- Policja tu była. Powiedzieli, że jest wypadek na torach w Kopydłowie. Pojechaliśmy tam. Syn już nie żył – wspomina tragiczną niedzielę ojciec 21-letniego Konrada. Podróż samochodem dwojga młodych ludzi zakończyła się śmiertelnym wypadkiem na niestrzeżonym przejeździe kolejowym. Ludzie z Kopydłowa i okolic są wstrząśnięci. – To nie pierwszy taki wypadek w tym miejscu – podkreślają zgodnie.
21-letni Konrad był mieszkańcem jednej z wsi w gminie Wieluń. Pracował w budowlance. Zarabiał i oszczędzał na pierwsze auto. Trzy miesiące przed śmiercią kupił wymarzone BMW. W niedzielę po południu, 27 września, jechał ze swoją 16-letnią dziewczyną. Na przejeździe w Kopydłowie (gm. Biała, pow. wieluński) zderzyli się z pociągiem pasażerskim. Nastolatka w stanie ciężkim została zabrana do szpitala śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Konrad zginął na miejscu. W styczniu obchodziłby 22. urodziny.
- Konrad nie był pijany. Jak szalony też nie jeździł. Nie było z nim problemu. Nigdy nie dostał mandatu za prędkość. Tylko raz, że pasa nie zapiął – mówi reporterom portalu kulisy.net Cezary (nazwisko znane redakcji), ojciec tragicznie zmarłego mężczyzny.
Torami przez Kopydłów rzadko jeżdżą pociągi. Ten o 14:07 z Krakowa do Poznania, InterCity „Kozica”, jest jednym z nielicznych. Nad tym miejscem ciąży jednak fatum. To czarny punkt na mapie wypadków śmiertelnych. Przejazd w Kopydłowie należy do kategorii D. Jest oznaczony wyłącznie krzyżem świętego Andrzeja i znakiem stop, bez rogatek ani sygnalizacji. Tylko w ciągu kilkunastu ostatnich lat w tym miejscu zginęło troje ludzi.
- 16 lat temu też ktoś zginął na tym przejeździe. Taki sam wypadek. Nic nie zrobili do tej pory. Gdyby były rogatki, to by nie doszło do tej tragedii. Wiadomo, szlaban opuszczony, znaczy, że jedzie pociąg. Nikt się na tory nie będzie pakował. A tak… - rozkłada bezradnie ręce ojciec ofiary.
- Tam jest po prostu jakiś dziki zachód. Żeby chociaż światła były. Zaczęłyby mrugać i już wiadomo, że coś się zbliża, nadjeżdża z jednej albo z drugiej. A nie ma nic – dodaje.
Hieronim Klatka, mieszkaniec Kopydłowa, mówi reporterom „Kulis…”, że odkąd pamięta to już trzeci śmiertelny wypadek na przejeździe. Dodatkowe zagrożenie ma stwarzać fakt, że wcześniej istniejące ścieżki dla maszyn rolniczych zostały zablokowane. Rolnicy mogą dostać się na swoje pola tylko tym przejazdem drogowo-kolejowym.
- Nie wiem kto to wymyślił. I tak jest tu niebezpiecznie, a jeszcze traktory jeżdżą. Żeby chociaż sygnalizacja była.
- Inna sprawa, że Polakowi wiecznie się spieszy. Zawsze i wszędzie: szybko! A później kończy się tragedią – dodaje.
Elżbieta Nagła mieszka nieopodal torów w Kopydłowie. Każdego dnia widzi jak na przejeździe zachowują się kierowcy.
- Są znaki stop, ale niektórzy wręcz przeskakują przez te tory. Nie zatrzymują się w ogóle. Codziennie to widzę. Dużo kierowców tak jeździ. Szczególnie młodzi. Muzyka na ful i jadą, nie patrzą na nic.
Wypadek w Kopydłowie jest piątym z czarnej serii dramatycznych zdarzeń na przejazdach kolejowo-drogowych, do jakich doszło tylko we wrześniu. Od początku roku liczba wypadków i kolizji na torach, z udziałem samochodów i pieszych, przekroczyła już 130. Ponad 30 zakończyło się śmiercią.
Rodzice Konrada jeszcze nie wiedzą, kiedy będą mogli pochować syna. Trwają czynności policji i prokuratora.
- Jesteśmy załamani, ale musimy się jakoś ogarnąć. Czasu się nie cofnie. Trzeba dalej żyć. Dla drugiego syna – stara się zachować opanowanie ojciec Konrada.
- Pamiętam jak parę lat temu też zginął tu młody człowiek. Teraz kolejna tragedia. Niewyobrażalna. Akurat podlewałam ogródek. Potem tylko staliśmy tu z sąsiadami. Patrzyliśmy i wszyscy płakaliśmy. Taki młody... Całe życie było przed nim – cichutko, ze łzami w oczach, kończy rozmowę Elżbieta Nagła z Kopydłowa.
Joanna Major, Sławomir Rajch
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze