Reklama

Życie nie rozpieszcza

23-latek Mateusz Węgrzycki już za kilka dni, będzie miał bardzo poważną operację. Lekarze specjaliści otworzą mu czaszkę i usuną guza w głowie. Młody człowiek bardzo spokojnie podchodzi do zabiegu, bo sporo już w życiu przeszedł. Od ponad 10 lat nie może swobodnie poruszać głową, kilkakrotnie przechodził leczenie onkologiczne. Mimo to, stara się żyć normalnie – pracować i czerpać z życia tyle, na ile pozwalają warunki.

Trudne dzieciństwo

Mateusz Węgrzycki z Białej, w powiecie wieluńskim, na pierwszy rzut oka wygląda jak całkiem sprawny człowiek. Tymczasem życie nie rozpieszcza go już od dzieciństwa. Przez kilkanaście lat funkcjonował tak jak jego rówieśnicy. Nic nie wskazywało, że coś jest z jego zdrowiem nie w porządku.
- Zaczęło się po jego pierwszej komunii świętej – opowiada Katarzyna Węgrzycka, matka Mateusza.
Miał wtedy zaledwie 12 lat, a musiał zmierzyć się z szarą rzeczywistością tego świata.
- Guz uszkodził hormon odpowiedzialny za odprowadzanie moczu. Syn bardzo dużo pił i bardzo dużo sikał. Miał bardzo suchą skórę. Nie wiedzieliśmy o co chodzi. Chodziliśmy po lekarzach pediatrach. Wiedziałam, że coś jest nie tak, bo znam swoje dziecko. Gdy trafiliśmy do Matki Polki w Łodzi, Mateusz był już bardzo odwodniony – wspomina.
Rezonans wykazał, że jest dwuogniskowa germinoma, nieoperacyjna (Rozrodczaki wewnątrzczaszkowe /intracranial germinomas, ICG/ to rzadkie nowotwory mózgu, a szczególnie rzadko stwierdza się ich występowanie rodzinne. W związku z tym, że ICG zajmuje podwzgórze i/lub przysadkę mózgową, zaburzenia endokrynologiczne są jednym z najczęstszych wyznaczników obecności tych guzów – przyp. redakcja).
- Trafiliśmy najpierw do Łodzi do szpitala na Szaserów, chcieli konsultacji, wysłać dokumenty do Warszawy, stwierdziłam, że sama tam pojadę, co przyspieszy procedurę. Tak też zrobiliśmy i trafiliśmy do Centrum Zdrowia Dziecka. Tam zaproponowano nam leczenie chemioterapią i radioterapią, trwało to ok. pół roku – opowiada matka Mateusza.
Wydawało się, że wszystko skończyło się dobrze. Guzy zniknęły. Niestety, po pięciu latach nastąpił nawrót choroby.
- Przez te pięć lat żyliśmy normalnie – zaznacza Michał Węgrzycki, ojciec Mateusza.
Podczas badania kontrolnego okazało się, że w odcinku szyjnym w rdzeniu kręgowym pojawił się nowy guz. Mateusz miał wtedy 14 lat. Nie do końca było nawet wiadomo czy to jest ten sam rodzaj nowotworu. Zaproponowano usunięcie chirurgiczne. Rodzice chłopca zgodzili się.
Operacja była bardzo trudna, obciążona ogromnym ryzykiem, nawet niedowładu czterokończynowego.
- Po operacji doktor powiedział, że ktoś nad nami czuwa i wydarzył się cud, operacja się udała – opowiada ze szklącymi się oczami Katarzyna.
Środek guza został wycięty, a właściwie wyssany, aby nie doprowadzić do uszkodzenia rdzenia kręgowego. Tydzień po odebraniu wyników okazało się, że to był ten sam rodzaj guza, a więc przerzut.
Po zabiegu nastolatek trafił na ten sam oddział onkologiczny, który znał sprzed pięciu lat. Drugi raz poddał się radioterapii i chemioterapii. Po pół roku okazało się, że kręgosłup się krzywi, więc wrócił na neurochirurgię, gdzie przez miesiąc próbowano ustabilizować jego kręgosłup. Udało się.
Potem chłopak i jego rodzice mieli siedem lat spokojnego życia. Znów było normalnie. Chłopak uczył się, bawił, korzystał z życia jak jego rówieśnicy.
Po uzyskaniu przez Mateusza pełnoletniości, konieczne było znalezienie nowego szpitala, był mógł poddawać się kontrolom.
- Jeździliśmy do Wrocławia na do centrum onkologii. Tam mieliśmy przez prawie trzy lata kontrole, badania wykonywaliśmy co trzy miesiące – opowiada matka Mateusza.
Choroba zaatakowała mózg. Gdy się o tym dowiedzieli, na początku 2022 roku, zaniemówili, ale walczyli dalej, nie poddając się.
- W szpitalu wrocławskim dali nam do zrozumienia, że najlepiej byłoby podjąć leczenie w poprzedniej placówce, co było niewykonalne ponieważ Mateusz był już pełnoletni. Zadzwoniłam do pani onkolog z Warszawy, czy jest w stanie nam pomóc. Ubłagałam ją. Kazali nam przyjechać na rezonans.
Badanie potwierdziło diagnozę. W końcu dotarła do nich zgoda funduszu na kontynuację leczenia w Centrum Zdrowia Dziecka, ponieważ jest to guz wieku dziecięcego.
Mateusz przeszedł kolejne cztery chemioterapie oraz radioterapie. Nastąpiło pogorszenie wzroku. Lekarze poinformowali, że może dojść nawet do całkowitej jego utraty.
W kwietniu ubiegłego roku (2023) ostatnia chemioterapia skończyła się. Jednak w listopadzie pojawiło się zgrubienie lejka między przysadką mózgową a podgórzem.
- Kazano nam odczekać cztery miesiące. Potem okazało się, że guz ma 7mm, ale jest w innym miejscu i ma inną formę. Wcześniejsza była naciekowa, teraz okazało się, że syn ma okrągłego guza – relacjonuje mieszkanka Białej.
W lutym tego roku (2024) Mateusz przebywał w klinice w Łodzi, ponieważ przysadka przestała pracować i wszystkie hormony trzeba było uzupełniać farmakologicznie. Specjaliści stwierdzili też, że nie jest to guz endokrynologiczny.

„Sprzedamy wszystko co mamy…”

W końcu trafili do kliniki neurologicznej do Kluczborka. Tu Mateuszem zajął się dr Witold Libionka. Po konsultacji miał stwierdzić, że są różne możliwości wykonania zabiegu. Usunięcie guza przez nos wykluczył, bo wiązałoby się to z ogromnym ryzykiem. 
- Jego zdaniem najlepszą i najbezpieczniejszą opcją jest po prostu otwarcie czaszki – opowiada mama Mateusza.
Operacja ma być wykonana 17 czerwca, a jej koszt to 100 tysięcy złotych. Guz po usunięciu zostanie wysłany do dalszego badania do Bonn w Niemczech. Jakie są ryzyka tego zabiegu?
- Mateusz ma już uszkodzoną przysadkę, więc to ryzyko już nie występuje podczas operacji. Będzie pełen monitoring wszystkich funkcji przez cały zabieg, tak aby było bezpiecznie.
Katarzyna i Michał bez wahania zdecydowali, że chcą ratować syna. Ale trzeba zebrać pieniądze na operację i późniejsze leczenie oraz rehabilitację. Nie stać ich na tak duży wydatek, bo wspomniane sto tysięcy to kwota, która pokryje wyłącznie koszt operacji. On pracuje w Spółdzielni Dostawców Mleka w Wieluniu, ona pobiera jedynie zasiłek pielęgnacyjny za zajmowanie się niepełnosprawnym synem.
- Powiedziałem wtedy wprost „sprzedamy wszystko co mamy, ale musimy go ratować” – wspomina wzruszony ojciec dorosłego już mężczyzny.
Zrozpaczona matka złapała za telefon, wybrała numer do sołtyski. I to był dobry ruch.
- Gdy tylko Kasia powiedziała, że potrzebują pomocy, byłam wzruszona – opowiada Justyna Kamińska, sołtys Białej Kopiec.
- Wspólnie z koleżankami wymyśliłyśmy, że trzeba zrobić jakąś akcję – dopowiada.
Umówiły się, że razem z paniami z innych sołectw upieką ciasta i będą je sprzedawały pod kościołami. Tak się też stało. W ubiegłą niedzielę, 9 czerwca, w wielu miejscowościach w powiecie wieluńskim trwała akcja na rzecz Mateusza.

Reklama

Mateusz dziękuje

Prócz tego jego rodzice wraz z fundacją założyli tzw. zrzutkę w Internecie. Już zebrano prawie 130 tys. zł. Zatem, na operację kwota jest zabezpieczona. Teraz potrzeba jeszcze pieniędzy na dalsze leczenie.
- Jestem bardzo wdzięczny za okazaną pomoc. Byliśmy w szoku, że ta zbiórka tak szybko ruszyła – mówi Mateusz i dodaje, że nie narzeka na los i nie oczekuje zbyt wiele. Chce po prostu, by było normalnie.
23-latek dzielnie przyjmuje od życia cios za ciosem. Mimo to wciąż ma energię i motywację do działania. Skończył studia, podjął pracę. Teraz, rzecz jasna, nie pracuje, bo nie pozwala mu na to stan zdrowia. Nie załamuje się. Stara się żyć tak jak inni. Interesuje się mechanizacją. Marzy, by kiedyś pracować w branży...

***

Reklama

Link do zbiórki:

Mateusz Węgrzycki - zbiórka charytatywna | Siepomaga.pl

Mateusz Węgrzycki walczy z nowotworem

Miejsce zdarzenia mapa Wieluń
Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 13/06/2024 12:08
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości