Reklama

Jak trzeba zaśpiewa, jak trzeba napisze wiersz…

Nie uważa się za pisarkę i nie porównuje z literatami, ale lubi parać się piórem. Już dawno odkryła w sobie zamiłowanie do pisania. Poezja jest dla niej formą zapomnienia o wielu troskach i przeciwnościach losu. Pisze okolicznościowe wiersze, życzenia i przemówienia. Jest też działaczką społeczną i animatorką życia kulturalnego w Kamionce, gdzie mieszka.

Stanisława Morka nie wie, czy to sprawa genów, ale zawsze lubiła pisać.
- Miałam do tego dar – rozpoczyna. 
- Jak chodziłam do szkoły ponadpodstawowej i trzeba było napisać wypracowanie, to pisałam ładne i długie, bo umiałam je układać. Wszyscy mówili: „Ty to jak Gierek”. Zawsze dostawałam za nie dwa stopnie – jeden za treść i były to w większości piątki, a drugi za błędy. Tu już było różnie, raz dwóje, raz tróje. 
W młodości lubiła pisać listy. Korespondowała wtedy ze swoim przyszłym mężem, który pracował w kopalni w Chorzowie. 
- Pisałam do niego ładne listy – wspomina. 
- Od męża też ładne dostawałam. Dopiero później, może po 10 latach, dowiedziałam się, że pomagał mu je pisać kolega. Bo mój mąż nie umiał tak ładnie odpisać, ale za to potrafił wiele innych rzeczy. Ten kolega był bardziej wygadany i szło mu to lekko.
Później przyszedł czas na poezję. Ponieważ lubiła bawić się rymami, były to głównie rymowanki. Ich pisanie nie sprawiało autorce żadnych trudności. Ale niestety, trafiały one głównie do szuflady.  
Pierwszy wiersz, w który włożyła wiele serca i pracy, napisała 3 lata temu na pogrzeb Heleny Klim, długoletniej przewodniczącej Koła Gospodyń Wiejskich w Kamionce. 
- To był pierwszy taki poważny wiersz – opowiada Stanisława Morka. 
- Tu się już naprawdę przyłożyłam, bo pisałam go na pożegnanie naszej seniorki. Odczytałam go nad trumną na cmentarzu. Podobał się ludziom. Potem koleżanki pytały, skąd wzięłam ten tekst. Odpowiedziałam, że z Internetu tego nie ściągnęłam. Gdy czytałam, nie miałam tremy i nie płakałam. Ja duszę to w sobie. Dopiero potem ogarnia mnie płacz. 
Od tamtego czasu o jej wierszach wiedziało więcej osób. Znając już umiejętności Stanisławy, przyjaciele, znajomi, a często zupełnie obcy, proszą ją o napisanie okolicznościowego wiersza. 
- Więc piszę na jakieś 50-lecia, na Dzień Babci, Dzień Dziadka, na pogrzeb – wylicza. 
- Dla swoich dzieci na urodziny, czy inne okazje. Oczywiście piszę też dla siebie. Czasem ludzie proszą o jakieś pożegnanie lub powitanie, na przykład księży. Jeśli tworzę o kimś, to muszę znać tę osobę albo dużo o niej wiedzieć. Trzeba to tak ująć, aby ten ktoś wiedział, że to się odnosi do niego, że dotyczy jego charakteru, zachowania, gustu, a nie, byle pisać. To się tak nie da, to trzeba czuć.
Czasem te prośby dotyczą również napisania przemówień. One również nie sprawiają Stanisławie kłopotu. Mimo łatwości, z jaką pisze, każdy wiersz, czy przemówienie, jest dla niej ważne. Szczególnie te, w których odnosi się do ludzi. 
- Jak już skończę, to myślę, czy kogoś nie uraziłam, komuś nie zaszkodziłam – zwierza się. 
- Bo chcę, żeby wszystko było dobrze. Najlepiej pisze mi się wieczorami i nocą, jak już nikt po domu się nie kręci. Robię to najpierw na brudno, potem poprawiam ze dwa, trzy razy. Ale przeważnie, jak zaczynam wiersz, to tej samej nocy go kończę. Kładę się spać z dobrym podkładem, z satysfakcją, ale zawsze się zastanawiam, czy może coś jeszcze poprawić, albo dołożyć.
Stanisława Morka należy do osób aktywnych, dlatego w Kamionce jest znana ze swojej działalności na rzecz wioski. A zaczęła ją od udzielania się w miejscowym, bardzo prężnie działającym, Kole Gospodyń Wiejskich. 
- Do KGW wstąpiłam w 1990 roku, kiedy przeprowadziliśmy się tutaj z mężem z Jajczaków – opowiada. 
- Do zapisania się namówiła mnie nieodżałowana Helena Klim, która wtedy kierowała kołem. Funkcjonowało ono bardzo dobrze, a należące do niego kobiety, były młode, w moim wieku. Zaczęłam ze swoimi sąsiadkami chodzić na zebrania. Organizowałyśmy różne uroczystości – Dzień Babci, Dzień Kobiet. Bardzo to polubiłam. 
Wkrótce znalazła się w gronie inicjatorów budowy w Kamionce kaplicy, w której można by było odprawiać msze. 
- Nie wszyscy ludzie byli wtedy za budową – wspomina Stanisława Morka. 
- Ale wybraliśmy komitet zajmujący się tym i ruszyło. Jeździliśmy załatwiać formalności, chodziłam z dziewczynami zbierać co miesiąc pieniądze na tę kaplicę. Przyłożyliśmy się do tego, no i się udało. Dziś kościół parafialny mamy w Rudzie, a tu jak gdyby kościół filialny. 
Praca w KGW powoli stawała się żywiołem Stanisławy. 
- Jak żeśmy się spotykały, to przeważnie opowiadałyśmy sobie i śpiewałyśmy przyśpiewki – uśmiecha się na te wspomnienia. 
- Jak były w kole jakieś pieniądze, to planowałyśmy, co by za nie kupić. Było fajnie. Lubiłam tam pójść, porozmawiać. 
Śpiewanie stało się jednym z ulubionych zajęć Stanisławy i jej koleżanek z koła. Uczyła ich tego m.in. córka Heleny Klim Jolanta. Zgodnie z zasadą wyśpiewaną kiedyś przez Jerzego Stuhra „Człowiek śpiewać musi, inaczej się udusi”, panie usłyszeć można na różnych uroczystościach organizowanych we wsi. Są to m.in. dożynki, czy coroczne kolędowanie. 
- Lubię śpiewać i często sobie nucę – przyznaje Stanisława. 
– Mój mąż też pięknie śpiewał, dlatego wciągnęłam go do naszego koła, żeby nam w tym pomagał. Często organizujemy takie imprezy, w których śpiew jest bardzo ważny. A ja przez to dodatkowo prowadzę w kościele nabożeństwa majowe lub październikowe, czy też różaniec na pogrzebach. 
Od kilku lat Stanisława Morka jest, siódmą z kolei, przewodniczącą KGW w Kamionce. Wybrana została na tę funkcję po rezygnacji Grażyny Błaszczak, która w 2014 r. uzyskała mandat radnej gminnej. 
- Nie chciałam być przewodniczącą, ale wszyscy mówili: „Jak nie ty, to kto?” – wspomina nasza rozmówczyni. 
– No to nie miałam wyjścia i zostałam. Teraz szkoda mi to tak zostawić, więc szukam następcy. Chciałabym, żeby ktoś prowadził to koło, a ja bym była do pomocy, żebym nie musiała mieć na głowie takiej odpowiedzialności. Widzę kandydatki, ale mówią, że nie mają czasu, że mają dzieci, że może później…
Teraz Stanisława Morka najbardziej martwi się sytuacją, w jakiej znalazło się koło w związku z obostrzeniami dotyczącymi epidemii. 
- Prawie cały zeszły rok był zmarnowany, chociaż zaczął się bardzo dobrze – kończy przewodnicząca. 
– Miałyśmy kolędowanie, potem pierzajki, bal karnawałowy, wyjazdy. Ale, jak przyszedł koronawirus, to się wszystko urwało. Chociaż i tak robiłyśmy różne działania charytatywne. W tym roku na razie przygotowałyśmy święto Trzech Króli z tradycyjnym kolędowaniem. Jak będzie dalej? Nie wiemy. Planujemy między innymi wieczór poezji, piknik rodzinny, a drugiego września uroczystości pod obeliskiem upamiętniającym żołnierzy, którzy zginęli w 1939 roku.
***
Wśród wierszy Stanisławy Morki jest również jeden mówiący o naszej gazecie.
Nasze „Kulisy …” są jak te lisy
Jak cię czasem już dopadną, to się w każdą szparę wkradną
Czasem jest to na wesoło, czasem cię oblecą wkoło
Nieraz też cię pożałują, albo znowu obsmarują
Wszyscy dobrze o tym wiemy, bo się w nich rozczytujemy
Tu powaga, tam wesele
Można przeżyć z nimi wiele


Elżbieta Wodecka
 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości