Reklama

Czy istnieje recepta na udane małżeństwo?

We wtorek, 15 października, osiem par małżeńskich z gminy Skomlin, odebrało medale „Za długoletnie pożycie małżeńskie” nadane przez prezydenta RP Andrzeja Dudę. Otrzymali je ci, którzy na ślubnym kobiercu stanęli w 1971 i 1972 roku. W imieniu prezydenta odznaczenia wręczali starosta Marek Kieler i wójt Grzegorz Maras. Uroczystość odbyła się w zajeździe Camelot w Skomlinie.

Szacowni jubilaci to: Sabina i Marian Błaszczakowie, Irena i Zenon Czyżowie, Marianna i Józef Idasiakowie, Halina i Antoni Idasiakowie, Zdzisława i Władysław Kulakowie, Jadwiga i Władysław Olejnikowie, Krystyna i Henryk Szańcowie oraz Monika i Józef Wiśniewscy.

- Poznaliśmy się z mężem latem, w starym parku w Skomlinie, który otaczał nieistniejący dziś dworek – rozpoczyna Jadwiga Olejnik.
- Byłam tam z kuzynkami. On akurat przyjechał z wojska na urlop. Przedstawił nas sobie nasz wspólny znajomy. Władysław od razu mi się spodobał. Był przystojny, bardzo elegancki, a przede wszystkim wydawał mi się taki opanowany i spokojny. Wcześniej go nie znałam, ale on na mnie już chyba zwrócił uwagę. I tak się zaczęło.
- Jadwiga umiała grać na akordeonie i to mnie jakoś urzekło – uśmiecha się mąż Władysław.
- Pewnie te nuty wpłynęły na mnie. Odniosłem wrażenie, że od razu jej się spodobałem.
Młodzi chodzili ze sobą prawie trzy lata. Ślub wzięli 11 listopada w kościele w Skomlinie, a na weselu bawili się w sali strażackiej.
- Często śmiałam się do męża: Popatrz, Polska w tym dniu odzyskała niepodległość, a ty ją utraciłeś  - wspomina pani Jadwiga.
Zaczęło się codzienne życie. Małżonkowie przyznają, że nie mieli tylko z górki. Żadne z nich nie pochodziło z bogatej rodziny, więc wszystkiego musieli dorabiać się sami. Pani Jadwiga pracowała jako nauczycielka przedszkola, a pan Władysław prowadził warsztat stolarski.
- Na początku naszego małżeństwa przechodziliśmy trudny czas – zwierza się jubilatka.
- Cztery lata po ślubie poważnie zachorowałam. Konsekwencje tej choroby noszę cały czas. Dziś wiem, że mąż wtedy zdał egzamin z odpowiedzialności za nasz związek. Dla mnie jest to bardzo ważne.
Jaka jest recepta Państwa Olejników na małżeński sukces?
- Myślimy, że należy wypełniać wszystko z przysięgi małżeńskiej i żyć tak, aby nie myśleć tylko o sobie, ale też o tej drugiej osobie, o rodzinie. No i musi być wzajemne zaufanie, sympatia, zrozumienie. Inaczej się nie da.
Małżonkowie wychowali dwoje dzieci: Annę i Sebastiana i doczekali się czworga wnucząt.
- Chcielibyśmy wspólnie jeszcze trochę pożyć – uśmiechają się jubilaci.
- Nacieszyć tym wszystkim, co osiągnęliśmy i tym, co udało się naszym dzieciom. Zobaczyć, jak radzą sobie nasze wnuczęta. I to jest taki nasz wymarzony cel.
Państwo Halina i Antoni Idasiakowie mieszkają we Wróblewie. Ona pochodzi stąd, on z niedalekiego Bojanowa. Poznali się na zabawie w Skomlinie.
- Przetańczyliśmy wtedy całą noc – uśmiecha się pan Antoni.
- Spodobała mi się ta dziewczyna. Miała tak fajnie ścięte włosy, które z przodu lekko się falowały.
- A mnie ujęło to, że był tak elegancko ubrany, potrafił się zachować – mówi pani Halina.
- Widać było w nim kulturę i inteligencję. Posiadał klasę i w tym był podobny do mojego ojca, który zawsze mi imponował. Cieszył się takim poważaniem i uznaniem w społeczeństwie. I ja ten wzór chyba przenosiłam na chłopców.

Reklama

Młodzi chodzili ze sobą pięć lat. W tym czasie Antoni odbył też służbę wojskową.
- To była naprawdę zabójcza miłość – śmieje się jubilat.
- Życzyłbym wszystkim, aby ich narzeczeństwo było takie, jak nasze. Kiedy byłem w wojsku to pisaliśmy do siebie listy nawet dwa razy w tygodniu.
Na ślubnym kobiercu stanęli 23 września 1972 r. Sakramentalne „tak” powiedzieli sobie w kościele w Mokrsku.
- Pogoda była wtedy pochmurna, ale nie padało – wspomina pani Halina.
- Dopiero, jak wracaliśmy ze ślubu, to się bardzo mocno rozpadało. Wesele było maleńkie, takie kameralne, bez tańców, bo mieliśmy wtedy żałobę po teściu. A ze ślubem musieliśmy się pośpieszyć, bo mąż szedł na szkołę milicyjną, a wiadomo, jakie wtedy były czasy.
Pan Antoni pracował najpierw w milicji, a później w policji. A pani Halina, jak sama mówi, z niejednego pieca chleb jadła.
Wychowali dwie córki: Beatę i Małgorzatę i doczekali się czwórki wnucząt.
Jaka jest ich recepta na tak długi staż małżeński?
- Przede wszystkim wzajemne zrozumienie – mówi bez wahania pan Antoni.
- Bo małżeństwo to nie tylko dni usłane różami. Nieraz trzeba umieć wytłumaczyć sobie pewne sprawy. A ciche dni? Ja takich nie uznawałem. Jeśli zdarzyło nam się poróżnić, to szybko zmieniałem temat, zadawałem jakieś pytania po to, by się zbliżyć do żony i przeprosić. Nigdy nie potrafiłem się długo gniewać.
- Ja byłam stanowczą kobietą – przyznaje pani Halina.
- Jak coś postanowiłam, to musiałam dopiąć. Ale doszłam do wniosku, że ciche dni nic nie dają - co miałam powiedzieć, to powiedziałam. Czasem nawet ostrzej. A potem dalej ciągnęliśmy wspólnie ten wóz. Więcej może było pod górkę, ale dzięki Bogu razem wszystko przetrwaliśmy.
Medalem odznaczone zostało jeszcze jedno małżeństwo o tym samym nazwisku. To Marianna i Józef Idasiakowie z Walenczyzny, gdzie też się poznali.
- Mąż jest stąd, a ja ze Skomlina – mówi pani Marianna.
- Tu przyjeżdżałam do mojej siostry i tak jakoś się zakolegowaliśmy. Spodobała mi się jego gadka.
A potem koleżeństwo przerodziło się w głębsze uczucie, które swój finał znalazło na ślubnym kobiercu. To było 24 kwietnia 1971 r.
- Padał wtedy deszcz – wspomina pani Marianna.
- Mówi się, że to źle wróży, ale ja we wróżby nie wierzę. Uważam, że co ma być, to będzie. Ślub braliśmy w Skomlinie. Do kościoła mieliśmy iść na nogach, bo z Kusocińskiego to niedaleko. Ale jak zaczęło padać, to musieliśmy jechać samochodem. Wesele było skromne, w domu. Znajomy męża przygrywał na akordeonie. Była tylko najbliższa rodzina.
Dla pani Marianny Idasiak przepis na udane małżeństwo jest prosty.
- Trzeba wypełniać wolę Boga i iść przez życie, jak mówią przykazania. Każdy musi znać swoje obowiązki i dobrze je wykonywać. I tak było u nas na gospodarce. Wychowaliśmy czwórkę dzieci i trzeba było dbać, aby w domu było co jeść i aby było za co zrobić opłaty, bo wtedy żadnych dodatków na dzieci nie dawano.
Państwo Idasiakowie cieszą się dziś dwunastką wnucząt i piątką prawnucząt.
Czego złoci jubilaci życzą sobie na kolejne lata?
- Przede wszystkim zdrowia – kończy z uśmiechem pani Marianna.


Ela Wodecka
[email protected]

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości