Dom Dziecka im. Św. Urszuli Ledóchowskiej w Komornikach został powołany w 1927 roku. Zasady funkcjonowania placówki na przestrzeni lat zmieniły się do tego stopnia, że dzisiaj większy nacisk kładzie się na pracę z rodzinami. O obecnym działaniu i warunkach w Domu Dziecka w Komornikach opowiada jego dyrektorka Katarzyna Olejnik w rozmowie z Katarzyną Cieślik.
Katarzyna Cieślik: Jak długo pracuje już pani w Domu Dziecka w Komornikach?
Katarzyna Olejnik, dyrektorka Domu Dziecka im. św. Urszuli Ledóchowskiej w Komornikach: Osiem lat byłam wychowawcą i po tym okresie zostałam dyrektorem. Dokładnie w 1998 roku, rok przed powstaniem powiatów. Jeszcze wtedy organem prowadzącym było kuratorium oświaty. Byliśmy zatem placówką oświatową, w tej chwili już nie jesteśmy.
Na przestrzeni lat zasady funkcjonowania domów dziecka bardzo się zmieniły?
Kiedy przyszłam do pracy, były tutaj dwie grupy wychowawcze. Dzieci trafiały do domu dziecka i zazwyczaj pozostawały w nim do pełnoletności. Rzadko wtedy dziecko wracało do domu, nikt nie kładł nacisku na pracę z rodziną. Dopiero kiedy weszła w życie ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, zaczęto zwracać uwagę na to, że rodzina jest bardzo ważna. W tej chwili w większym stopniu staramy się zwrócić uwagę na pracę z rodziną dziecka, szczególnie w pierwszym roku pobytu dziecka w placówce. Kiedy dziecko jest odebrane rodzinie, to jest jakiś rodzaj szoku dla niej i jeszcze wtedy można bardzo wiele wypracować z rodziną. Zdarzały się przypadki, że sąd podejmował decyzje o powrocie dzieci do domu.
Czyli obecnie stawia się na pracę z rodziną, a jakie jeszcze zaszły zmiany?
Ponadto jeden wychowawca ma pod opieką nie więcej niż pięcioro dzieci i to powoduje, że zacieśniają się więzi, prawie jak w rodzinie. Wychowawca, tak jak mama czy tata, może zabrać dziecko na lody, więcej czasu poświęcić na rozmowę z dzieckiem. To są zupełnie inne relacje niż wtedy kiedy istniały dwie grupy wychowawcze. Można poświęcić więcej czasu na pracę indywidualną z dzieckiem. Teraz staramy się też wspomóc rodziny i co dwa tygodnie zawozimy dzieci do domów rodzinnych. Rodziny takie są okresowo kontrolowane.
Jakie te warunki muszą być spełnione, by dziecko mogło jechać na weekend do domu rodzinnego?
Rodzina musi pozostawać w stanie trzeźwości, musi być zapewnione wyżywienie, zimą ogrzewanie w domu, czyli po prostu rodzina powinna wywiązywać się z obowiązków opiekuńczych w sposób należyty. Jeżeli są problemy finansowe, np. z zapewnieniem wyżywienia na okres przyjazdu dziecka, staramy się pomóc również w tej dziedzinie. Właśnie dzięki takim grudniowym zbiórkom artykułów żywnościowych, organizowanym m.in. przez szkoły, możemy wesprzeć te rodziny. Kontakt z rodziną, jakkolwiek by nie była rodziną częściowo dysfunkcyjną, jest bardzo ważny. Nie wszystkie domy dziecka praktykują np. dowożenie dzieci do domów rodzinnych, ale my uważamy, że zyski emocjonalne są na tyle ważne, że warto w to zainwestować, co zostało docenione przez osoby kontrolujące. Zdarza się, że ci rodzice pod wpływem pracy z nami, następnym razem sami organizują ten dojazd i przyjeżdżają po dzieci.
Obecnie ile dzieci przebywa w Komornikach?
Mamy 14 wychowanków w wieku od 12 do 19 lat. Wcześniejsze przepisy zezwalały na przebywanie w domu dziecka 30 wychowanków. Wojewoda może pozwolić na przyjęcie więcej niż 14 dzieci w budynku, pod warunkiem, że na liście wychowanków są takie osoby, które na co dzień przebywają poza tym budynkiem, czyli np. w specjalnym ośrodku szkolno-wychowawczym czy młodzieżowym ośrodku socjoterapii.
Mniejsza liczba wychowanków oznacza lepsze działanie placówki?
Zakłada się, że ta forma jest bardziej zbliżona do formy rodzinnej. Niemniej jednak należy stwierdzić, że to nie jest forma rodzinna, nadal pozostaje instytucjonalną pieczą zastępczą.
W domu dziecka są wychowawcy, którzy dyżurują, więc po dyżurze wracają do swoich domów rodzinnych. Zmniejszenie liczby dzieci jest jakimś plusem – dzieci zyskują więcej uwagi, natomiast jeśli chodzi o koszty utrzymania, one się wtedy zwiększają.
W jakim wieku są wasi wychowankowie?
Przepisy umożliwiają umieszczanie dzieci w wieku od 10 lat do uzyskania pełnoletniości lub do 25 r.ż. w przypadku kontynuowania nauki. Ta decyzja zależy również od dyrektora i uzależniona jest od posiadania wolnych miejsc oraz przestrzegania regulaminu placówki.
Dwa lata temu zaczęła się pandemia koronawirusa, bardzo ciężki okres dla nas wszystkich. Jak ten czas upłynął u was?
Niektórzy mówią, że w pandemii zaczęło się dziać źle, że ludzie mieli dużo mniej pieniędzy, że serca nie otwierały się, tak jak wcześniej. Nie potwierdzam tego. Uważam, że ludzie naprawdę otwierali swoje serca, bo w tym czasie udało nam się wiele rzeczy zrobić.
To co się działo?
Na początku pandemii z pomocą fundacji ,,Włącz się” zostało wyremontowane mieszkanie po usamodzielniających się wychowankach. Następnie w związku z pandemią, powstało
z niego mieszkanie dla dzieci chorych. Dzięki wspomnianej fundacji udało się je wyposażyć w nowe meble, sprzęty, telewizor, komputer stacjonarny, dwa laptopy. U nas pokoje dziecięce są jedno albo dwuosobowe. Na przestrzeni tych ostatnich lat pandemicznych wyposażyliśmy je wszystkie w nowe drzwi i meble, częściowo darowane przez osoby prywatne, ale też z pomocą naszego budżetu, czyli środków zabezpieczonych przez Starostwo Powiatowe w Wieluniu.
Jakieś inne pomieszczenia również przeszły metamorfozę?
Zakupiliśmy meble do kuchni, udało się też wyremontować aneks kuchenny oraz powołać do życia jadalnię przy aneksie, aby wychowankowie mogli się przygotowywać do samodzielnego życia, również w sferze kulinarnej. Obecnie kucharka pracuje od poniedziałku do piątku, do obiadu. Kolacje pod nadzorem wychowawców, przygotowują wychowankowie, a w sobotę i niedzielę wykonują wszystkie posiłki. Dzięki „Fundacji na Rzecz Rozwoju Powiatu Wieluńskiego” oraz „Mieć Nadzieję” i „Ducat Company” zaczął powstawać nowy plac zabaw, który dzięki życzliwości naszego starostwa w ubiegłym roku doposażyliśmy w nowe elementy, m.in. urządzenia do fitnessu z racji tego, iż mamy starsze dzieci.
A jak radziliście sobie z izolacją w czasie pandemii?
Częściowo zostały zamknięte szkoły, wychowankowie zostawali w domu, więc ci, którzy cierpieli na brak relacji to byli uczniowie szkolni, natomiast my w domu byliśmy wśród swoich. Wyjątkiem był czas ubiegłorocznej wigilii, której nie zapomnę do końca życia. Okazało się, że jedna z wychowanek ma pozytywny test na covid i nie dostaliśmy zgody na to, żeby usiąść przy jednym wigilijnym stole. Niestety wigilia wyglądała w ten sposób, że wychowankowie musieli pozostać w swoich pokojach, pracownicy byli przystrojeni w świąteczne dekoracje, żeby umilić ten czas i donosili potrawy wigilijne do pokoi. To było bardzo przykre doświadczenie.
Właśnie za chwilę Boże Narodzenie, dzieci wyjeżdżają na święta?
Przed tym okresem świątecznym pracownik socjalny sprawdza warunki w poszczególnych domach i w zależności od tego, co tam zastanie, jak oceni funkcjonowanie rodziny, zależą decyzje o urlopowaniu na czas świąteczny naszych podopiecznych. Jeżeli będzie wszystko w porządku, takie dziecko ma prawo wyjechać na Boże Narodzenie do domu rodzinnego. Nigdy do ostatniej chwili nie wiemy jednak, czy wszystkie dzieci wyjadą czy nie. Zawsze, w razie potrzeby, zostaje jeden dyżurujący wychowawca i odbywa się normalna wigilia, przeżywamy ten okres, tak jak w rodzinie.
Jakie macie obecnie potrzeby?
Na pewno rzeczy, które się przydają, to sprzęty, takie jak pralka, lodówka, bo te zużywają się i co jakiś czas podlegają wymianie. Myślę, że wychowankowie cieszą się, jak mogą dostać jakieś artykuły chemiczne trochę lepsze niż zwykle, czy to lepszy żel pod prysznic, czy szampon, kosmetyki. Ważna jest też dla nas możliwość wsparcia rodzin w artykuły żywnościowe, więc jeżeli jeszcze jakieś szkoły robią akcje, to zawsze apelujemy o produkty z długim terminem przydatności. Nie chcemy, żeby czasem sytuacja materialna rodziny stała się przeszkodą do wyjazdu dziecka na święta, czy na czas wolny od nauki.
Dom dziecka w Komornikach opuściło już bardzo wielu wychowanków. Macie z nimi jakiś kontakt, wiecie co u nich słychać?
Jak najbardziej, różne są to przypadki. Jedna z naszych wychowanek ukończyła szkołę w zawodzie cukiernik i wróciła do nas z propozycją zorganizowania warsztatów cukierniczych. Ostatnio odbyły z nią warsztaty pieczenia i dekorowania tortów. Kolejny wychowanek, który wyjechał za granicę, każdego roku w okolicy Bożego Narodzenia organizuje swoich kolegów i robi jakiś prezent wspólny dla wszystkich wychowanków albo dla dzieci, pozostających w placówce na święta. Jest wychowanka, która rozpoczęła własną działalność gospodarczą i bardzo chętnie przyjęła na praktyki naszą obecną wychowankę. Są więc te relacje podtrzymywane i one owocują taką współpracą w kolejnych latach po opuszczeniu domu dziecka.
W takich sytuacjach chyba czuje się satysfakcję z wykonywanej pracy?
Zawszę powtarzam, że choćby jedno dziecko nauczyło się radzić sobie w dorosłym życiu i nie powtórzyło historii swojej rodziny, to warto żyć i pracować dla nich, a tych przypadków jest więcej niż jeden. Kiedyś jedna osoba z nadzoru powiedziała, że w domach dziecka nie ma być tak cudownie, żeby dzieci nie chciały wrócić do domów rodzinnych. To jest czasowy pobyt, a my jesteśmy po to, aby im pomóc, ale też pomóc ich rodzicom, żeby stanęli na nogi i dzieci mogły wrócić do domów rodzinnych.
Czego najbardziej potrzebują dzieci?
Miłości, jeżeli jest miłość, to cała reszta się znajduje. Jak jest miłość, to jest odpowiedzialność za wychowanie, jak jest odpowiedzialność, to dzieci kończą szkoły, zdobywają zawody, stają się samodzielne w życiu dorosłym, a potem są odpowiedzialne za swoich rodziców, którzy są w podeszłym wieku. Potrafią się dzielić z innymi. To jest taki łańcuszek. Miłość rodzi miłość.
W domach dziecka mogą znaleźć tą miłość, dostają ją?
Dostają. Oprócz odpowiedzialności, funkcjonują u nas są różne gesty, dziecko może się przytulić, dostać buziaka. Uważamy, że dzieci potrzebują tej czułości, nie tylko te najmłodsze, ale również te starsze.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze