Reklama

Służba na całe życie

Dwadzieścia cztery pary z gminy Kiełczygłów otrzymały medale za długoletnie pożycie małżeńskie. Tegoroczne obchody złotych godów ze względu na pandemię miały skromniejszą formę niż dotychczas. Delegacja z urzędu gminy osobiście zawitała do jubilatów i wręczyła im upominki. Redakcja ,,Kulis…’’ również odwiedziła kilka par, które chętnie podzieliły się swoimi wspomnieniami i doświadczeniami.

Sabina i Stanisław Pawlak poznali się na zabawie w Obrowie i zauroczyli się sobą. Ona wysoka, zgrabna, inteligentna, on też wysoki, z ciemnymi włosami. 
- Żonę poznałem, kiedy byłem na urlopie z wojska. Po pierwszym spotkaniu napisałem list, ale nie został wysłany, bo czułem, że mnie oszukała – wspomina Pawlak.
- Zbieżność jej nazwiska, Kula i miejscowości Kule, z której pochodziła, dało mi do myślenia, że coś jest nie tak. List przeleżał więc w wojsku. Po powrocie z wojska spotkałem się z kolegą i zapytałem o taką dziewczynę i miejscowość. Wszystko się zgadzało, więc ją odnalazłem. 
Małżeństwo zgodnie po 50 latach przyznaje, że miało dobre życie. Wychowali dwójkę dzieci, syna i córkę oraz doczekali się trójki wnuków. 
- Takie mamy charaktery, że jak się posprzeczamy, to szybko nam przechodzi i nawzajem wyciągamy rękę – opowiada Sabina.
- Nie umiemy się gniewać za długo na siebie. Trzeba dziękować Bogu za to, że jesteśmy razem i oby jak najdłużej jeszcze. Miło, że jest się do kogo odezwać, wspólnie coś zrobimy, wymyślimy, spędzamy czas, ja nie mam prawa jazda, to mąż mnie wozi wszędzie. 
Pawlakowie mają też radę dla młodych małżonków.
- Żeby się szanowali i jeden drugiemu darowali, jak są jakieś sprzeczki. Kiedy są za duże nerwy, to najlepiej wyjść z domu, pospacerować i wrócić, to już jest później dobrze. 
Jubilaci z Obrowa znali się od najmłodszych lat. Maciej Mielczarek wyjechał na jakiś czas do miasta, ale wrócił do Obrowa, gdzie zawsze mu się podobało i podoba nadal.  Anną na poważnie zainteresował się już po powrocie z wojska. 
- Sprzedawała wtedy w sklepie, bo kończyła ogólniaka, chciała iść do studium farmaceutycznego, a trzeba było najpierw dwa lata przepracować – wyjaśnia Mielczarek.
-  Mieszkałem blisko sklepu i Anna bardzo mi się podobała. Gdybym miał wymieniać na inną żonę, to już bym nie chciał. 
Mielczarkowie wyznają, że wszystkiego w życiu dorobili się sami. Przez 20 lat mieszkali w Pajęcznie, Maciej pracował w kopalni w Bełchatowie, a w Obrowie prowadzili gospodarstwo. Po śmierci rodziców Anny przeprowadzili się na wieś. Cieszą się, że wykształcili swoje dzieci (syna i córkę), a obecnie są już dziadkami – mają troje wnuków. 
– Życie składa się z chwil dobrych i złych, można je przyrównać do pogody, czasami jest słoneczna, czasem pada deszcz, a czasem nawet zdarzy się burza i tak samo jest w małżeństwie – uważa Anna.
- Dłuższych burz nie przeżywaliśmy, szybko dochodziliśmy do porozumienia i cichych dni nie mieliśmy. 
- Dopóki jesteśmy razem, to trzeba spokojnie jakoś żyć, a wszystko samo przyjdzie.  Niektóre rzeczy się już odpuszcza, dużo pracowałem też społecznie i udzielałem się, bo lubiłem swoją wieś, gminę – dodaje Maciej. 
Anna przyzwyczaiła się do pracy społecznej męża, który nieraz z domowego budżetu sponsorował różne akcje. Sama jest raczej domatorką, lubi robótki ręczne i nikomu niczego nie zazdrości, bo wychodzi z założenia, że jak pracuje, to ma. Wspólne zainteresowania Mielczarków to rolnictwo i działka. 
- Trzeba się szanować i nie być złośliwym – podkreśla Maciej.
- Zlecą te lata nie wiadomo kiedy. Niemożliwe że to już 50 lat, tak szybko minęło – przyznaje Anna.
Karolinie Wróblewskiej przyszły mąż wpadł w oko na weselu jej siostry. 
- Stanisław był kolegą mojego szwagra. Kiedyś nie było par na weselach, panienka mogła wybierać sobie partnera, a ponieważ był wysoki, przystojny, uśmiechnięty, to trzeba było się szybko decydować, żeby inna dziewczyna mnie nie uprzedziła – zdradza. 
Od pierwszego spotkania minęło już ponad 50 lat i okazało się jednak, że pasują do siebie. Mówią, że jak to w małżeństwie przechodzili gorsze i lepsze chwile, ale zawsze byli dla siebie wsparciem. 
- Dużo chorowałam, ale wiedziałam, że mam do kogo wrócić i o co walczę. Nie mamy dzieci, jesteśmy zdani sami na siebie, dlatego musimy się szanować i wspierać – wyznaje Karolina.
- Teraz to muszę męża nawet podwójnie kochać, bo jest schorowany, więc muszę się o niego troszczyć. My w ogóle z miłości się pobraliśmy, dlatego ten związek przetrwał. 
- Cały czas mi pomagała, wspierała, umiała doradzić, w gospodarstwie nie wstydziła się pracować – chwali mąż. 
- U nas nie było cichych dni. 
- Można się pokłócić, popłakać, ale trzeba dochodzić do kompromisów i rozmawiać.  Jestem tolerancyjna, ugodowa, mąż chyba też. Kiedy widzi, że jestem wściekła, zdenerwowana to woli przemilczeć, niż odezwać się, a czasem jak mi się coś nie podoba, to mu się oberwie. Charaktery mamy jednak raczej podobne – kontynuuje żona.  
Karolina podkreśla, że u nich nigdy nie było podziału finansów, pieniądze zawsze były wspólne i nie rozliczali się z żadnych wydatków. Zaufanie okazywali też sobie, kiedy gdzieś oddzielnie wychodzili, czy wyjeżdżali. 
- Na małżeństwo nie ma recepty, po prostu trzeba zawsze i wszędzie być sobą, ufać jeden drugiemu, rozmawiać ze sobą i wyjaśniać wszystkie najdrobniejsze szczegóły i sprawy – przekonuje Karolina.
-  Trzeba być wytrwałym, tolerancyjnym, ugodowym, bo życie nie jest usłane płatkami róż. To nie może być rutyna, bo żeby było szczęśliwe małżeństwo, to musi się coś dziać.  Do małżeństwa potrzeba też anielskiej cierpliwości. 
Niespełna cztery miesiące od pierwszego spotkania ślub wzięli Marianna i Zdzisław Janus. 
- Poznaliśmy się zimą na zabawie w Delfinie. Miałam skończone 19 lat, a mąż 24 – wspomina Marianna.
- Miał piękne, kręcone włosy, był przystojny i ja mu się chyba też przede wszystkim spodobałam. U męża była duża gospodarka, więc kiedy się sprowadziłam do niego, to miałam, co robić w domu i w polu. 
Janusowie opowiadają, że bywały dni, w których nie zamieniali ze sobą słowa, tylko każdy zajmował się swoją pracą. Nigdy nie gniewali się jednak na siebie długo. Na przeprosiny wystarczało spojrzenie i uśmiech. Nie obwiniali się nawzajem za różne sprawy. 
- Co mam powiedzieć, to powiem, pokłócić też się można, ale jakby jedno drugiemu nie wybaczyło, to nie jest to małżeństwo – przyznaje Marianna. 
Małżeństwo z Dryganka Dużego razem ,,rządziło’’ też w kuchni. Okazuje się, że Zdzisław także gotował obiady, różne sosy, zupy, czy czekał z kolacją na rodzinę. Obecnie z powodu choroby nie może wykonywać wielu czynności. Marianna opiekuje się mężem (wcześniej prowadziła m.in. sklep odzieżowy w Siemkowicach), a w trudniejszych sytuacjach może też zawsze liczyć na pomoc sąsiadów. 
Na świecie powitali czworo dzieci, ale trójka z nich już nie żyje. Doczekali się ośmioro wnuków i jednej prawnuczki. 
- Nie wiem, jaka jest recepta. To chyba tam  z góry jest tak nam dane, trzeba teraz prosić o zdrowie, żeby nas jeszcze przetrzymał na tym świecie. Żyliśmy w zgodzie, miłości, nie możemy sobie nic zarzucić – stwierdza żona Zdzisława.
Janusowie celebrują wspólne posiłki. Marianna jeździ samochodem i zabiera też często męża na różne wycieczki. 
- Dba o mnie, za co jestem bardzo wdzięczny – podkreśla Zdzisław. 
- Pogłaskam męża, pocałuję, musimy się wspólnie wspierać, bo nie ma innej rady. Młodzi powinni się szanować i nie okłamywać jeden drugiego. Nasze dzieci też szybko brały śluby. Jak są przeznaczeni sobie, to im dłużej się czeka, tym gorzej. Pobierać się trzeba na dobre i na złe, a ludzie łamią tą zasadę.  Małżeństwo to służba nie na rok, a na całe życie. 


Katarzyna Cieślik
 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości