszliśmy na Piaski i tam zamieszkaliśmy u Stanisławskich. Oni byli wtedy w Niemczech. A dziadka i babcię zabrała do siebie na Mokrosze jego chrześniaczka. Później przyszli do nas, na Piaski.
Osiedlający się w Kurowie Niemcy, zajmowali po trzy – cztery sąsiadujące ze sobą gospodarstwa. Inwentarz, maszyny i inny sprzęt znajdujący się tam, stawał się ich własnością. Do zamieszkania wybierali sobie najlepsze budynki, resztą dysponowali do woli.
- Ten, który zajął nasze gospodarstwo, miał jeszcze trzy takie same obok – tłumaczy nasza rozmówczyni.
- Zamieszkał on w murowanym domu po sąsiadach. Były tam dwa pokoje i kuchnia. A nasz, drewniany, rozebrał i cały plac zrównał. Wybudował w tym miejscu świniarnię. Z tymi Niemcami, którzy przyjechali, można było się dogadać, bo mówili też po polsku i po rusku.
Na Piaskach Szymiccy mieszkali przez kilka miesięcy. Aby mieć za co żyć, ojciec codziennie chodził 6 km do Kurowa i tu pracował u Niemców. Gdy roboty było więcej, zabierał ze sobą żonę i dzieci.
- I tak żeśmy trochę zarabiali – wzdycha smutno Stanisława.
- Czasem nakopaliśmy sobie kartofli, a potem tata niósł je w worku na plecach do domu. Ale nie było też czym gotować, a do lasu po drewno nie wolno było wejść, więc paliliśmy torfem, który tata przynosił z Kurowa. Pod wieczór, jak już Niemcy poszli do domu, to szedł koło stodoły. Tam leżał właśnie torf. Po kryjomu nakładł go do worka i na plecach przynosił na Piaski. Bo czym mieliśmy palić? I tak przeżyliśmy tam zimę.
W kolejnym roku Szymiccy przenieśli się do Kurowa.
- Ojciec wiedział, że brakuje tam ludzi do roboty – kontynuuje.
- Więc pewnego razu powiedział: „Pójdziemy wszyscy do Kurowa, bo tam nie ma kto robić. Zamieszkamy u kogoś i będziemy pracować. Bo po co tutaj na tych Piaskach mamy siedzieć”. Zamieszkaliśmy w opuszczonym domu Bartosiewiczów przy obecnej ulicy Wieluńskiej. Wtedy mówili na to Wydmuchów. Tata pracował u Niemki, która nazywała się Kinicka. Robił tam wszystko – orał końmi, siał, kosił. Pomagała tam też mama. Ta Niemka miała trójkę dzieci, a jej mąż był na wojnie i potem tam zginął.
Brat Ignacy zatrudniony był w gospodarstwie u innego Niemca. A Stanisławie znaleziono pracę w Dąbrowie. Miała wtedy niecałe 12 lat.
- Ta Kinicka powiedziała do mnie kiedyś, żebym poszła do jej szwagra do Dąbrowy, bo tam będę miała robotę – opowiada.
- No to poszłam. Ten Niemiec nazywał się Kinik. Zajmował gospodarstwo po Szafranach, których też wysiedlono. Robiłam tam wszystko – musiałam chodzić w pole, hakać, doić trzy krowy. Codziennie na wózku, aż dwa kilometry, woziłam też dwie kanki pełne mleka do mleczarni. Było tego ze trzydzieści litrów. Kiedyś, jak zawiozłam mleko, to na schodach mleczarni było już pełno kan, które przywiózł jakiś gospodarz. Musiałam długo czekać zanim odebrali mleko ode mnie. Gdy wróciłam do domu, to dostałam od Niemca w łeb za to, że długo tam byłam. A co ja miałam zrobić?
Ciężka praca w gospodarstwie często okazywała się ponad siły nastoletniej Stasi. Jedyną dobrą stroną pobytu u niemieckiego gospodarza, było to, że nie chodziła głodna.
- Jeść to mogłam, ile chciałam – teraz pogodnie macha na to ręką.
- Jadłam to samo, co oni. Za pracę dostawałam ze dwadzieścia marek. Ale, co to było?! Nieraz, jak już wszystko porobiłam, to mogłam iść do rodziców do Kurowa. Ale na noc musiałam wrócić do domu Niemca, bo rano znów czekała mnie robota.
Tak trwało dwa lata do czasu, kiedy niemieckiemu gospodarzowi urodziło się dziecko i w domu zaczęło przybywać pracy. Uznał, że należy zamienić nastoletnią Stasię na starszą dziewczynę do roboty w gospodarstwie. Któregoś dnia kazał jej zabrać swoje rzeczy i siadać na wóz. Pojechali do Wielunia do Arbeitsamt. Był to niemiecki urząd pracy, w którym zarejestrowani byli wszyscy Polacy zobowiązani do robót i który decydował o tym, gdzie w czasie wojny pracowali. Stanisławie groziła wywózka na roboty w głąb Niemiec.
- Nie powiedział mi po co tam jedziemy – wspomina pani Wróbel.
- W Arbeitsamt zgłosił mnie na transport do Niemiec. Taką mi zrobił niespodziankę. Niemka, która w tym urzędzie pracowała, zapisała mnie, ale powiedziała, że dzisiaj transportu nie ma. Więc Kinik zabrał przydzieloną mu starszą dziewczynę i odjechał. A ja przez Turów przyszłam do Kurowa do rodziców. Jak się o tym dowiedziała nasza gospodyni, ta Niemka Kinicka, która mnie do niego posłała, kazała tacie zaprząc konie. We trójkę pojechaliśmy do mleczarni, gdzie wzięła kilogram masła, a stamtąd do Arbeitsamt. Tam gospodyni dała urzędniczce to masło i powiedziała, że ja jestem jej potrzebna i, że ona musi mnie mieć. Urzędniczka schowała masło i zapisała mnie do roboty do Kinickiej. Wróciliśmy do Kurowa. I tak uratowałam się przed wywózką na roboty.
W Kurowie Stanisława nie pracowała jednak w gospodarstwie Kinickiej, ale tam, gdzie jej brat Ignacy.
- Tu nie miałam już tak dużo roboty – mówi z uśmiechem.
- Robiłam w domu, prałam, doiłam krowę. Jak ugotowałam to i Ignacy pojadł, i ten Niemiec. Ale potem Niemca zabrali do wojska i wtedy gospodarzyliśmy tam już tylko sami.
Tymczasem wojna dobiegała końca. Front szybko zbliżał się do Wielunia. Niemców w Kurowie ogarnęła panika. Ładowali dobytek na wozy, zaprzęgali konie, zabierali bydło i uciekali na zachód. Ci, którzy zrobili to wcześniej, zdążyli wyjechać. Ale byli też tacy, którzy podjęli decyzję o ucieczce za późno. Do nich należała również Kinicka.
- Jak już załadowali wszystko na wozy, to tata i Ignacy mieli ją wieźć – relacjonuje Stanisława.
- Kinicka uciekała już z czwórką swoich dzieci, bo w czasie wojny, tu – w Kurowie – urodził się jej syn, Ernest. Dojechali do Białej. Tam koło kościoła tata powiedział do niej: „Gospodyni, patrzcie, jak tam przed nami już się pali. Po co my tam pojedziemy”? I skręcili na Brzozę, a stamtąd po polach, przez Grodzisko koło Kopydłówka, wrócili do Kurowa. Wszyscy bardzo się bali Rosjan, którzy już tu wkroczyli. Niemka z dziećmi najpierw mieszkała z nami, a jak Rosjanie poszli dalej, to przeniosła się tam, gdzie mieszkała wcześniej.
Po przejściu frontu, do Kurowa zaczęli wracać Polacy. Obejmowali z powrotem swoje gospodarstwa i powoli je odbudowywali. Również Szymiccy, za wyjątkiem dziadka, który zmarł w drugim roku wojny, wrócili na stare włości. Zaczęli gospodarować na swoich przedwojennych, dziesięciu hektarach. Nie było jednak ich dawnego domu, bo został rozebrany przez Niemców, a w jego miejscu stała świniarnia, więc początkowo zamieszkali u sąsiadów.
- Ale, jak się już skończyła wojna, przyszedł do nas brat mojej mamy i rozebrali z ojcem tę świniarnię – kończy swą opowieść Stanisława Wróbel.
- Potem zbudowali tu taki mały drewniany domek z jednym pokojem i kuchnią, no bo gdzie mieliśmy mieszkać? Cały czas u ludzi? A ten murowany, w którym żyjemy teraz, to zbudowaliśmy dopiero z moim mężem.
Powojenne życie Stanisławy to zupełnie inna opowieść. W 1950 r. wyszła za mąż. Urodziła trójkę dzieci: Joannę, Marię i Andrzeja. Gdy miała 37 lat, została wdową. Przez cały czas zajmowała się gospodarstwem odziedziczonym po rodzicach.
Rodziny niemieckie, które nie zdążyły uciec przed frontem, wyjechały z Kurowa już po zakończeniu wojny.
Elżbieta Wodecka
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze