Reklama

Komu co przeszkadza

- Tutaj nie można wytrzymać. Żyć się nie da – skarży się Barbara Zawierucha, mieszkanka sołectwa Stacja Trębaczew. A chodzi o sąsiadujący z jej posesją plac zabaw, na który wprawdzie wyraziła zgodę, ale nie przypuszczała, że będzie tak uciążliwy. – To są bzdury, niech pan jej nie słucha. Jej wszystko przeszkadza – odpowiada na zarzuty mieszkanki sołtyska Ewa Leszczyk.

O życia ciągłym „umilaniu”
Barbara Zawierucha kilkakrotnie kontaktowała się z redakcją, wręcz błagając o interwencję i zainteresowanie się sprawą. Reporterzy „Kulis …” nie mogli pozostać obojętni i czym prędzej ruszyli do sołectwa Stacja Trębaczew. Pokrzywdzona przyjęła dziennikarzy na podwórku.
- To miał być plac zabaw dla malutkich dzieci, a tu przychodzą w nocy „stare konie” – mówi wyraźnie zdenerwowana.
- Sołtyska butelki po nich zbiera i jeszcze się z tego śmieje. My tu mieszkamy z siostrą i nie możemy tego wytrzymać – irytuje się Barbara Zawierucha. 
- Proszę to opisać, bo jak nie, to powiadomię telewizję i przyjedzie redaktor Elżbieta Jaworowicz – zapowiada.
Zawierucha zaznacza, że nie pozwoli sobie, aby jej ktoś „umilał” życie, dokuczał i robił z niej żarty. Opowiada o niegrzecznym zachowaniu dzieci, które jak mówi są bardzo rozpuszczone i rzucają w nią małymi kamykami.
- Ja sobie nie pozwolę. Mój syn ma wszystko nagrane, jak się te dzieci zachowują tutaj – podkreśla Barbara Zawierucha.
- A jak się zachowują? – pyta reporter, zaraz po tym, gdy dowiaduje się, że filmów nie zobaczy, bo syna nie ma w domu.
- Krzyczą, piszczą, jest jeden wielki hałas – odpowiada Barbara i dodaje, że już kilka razy wzywała policję i jak postraszy dzieci, że znów zadzwoni, to się trochę boją.
Zawierucha uważa, że sołtyska powinna kontrolować plac zabaw i go zamykać o odpowiedniej porze, tak żeby „wilk był syty i owca cała”.
- Ona mieszka sześć domów ode mnie, więc powinna przychodzić to na noc zamykać, daleko nie ma. A przychodzą tu takie „byki” i o trzeciej w nocy się budzę. Przecież sąsiedzi też to słyszą, ale chyba się boją zwrócić uwagę. Bo to jest wielka sołtys roku, jej to nie przeszkadza – załamuje ręce Barbara Zawierucha, zaznaczając kolejny raz, że nie życzy sobie, by pod jej płotem ktoś wiecznie hałasował.
- Powinna iść do burmistrza, żeby burmistrz ograniczył prawa dzieciom, żeby plac był otwarty tylko do pewnej godziny – proponuje mieszkanka.

O telewizji, co zlikwiduje wszystko
Zawierucha zaznacza, że nie ma nic do dzieci i młodzieży z wioski. Chce tylko świętego spokoju. Ale jeśli nie da się sprawy załatwić polubownie, to jest już zabezpieczona, na wypadek, gdyby sprawa trafiła do ogólnopolskich mediów.
- Sołtyska sobie lekceważy wszystko. Rodzinę ma całą rodzinę, a córka ma sklep, co bez pieniędzy dają… To kto za mną pójdzie? Niech sołtyska robi co do niej należy. A nie, że sobie wystawiła namiot z „Lechem” i jeszcze piła piwo. Moja koleżanka jej zrobiła zdjęcie. Pójdzie to do telewizji – zapewnia poirytowana, by chwilę później dodać, że i ona piwko lubi wypić, ale lekarz jej pozwolił…
Barbara Zawierucha ma także pretensje do szefa działoszyńskiego ratusza, z którym nie może znaleźć dialogu.
- Z burmistrzem to nie można się dogadać. Z początku było mówione, że będę miała ocieplenie budynku zrobione i co? Nic nie jest zrobione – zauważa i dodaje, że gmina weszła na działkę bezprawnie i ani plac zabaw, ani świetlica nie powinny powstać.
- Tu spokojnie się nie da żyć. Po prostu się nie da – kręci głową, dodając że ma 56 lat i chciałaby w końcu odpocząć.
Na koniec rozmowy z reporterami, kobieta kolejny raz zaznacza, że cała wieś boi się sołtyski i nic złego na nią nie powie. Przyznaje też, że właściwie to są z sołtyską rodziną.
- Ludzie się jej boją. Jak pani sołtys zarządzi, tak tutaj musi być – stwierdza stanowczo.
- Czy problem rozwiązałoby zamykanie tego placu wieczorami? – pyta dziennikarz.
- Ja bym chciała, żeby tu był spokój i tyle. Jak przyjedzie tu telewizja, to to wszystko zlikwidują… Ja tego nie popuszczę – zakasuje rękawy Barbara Zawierucha.
Mieszkanka Stacji Trębaczew uważa, że plac zabaw jest zbudowany nielegalnie i niezgodnie z przepisami, bo po pierwsze jest za blisko jej płotu, a po drugie na nieuregulowanej prawnie działce.

Reklama

O libacjach, których nie ma
Ewa Leszczyk, sołtys Stacji Trębaczew, bez zwłoki oddaje się do dyspozycji dziennikarzy. Chce rozmawiać, bo jak zaznacza, nie ma nic do ukrycia.
- Paranoja, ona tak zwie na te dzieci. Siódemka dzieci przyjdzie i jej przeszkadzają – mówi o niezadowolonej mieszkance.
Zapewnia, że o godzinie 20:30 na placu nie ma żadnego dziecka, choć go nie zamyka, bo nie widzi takiej potrzeby.
- Tu nie ma żadnych libacji. Ja Wam wszystko pokażę – mówi Ewa Leszczyk.
Gospodyni wsi nie obawia się najazdu mediów, nawet tych ogólnopolskich.
- Jeśli redaktor Jaworowicz zainteresuje się sprawą, to niech przecież przyjeżdża. Zapraszamy. Będzie darmowa reklama naszej świetlicy i to na całą Polskę – rzuca z uśmiechem.
Wysłannicy „Kulis …” jadą z sołtyską do wiejskiej świetlicy i na plac zabaw, o który idzie. Na miejsce przychodzą też inni mieszkańcy wsi. W tym także Krystyna Sadło, bezpośrednia sąsiadka działki od zachodniej strony. O dziwo, kobieta nie ma żadnych pretensji i nie widzi nic złego w takim sąsiedztwie.
- Mnie ani świetlica, ani te dzieci nie przeszkadzają – mówi Krystyna Sadło.
- Te dzieci nie robią nic złego. Gdzie się mają bawić? – pyta jakby retorycznie bezpośrednia sąsiadka świetlicy wiejskiej.
- Przecież ona jest niepoważna. Dzieci się jej boją, uciekają przed nią – dodaje Sadło.
Sołtyska dorzuca, że w końcu dzieci mają gdzie się bawić, bo wcześniej we wsi nic nie było.
- Chodzili i bawili się przy torowisku, bo nie mieli swojego miejsce. Teraz mają, to znów komuś to przeszkadza – irytuje się.
- Wszystko jej przeszkadza. A jej syn grozi tym dzieciom, że im łeb potrzaska, że zęby powybija. I takie głupie gadki są non stop – mówi Henryk Łuczak, mieszkaniec Stacji Trębaczew.
Łuczak nie może uwierzyć, że komuś może przeszkadzać sąsiedztwo placu zabaw, szczególnie, że była wyrażana na to zgoda.1
- Ja tu nie widzę żadnego problemu. To było kupione pod plac zabaw, no i jest. Przecież wyraziła zgodę i koniec tematu. Tylko ona na całą wieś ma pretensje – dodaje podniesionym głosem doświadczony wiekiem mężczyzna.
Mieszkańcy zwracają uwagę, że w tym samym budynku, co Barbara Zawierucha, mieszka jej siostra.
- Jej to jakoś nie przeszkadza. Nigdy nic na ten temat nie mówiła – zauważają.

O pracy, za którą nie ma „dziękuję”
Ewa Leszczyk zauważa, że zanim doszło do wyodrębnienia sołectwa Stacja, mieszkańcy nie mieli od gminy praktycznie nic.
- Tu nie było porządnej drogi, nie było chodnika. Myśmy się spotykali pod budynkiem stacji PKP, albo pod sklepem – opowiada sołtyska.
Leszczykowa wraz z mieszkańcami oprowadza nas, po dopiero co (we wrześniu 2020) oddanej do użytku, nowej świetlicy wiejskiej i pokazuje plac zabaw, siłownię napowietrzną oraz garaż, w którym przetrzymuje ławki i stoły, na potrzeby imprez plenerowych. Sala, obejście, plac, a nawet garaż są zadbane, wysprzątane bardzo dokładnie – choć dziennikarze nie umawiali się wcześniej na wizytację obiektu.
- Człowiek się stara, poświęca dla wsi czas i znajdzie się taka, której wiecznie coś nie odpowiada. Ręce opadają – denerwuje się Ewa Leszczyk.
Sołtyska chwali współpracę z policją, która w jej ocenie wystarczająco często patroluje wieś. Uważa, że w miejscowości nie ma trudnej młodzieży, dlatego większe zaangażowanie policji nie jest potrzebne. Jest wdzięczna także okolicznym zakładom, które wspierają miejscowość. Wśród nich wymienia cementownię Warta i zakład kredowy Minerał.
Ewa Leszczyk nie rozumie o co może chodzić mieszkance, która przecież zwraca się do niej „ciociu”, a na jej męża woła „wuja”.
- No i widzi pan, na ciotkę idzie skarżyć do gazety. Ja bym nie poszła – kręci głową gospodyni Stacji Trębaczew.
Na koniec spotkania z dziennikarzami Ewa Leszczyk rzuca kilka zdań o niewdzięcznej roli sołtysa.
- Pracy jest masę, a nikt nawet nie podziękuje – zauważa.
- Ludzi jest w brud na zebraniu, ale żeby ktoś wstał i powiedział „Ewa dziękujemy, boś dużo dla wsi zrobiła”. Nie ma tego – uzupełnia mąż sołtyski, Andrzej Leszczyk.
- Jeszcze nikt nie powiedział „dziękuję”, mówię panu – podkreśla z żalem Ewa Leszczyk.

Reklama

O zdziwieniu z niezadowolenia
Szef działoszyńskiego ratusza zaprzecza słowom Barbary Zawieruchy, jakoby plac zabaw i świetlica zostały posadowione niezgodnie z prawem, a w dodatku na gruncie nienależącym do gminy.
- Kupiliśmy tę działkę. Została wybudowana tam świetlica, a także plac zabaw – mówi Rafał Drab, burmistrz Działoszyna.
Włodarz zaznacza, że aby mieszkańcom nowego sołectwa żyło się lepiej, gmina zainwestowała ponad 600 tys. zł. Dziwi się, że komuś to przeszkadza. Szczególnie, że dotychczas odbierał raczej pozytywne sygnały od zadowolonych mieszkańców.
- Przed inwestycją strony zapoznawały się z tym co ma tam powstać. Mam zgody sąsiadów tej działki na posadowienie tam świetlicy i urządzenie placu zabaw. Ta pani też podpisała. Dlatego dziwi mnie pana wizyta w tej sprawie – podsumowuje burmistrz.
*** 
Od początku roku, na placu zabaw, o którym traktuje artykuł, były tylko jedna interwencja policji. Na dodatek zakończyła się bez upomnień i mandatów.

Sławomir Rajch
[email protected]
 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości