Łukaszek 12 listopada skończył 3 latka. Jest dzielnym i rezolutnym chłopcem, ale nie do końca jeszcze rozumie, że cały czas trwa walka o jego zdrowie, że wciąż potrzebuje pomocy. W jego powrót do normalnego dzieciństwa nieustannie wierzy mama.
Gdyby dało się wymazać z pamięci złe dni, Ewelina Owczarek wyrzuciłaby tylko jeden – 26 maja 2023 roku. Chciała wtedy, jak każdego wieczoru, wykąpać dziecko przed snem.
- Rozpalałam w piecu i wówczas nastąpił ten wybuch – zaczyna cichym, drżącym głosem. - Wiem, to moja wina. Mogłam przewidzieć, że skoro nie chce się palić … Nie powinnam była, ale użyłam substancji, której nie zaleca się do rozpalania. Ten wypadek Łukaszka to wynik mojej nadgorliwości, braku wyobraźni. Bo mogłam to przecież przewidzieć, pozwolić dziecku iść spać brudnym.
- Gdybym mogła cofnąć czas … - dodaje po chwili, ale znów milknie. Próbuje ukryć łzy w oczach i schyla głowę w dół.
- Niestety, nie mogę, więc muszę zrobić wszystko dla syna, aby wrócił do pełni sił, do zdrowia. By mógł iść do przedszkola, by dzieci chciały się z nim bawić. By nasze życie wróciło do normalności.
Kiedy Ewelina rozpalała w piecu, do kotłowni wbiegł 2,5-letni wtedy Łukasz i wówczas nastąpił wybuch. Ona nie ucierpiała. Stała z boku, gdy wrzucała zapałkę na przygotowaną podpałkę z benzyny, ale ogień doszedł do dziecka. Zapaliła się na nim kamizelka. Chciała ją zedrzeć, ale nie potrafiła. Zaczęła krzyczeć o pomoc. Ten krzyk na szczęście usłyszał sąsiad, który był gdzieś w pobliżu. Przybiegł i zerwał z dziecka palący się bezrękawnik.
- Jestem mu dozgonnie wdzięczna za tę pomoc – mówi z przejęciem. - Gdyby nie on, synek mógł stracić wzrok, bo już miał przypalone rzęsy. Ogień poparzył szyję i dolną część twarzy – do wysokości kości policzkowych. Ja miałam poparzone tylko dłonie, ale to się stało, gdy ratowałam Łukasza. Bo mój kontakt z tą benzyną był mniejszy.
Ewelina z sąsiadką polewały poparzoną twarz dziecka zimną wodą, a sąsiad w tym czasie nerwowo wystukiwał numer pogotowia.
- Łukaszowi zaczęła już schodzić skóra, robił się czerwony - wspomina. - Byłam tak bardzo roztrzęsiona, że nie wiedziałam, co i jak robić. Ale starałam się go ratować, jak tylko umiałam. Nie da się opisać słowami, co czuje matka, widząc w takim stanie swoje dziecko.
Wszyscy z niecierpliwością czekali na przyjazd karetki, która zabrała chłopca wraz z mamą do szpitala w Łodzi – Uniwersyteckiego Centrum Pediatrii na oddział oparzeniowy. Tu rozpoczęła się batalia o zdrowie Łukasza. Chłopczyk i cały czas czuwająca przy jego łóżku mama, spędzili w szpitalu siedem tygodni.
- Zaraz, na izbie przyjęć, założono mu plastry hydrożelowe – opowiada Ewelina. - Później trafiliśmy na oddział chirurgii dziecięcej leczenia oparzeń. Wtedy, w czasie pobytu, wdarła się infekcja górnych dróg oddechowych. Przy zmianie i czyszczeniu rany, synek stał się niewydolny oddechowo i trafił na OIOM. Podano mu antybiotyki i leczony był dalej. Chyba przy polewaniu wodą musiał się zaziębić i dostał tej infekcji. Miał zapalenie płuc. Dodatkowo okazało się, że u Łukasza uaktywniła się bakteria, która po prostu podżerała ranę, zakażała ją i to spowalniało dalsze leczenie oparzeń. Żeby ją zwalczyć, synek przyjmował silne antybiotyki. Dopiero po zwalczeniu bakterii, możliwy był przeszczep skóry.
Przeszczep był konieczny, bo według lekarza prowadzącego dziecku groził trwały przykurcz twarzy do szyi. Do operacji tej doszło 26 czerwca, a więc dokładnie miesiąc po wypadku. Skórę do przeszczepu pobrano z nóżki Łukasza. Zabieg przebiegł pomyślnie i po dwóch kolejnych tygodniach dziecko z mamą wrócili do domu. Ale tu wcale łatwiej nie było, bo chłopiec chciał żyć jak kiedyś, bawić się, wyjść na podwórko. W tym trudnym czasie miłość i troskę okazywała im na każdym kroku rodzina.
- Musiałam o syna bardzo dbać, więc mało spałam, ale pomagała mi mama, z którą na zmianę czuwałyśmy nad Łukaszkiem – opowiada. - Nie mógł się drapać po gojących się miejscach, więc żeby go nie swędziało, dostawał leki. Mam całą apteczkę tych różnych maści i innych specyfików. Miał też słabą odporność, więc jego kontakty z innymi ucinałam do minimum. Latem w ciągu dnia siedzieliśmy w domu, bo nie można było narażać poparzonych miejsc na jakikolwiek kontakt ze słońcem. Na plac zabaw wychodziliśmy późno, ale dzieci niestety, nie najlepiej reagowały na synka.
Bo choć skóra na twarzy zregenerowała się, to jednak pozostały na niej duże ślady poparzenia w postaci blizn przerostowych.
- A tych żaden kosmetyczny ani apteczny specyfik nie rozbije – wyjaśnia. - Konieczne są już zabiegi laserowe. A im wcześniej będą one wykonywane, tym lepsze są efekty leczenia. Bo wiadomo, wszystko, co leczy się na bieżąco, lepiej się goi. Czekając w kolejce Narodowego Funduszu Zdrowia, obawiam się, że byłoby na nie za późno i te blizny na twarzy po prostu zostałyby.
Ewelina dowiedziała się, że we Wrocławiu jest prywatna klinika, która leczy blizny pooparzeniowe. Wstąpiła w nią wielka nadzieja. Niestety, zaraz potem okazało się, że jeden taki zabieg kosztuje około 4 tys. zł. Dla niej to niewyobrażalny wydatek, tym bardziej, że lekarz przewidział pięć – sześć takich zabiegów do wakacji. Zależeć to będzie m. in. od tego, jak skóra będzie się regenerować.
- Profesor powiedział, że zrobi wszystko, aby Łukasz wyglądał lepiej – mówi uśmiechnięta. - Nie ma stuprocentowej pewności, że żaden ślad mu nie pozostanie, bo żaden lekarz tego nie zagwarantuje, ale jest naprawdę duża szansa, że wszystko wróci do stanu przed wypadkiem. Tylko ten, kto wie, że Łukaszek był poparzony, będzie mógł się tego dopatrzeć. Dlatego tak bardzo zależy mi, aby te lasery były wykonywane. Wiem, ktoś może mi zarzucić, że jestem głupia, nadgorliwa, że przecież mogę poczekać na NFZ. Ale dla matki czekanie pół roku jest straszne, a najbardziej wtedy, kiedy nie może pomóc swojemu dziecku. Ja dla Łukasza zrobię wszystko. To najważniejszy i jedyny mężczyzna w moim życiu.
Ewelina nie poddała się. Prosiła o pomoc rodzinę, przyjaciół. Mnóstwo ludzi wyciągnęło do niej pomocną dłoń. Na rzecz Łukaszka zorganizowano wiele inicjatyw, które pozwoliły zebrać pieniądze na rozpoczęcie zabiegów laserowych we wrocławskiej klinice. Dzięki środkom z Fundacji „Jagoda”, której Łukasz jest podopiecznym i pomocy od osób prywatnych, chłopiec jest już po pierwszym z wielu zabiegów laseroterapii. Odbył się on 6 grudnia. Drugi przeprowadzony zostanie 23 stycznia. Potem kolejny w następnym miesiącu.
- A to wszystko jest możliwe dzięki ludziom dobrej woli – mówi pełna wdzięczności mama 3-latka. - Nie spodziewałam się, że tyle osób okaże mi i mojemu dziecku tak wiele serca. Ja ze swojego chciałabym podziękować za udzielone wsparcie i pomoc mieszkańcom Gromadzic, całej rodzinie pani Teresy Osicińskiej, pracownikom firmy Krzak Trans Port, proboszczowi parafii św. Bartłomieja w Czarnożyłach księdzu Markowi Jelonkowi, dyrektor szkoły podstawowej Urszuli Łebek, pracownikom tej szkoły i wszystkim osobom zaangażowanym w organizację i prowadzenie kiermaszu charytatywnego dla Łukasza. Bardzo dziękuję zarządom firm Patrol Group i Gala za produkty przekazane na kiermasz, właścicielom Przystanek Pizza, pani Marzenie Grabowskiej za akcję „Morsowanie dla Łukaszka” oraz wszystkim darczyńcom wpłacającym na subkonto Łukasza w Fundacji Jagoda.
I choć najgorsze już minęło, to chłopczyk wymaga nieustannej rehabilitacji, na którą potrzeba dużo pieniędzy. By wspomóc dalsze jego leczenie i rehabilitację, wystarczy przekazać dowolną darowiznę na konto Fundacji Jagoda: 78 2490 0005 0000 4530 3670 0568, z dopiskiem Łukasz Owczarek P1016 lub przekazać 1,5 procenta podatku (KRS 0000342831, cel szczegółowy – Łukasz Owczarek P 1016).
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze