Zaczął biegać z kolegą, który chciał zrzucić zbędne kilogramy. Okazało się, że połknął bakcyla i biegi, zwłaszcza górskie, stały się jego pasją. Marcin Modliński w ubiegłym roku ukończył niezwykle wymagający ultramaraton górski Bieg 7 Szczytów, czyli pokonał 240 km w 47 godzin i 35 minuty. Kolejne wyzwanie to 6 x Babia Góra. Mieszkaniec Dylowa Szlacheckiego przyznaje, że bieganie jest dla niego odskocznią od codzienności, a przede wszystkim daje motywację do działania i pomaga walczyć ze swoimi słabościami.
Osiem lat temu zaczęło się od marszobiegów trzy, cztery razy w tygodniu. Z czasem dystans się zwiększał i było mniej chodzenia, a więcej biegania.
- Do biegania namówił mnie kolega, bo chciał zrzucić parę zbędnych kilogramów. Ja nie miałem takiej potrzeby, raczej do towarzystwa biegałem – wspomina Marcin Modliński.
Wcześniej częściej siadał na rower, ale to biegi bardziej go wciągnęły. Przez około półtora roku skupił się na samodzielnym trenowaniu. Później stał się członkiem Klubu Biegacza Warta.
- Nawet nie wiedziałem, że w Pajęcznie działa taki klub. W drugiej edycji Biegu Pajęczańskiego pobiegłem jeszcze jako niezrzeszony klubowicz. Kolega mnie jednak wciągnął i razem z żoną zapisaliśmy się, i na pewno nie żałujemy – przyznaje Modliński.
- Żona wcześniej też jeździła w klubie kolarskim, miała także sportowe zapały. W tym samym czasie praktycznie zaczęliśmy biegać, ale każdy osobno.
Marcin na początku brał udział w biegach tzw. ulicznych na dystanse pięć, 10 i 15 kilometrów. Uczestniczył też w półmaratonach. Przekonał się jednak, że tego rodzaju starty nie dają mu tak dużej satysfakcji, jak biegi górskie. Ta przygoda rozpoczęła się od festiwalu biegowego w Krynicy Zdrój. Najpierw był dystans 34 km, potem 64, a drużynowo (w trójkę) 100 km. Podkreśla, że bieg w drużynie należał do bardzo wymagających. Zajęli jednak siódme miejsce i zdobyli przede wszystkim bezcenne doświadczenie.
- To jest obcowanie z przyrodą, góry mają swój klimat, a nocne bieganie też ma urok – mówi o zaletach długodystansowych biegach górskich.
- Na takich biegach pokonuje się swoje bariery, człowiek jest sam ze sobą i każdy ma swoją górę, którą trzeba zdobyć. Poznaje się organizm, psychikę.
Kolejnym wyjątkowym przeżyciem był bieg na 98 km w Szczawnicy tzw. ,,Niepokorny Mnich’’. Ukończył go w 13,5 godziny. Kiedy na mecie zadzwonił do żony, uronił łzy szczęścia. W ubiegłym roku dokonał następnego wyczynu.
- O Biegu 7 Szczytów usłyszałem też od kolegi z klubu, Michała Wawrzyniaka, który wystąpił w nim w 2018 r. To jest też festiwal biegowy, są różne dystanse, z czego najdłuższy ma 240 km – wyjaśnia Modliński.
- Niektórzy pokonują odległość 130 km, czyli od Lądka Zdroju do Kudowy, a z Kudowy do Lądka jest jeszcze 110 km. Koledze w 2018 r. nie udało się go skończyć, a ja jeszcze wtedy nie myślałem o starcie. Dopiero pół roku przed biegiem inny kolega zapytał, czy nie wybrałbym się z nim. Stwierdziłem więc, że może spróbuje.
Ostatecznie w lipcu 2020 r. Marcin wystartował z prezesem Klubu Biegacza Warty, Jackiem Mruszczykiem. Regulamin biegu zakłada pokonanie najtrudniejszego ultramaratonu górskiego w Polsce w ciągu 52 godzin. Na trasie wyznaczonych jest siedem punktów żywieniowych, jeden punkt średnio co 20 parę kilometrów.
Prezes na 155 km zakończył swój start, a Modliński pozostał w grze.
- Różnie się biegło, na początku pogoda zapowiadała się fatalnie. Trzy dni praktycznie non stop padało, przestało dopiero przed naszym startem. Przez pandemię nie mieliśmy wspólnego startu, tylko co 15 sekund był wypuszczany kolejny uczestnik. Byłem zdeterminowany, żeby biec. W międzyczasie złapał nas też deszcz, który przeczekaliśmy pod drzewami – relacjonuje.
- Biegłem dwie nocki, najgorszy był brak snu i zmęczenie. Wchodząc pod wzniesienia, bo nie daje się wbiec, zasypiałem podczas tego marszu. Wystarczył jednak delikatny trucht, a organizm ponownie się nakręcał. Wzrok też płatał figle, zaczęły się majaki, np. kątem oka widziałem psa, a okazało się, że był to krzak, tylko liście miał innego koloru niż pozostałe. Myślałem też, że ludzie stoją w kamizelkach odblaskowych, a to słońce przebijało między drzewami i dawało taki efekt z daleka. Była możliwość drzemki na trasie, ale bałem się, jak zareaguje na nią organizm, czy ruszyłbym dalej.
Taktyka Marcina sprawdziła się, bo znalazł się na mecie po 47 godzinach i 35 minutach, zajmując 44. miejsce. Warto podkreślić, że 240 km pokonało jedynie 85 osób z 235, które wystartowało.
- Czułem wzruszenie i zdziwienie jednocześnie, że organizm wytrzymał, bo pod koniec miałem problemy z Achillesem. Wielki szacunek też dla Jacka, że powitał mnie na mecie i po tych ponad 150 km miał siłę rano wstać – dodaje biegacz z Dylowa Szlacheckiego.
Modliński zdradza, że nie planuje na razie udziału w kolejnym Biegu 7 Szczytów. Celem w tej chwili jest 6 x Babia Góra, czyli sześć razy wbiega się i zbiega ze szczytu. Od pierwszej edycji, czyli od 2013 do 2016 r. zaledwie siedem osób ukończyło go w wyznaczonym czasie 17 godzin. Marcin przyznaje, że jeśli uda się ta sztuka pięć razy, to już będzie sukces. W tegorocznym kalendarzu zawodów jest także Iron Run w Krynicy, czyli dziewięć biegów w trzy dni, z czego najdłuższy na 64 km.
Na swoim koncie ma już zwycięstwo w swojej kategorii wiekowej w cyklu biegów górskich w Lasach Łagiewnickich w Łodzi. Dobre występy zaliczył też z kolegami z klubu m.in. w zawodach w Olsztynie.
- Każdy z nas przede wszystkim biega indywidualnie, ale próbujemy raz, dwa razy w tygodniu robić wspólne treningi, spotkania. Trzy lata z rzędu organizowaliśmy zajęcia dla dzieci, taką jesienną akademię biegania. Jest duża frekwencja, co bardzo cieszy. W tym roku żona z koleżanką zainicjowały też biegi dla starszych – wyznaje Modliński.
Do Marcina trafiła w tym roku statuetka od społeczności Dylowa Szlacheckiego za osiągniecia sportowe oraz godne reprezentowanie wsi, co odebrał jako bardzo pozytywne i miłe wyróżnienie.
- Bieganie jest dla mnie odskocznią od życia codziennego, motywuje też do działania, bo trzeba wyjść na trening, niezależnie od pogody. Pokonuje się jakieś swoje granice i w ogóle jakikolwiek sport pomaga ruszyć się z kanapy dla zdrowia – podsumowuje 43-latek.
- Niektórzy nazywają mnie wariatem, ale nie wiedzą, że naprawdę można pokonywać coraz dłuższe dystanse. Nie zapisują się do klubu, bo myślą, że są tam sami zawodowcy, a tak nie jest. Bieganie z innymi ludźmi, dla których też jest to pasja, motywuje jeszcze bardziej i nakręca. W klubie są też starsze osoby, które biegają, więc nie ma chyba granic wiekowych. Dopóki, jak się mówi, noga podaje, to się biega.
Katarzyna Cieślik
[email protected]
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze