Budowa linii kolejowej 24 z Bełchatowa w kierunku Chorzew - Siemkowice budzi coraz większy sprzeciw mieszkańców gminy Kiełczygłów, położonej na trasie planowanej inwestycji. Mieszkańcy, lokalne władze oraz rolnicy nie godzą się na przebieg torów przez tereny zamieszkałe i użytkowane rolniczo. Obawiają się, że nowa infrastruktura doprowadzi do wykluczenia komunikacyjnego, utraty wartości nieruchomości oraz strat gospodarczych.
Trwają prace nad studium wykonalności budowy nowego odcinka linii kolejowej 24 pomiędzy rejonem Bełchatowa a Magistralą Węglową. Połączenie to ma utworzyć nowy korytarz: Piotrków Trybunalski – Wieluń. W efekcie miałoby nastąpić znaczne usprawnienie komunikacji w południowo - zachodniej części regionu. Nie wszyscy jednak widzą tę inwestycję w różowych barwach.
– Tak, protesty są. I to nie od jednej grupy, ale z wielu stron – potwierdza wójt gminy Kiełczygłów Mariusz Mielczarek i podkreśla, że ludzie nie chcą, żeby kolej przecinała ich ziemię. Dla nich to często dorobek wielu pokoleń.
Na tapecie jest obecnie sześć wariantów przebiegu linii 24. Który z nich zostanie wybrany przez inwestora – nie wiadomo. Pewne jest jedno: większość z nich wzbudza kontrowersje. Najwięcej negatywnych emocji budzą warianty piąty i szósty, które przecinają gminę Kiełczygłów szczególnie inwazyjnie.
– Wariant szósty, ten ostatni, to dla naszej gminy prawdziwe spustoszenie – mówi wójt Mariusz Mielczarek i dodaje, że oznacza to cięcie działek, wykluczenie możliwości budowy i utratę wartości nieruchomości: - Tego nie da się zaakceptować.
Mieszkańcy gminy Kiełczygłów zwracają uwagę, że odcinek 24 ma się łączyć z już istniejącą linią 131, a w niedalekiej przyszłości rozpocznie się budowa linii 181 z Wielunia do Chorzewa - Siemkowice. W efekcie region zostanie przecięty siecią torów, która w praktyce odetnie miejscowości od siebie.
– To nie jest tak, że jesteśmy przeciwni rozwojowi kolei. Wiemy, że dla państwa to strategiczna inwestycja, szczególnie że w Bełchatowie powstanie elektrownia jądrowa. Ale trzeba ją zaplanować z głową, z szacunkiem dla ludzi, którzy tu mieszkają i pracują – akcentuje wójt gminy Kiełczygłów Mariusz Mielczarek.
Rolnicy mówią wprost: ich działalność stanie się nieopłacalna. Planowane przejazdy kolejowe mają być oddalone od siebie o co najmniej trzy kilometry. – Proszę sobie wyobrazić, że żeby dojechać do pola po drugiej stronie torów, trzeba nadrabiać pięć, sześć kilometrów. A to tylko 10 arów. To absurd – przekazuje opinie miejscowych rolników włodarz gminy.
Jeszcze większy problem stanowi brak przejazdów. W niektórych miejscach ich po prostu nie będzie, a linia kolejowa zostanie ogrodzona. Protestujący obawiają się, że przejście czy przejechanie przez tory stanie się niemożliwe, a to uznają za śmierć rolniczej i gospodarczej działalności.
- Chciałbym, aby inwestorzy uwzględnili w swoich planach wiadukty w miejscach możliwych do ich wybudowania. Dzięki temu komunikacja byłaby możliwa i na pewno szybsza – apeluje wójt Mielczarek.
PKP i inne spółki kolejowe nie płacą podatków lokalnych za swoje inwestycje, co oznacza, że samorządy niczego nie zyskają na obecności nowej linii. Mieszkańcy mogą liczyć jedynie na odszkodowania za przejęte grunty, wyliczane przez rzeczoznawców.
– To są śmieszne pieniądze. Ludzie wolą mieć ziemię w całości, niż jakieś odszkodowania, które nie pozwolą im nawet odkupić podobnej działki w innym miejscu – zaznacza Mariusz Mielczarek.
Równie poruszająca jest dla mieszkańców gminy Kiełczygłów kwestia podziału działek. Przecięcie nieruchomości przez linię kolejową powoduje znaczące obniżenie ich atrakcyjności i wartości.
– Kto kupi maleńką działkę przy torach? – pyta retorycznie szef Urzędu Gminy w Kiełczygłowie.
Mieszkańcy nie ograniczają się jedynie do wyrażania sprzeciwu i obaw przed wójtem. Piszą petycje, kierują pisma do wojewody, marszałka województwa, ministra infrastruktury. Także Rada Gminy Kiełczygłów podjęła uchwałę sprzeciwiającą się inwestycji.
– Na razie nie otrzymaliśmy żadnej konkretnej odpowiedzi. Odbyły się spotkania, konsultacje, ale konkretów brak – rozkłada ręce wójt Mariusz Mielczarek
Tymczasem prace projektowe postępują, a ludzie czują się coraz bardziej pomijani w procesie decyzyjnym. Wygląda to tak, jakby decyzja została już podjęta, a protesty mieszkańców były tylko dodatkiem.
- Jesteśmy już ograniczeni przez istniejące linie 131 i 146. Doświadczyliśmy wielu szkód podczas ich budowy. Niszczone były drogi, nikt tego później nie naprawił. A teraz mamy się godzić na kolejne? - z rozgoryczeniem pyta włodarz gminy Kiełczygłów.
W ocenie wójta, kolej to trudny partner dla gminy.
– Zero wpływów z podatków, ogromne szkody, brak realnych korzyści. To się po prostu nie opłaca. Jeśli dojdzie do realizacji najgorszego z wariantów, to mieszkańcy naszej gminy zostaną po prostu odcięci – podsumowuje.
Choć rozwój infrastruktury kolejowej jest częścią krajowej strategii walki z wykluczeniem komunikacyjnym i klimatycznym, mieszkańcy gminy Kiełczygłów domagają się równowagi. Takie stanowisko popiera także wójt Mariusz Mielczarek.
- Jesteśmy za rozwojem, ale nie kosztem naszej ziemi, jakości życia i dorobku pokoleń. Nie może być tak, że decyzje zapadają ponad naszymi głowami – twierdzi.
Na razie nie widać końca konfliktu. Inwestorzy milczą, mieszkańcy protestują, a samorządy próbują znaleźć wyważone rozwiązania. Wciąż jednak pozostaje pytanie: czy w tej sprawie ktoś w ogóle weźmie pod uwagę głos lokalnych społeczności?
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze