Życiową pasją Andrzeja Gabrysia jest podnoszenie ciężarów. Najpierw uprawiał je z kolegami na podwórku, a potem uczył się tej sztuki w klubie. W końcu zaczął występować na ciężarowych pomostach w kraju i za granicą. Sztanga nauczyła go samodyscypliny, sumienności, ciężkiej pracy i umiejętności rywalizacji. Jednocześnie ma on w sobie spokój i dystans do siebie oraz świata, którego czasem można mu pozazdrościć.
- Myślę, że żona czuje się przy mnie bezpiecznie – uśmiecha się 63-letni Andrzej Gabryś, kilkukrotny mistrz Polski i wicemistrz Europy o nienagannej budowie ciała, ale przede wszystkim spełniony tata i mąż.
Nie pochodzi z rodziny o sportowych tradycjach. Do Skomlina przyjechał z żoną na stałe dziesięć lat temu. Wcześniej, od dzieciństwa, związany był ze Świętochłowicami na Górnym Śląsku.
- Nasza rodzina mieszkała w familoku na górniczym osiedlu – wspomina swoje dziecięce i nastoletnie lata.
- Specyfiką takich osiedli na Śląsku było to, że dzieci nie za bardzo miały gdzie się bawić. Nikt o to specjalnie nie dbał, nie tak, jak teraz. Więc same musiały sobie tę zabawę zorganizować, czymś się zainteresować. U nas jedni chłopcy poszli w piłkę, drudzy, tak jak ja, robili sobie różne siłowe konkurencje. Pamiętam, że wtedy w kioskach zaczynały ukazywać się zachodnie czasopisma z kulturystami. Chcieliśmy się trochę do nich upodobnić i każdy z nas próbował jakoś w tym kierunku działać.
Chłopcy zaczęli ćwiczyć hantlami, dźwigać ciężarki i robić proste sztangi, które następnie podnosili.
- Na początku to wszystko było bardzo małe, ale siłę wyrabiało – Andrzej mówi o tym z uśmiechem.
- Zaczynaliśmy od podnoszenia dziesięciu może dwudziestu kilogramów. Potem na sztangi dokładaliśmy kolejne talerzyki, które ktoś dorobił nam na tokarkach. Ten nasz sprzęt był bardzo nieprofesjonalny. Wszystko było niewyważone, nierówne. Nie dało się tym ćwiczyć techniki podnoszenia ciężarów.
Po pewnym czasie samodzielnych „treningów”, Andrzej za namową kolegi, zapisał się do Klubu Sportowego Sparta Zabrze, w którym działała bardzo silna sekcja podnoszenia ciężarów. Miał wtedy prawie 16 lat.
- Tam już byli trenerzy, profesjonalne sztangi, siłownia, ale miałem problem z dojazdem – opowiada.
- Razem z treningiem zajmował on mi cztery godziny. I tak trzy razy w tygodniu. Ale bardzo mnie te ciężary wciągnęły. Tam trener nauczył mnie techniki i tam osiągałem pierwsze, dobre wyniki. A techniki zaczynaliśmy uczyć się od podnoszenia patyka i przysiadów rwaniowych z rękami do góry. Trzeba było je powtarzać nawet po kilkadziesiąt razy. Później ćwiczyło się na samym gryfie, a dopiero jak się to umiało, dokładało się ciężary.
Podnoszenie ciężarów składa się z rwania i podrzutu. W rwaniu trzeba w przysiadzie jednym ruchem przenieść sztangę nad głowę, a potem wstać. W podrzucie natomiast trzeba sztangę zarzucić na klatkę piersiową, a następnie wybić ją nad głowę.
- Rwanie jest bardzo trudne technicznie, dlatego na treningach trzeba się go uczyć dłużej – wyjaśnia mężczyzna.
- Podrzut jest prostszy, dlatego swój pierwszy start miałem właśnie w podrzucie w wieku 16 lat. Podniosłem wtedy 65 kilogramów. To było na zawodach w naszym klubie w Zabrzu.
Dopiero później, gdy nauczył się rwania, zaczął startować w Śląskiej Lidze Juniorów.
Oprócz Sparty Zabrze, występowało w niej wiele silnych klubów, m. in. z Siemianowic i Szopienic, które należały wtedy do czołowych w Polsce. W miarę, jak poprawiały się wyniki, Andrzej zaczął występować w drugiej, a potem nawet w pierwszej drużynie Sparty Zabrze.
- Ja dostałem się do drugiej drużyny, z którą występowałem w drugiej lidze – relacjonuje.
- Do pierwszej drużyny, ciężko było się dostać, bo to byli najlepsi zawodnicy zatrudnieni na etatach górników w kopalni. Ale w pierwszej lidze też parę występów zaliczyłem, bo był przepis, że w pierwszej drużynie musi również występować jakiś junior. I na tej zasadzie nieraz do tej drużyny się wskakiwało.
W Sparcie Andrzej trenował i występował trzy lata. W wieku 18 lat rozpoczął pracę w kopalni jako górnik. Było mu bardzo trudno połączyć pracę z treningami, dlatego zrezygnował z występów w Sparcie i przeniósł się do Ruchu Chorzów. Odbyło się to na podstawie porozumienia tych klubów. Dojazdy na treningi do Chorzowa zabierały mniej czasu.
Gdy miał 23 lata ożenił się. Wtedy zawiesił swoją sportową aktywność.
- Ale po dwóch latach spotkałem swojego trenera z Chorzowa, który mnie namawiał na ponowne treningi i starty - relacjonuje Andrzej.
- Akurat wtedy wybudowali nową halę w Chorzowie, gdzie były bardzo dobre warunki do uprawiania ciężarów, no i uległem tym namowom. Znowu była praca, treningi i starty. Z początku było ciężko, ale później wszedłem w ten rytm. W barwach Ruchu występowałem do 33. roku życia.
Po zakończeniu czynnej kariery sportowej nie zaprzestał zmagań ze sztangą. Kilka razy w tygodniu, po skończonej szychcie w kopalni, przychodził na treningi i przerzucał kilka ton ciężarów, bo to już mu weszło w krew. Dodatkowo zajął się trenowaniem młodych ciężarowców. Zaczął brać również udział w zawodach w kategorii mastersów, czyli weteranów. Wtedy też zaczął osiągać swoje największe życiowe sukcesy. Zdobywał mistrzostwa Polski, a w 2002 r. wystartował jako weteran w mistrzostwach Europy w Sztokholmie i zajął tam 3. miejsce. W tym samym roku przeszedł na zasłużoną emeryturę. Miał wtedy sporo czasu i jeszcze bardziej mógł przyłożyć się do swoich treningów. Przyniosło to szybko wspaniałe rezultaty.
- W 2004 roku w Kołobrzegu zostałem wicemistrzem Europy – przyznaje niespodziewanie Andrzej.
- Występowałem jako młody jeszcze weteran z zawodnikami, którzy też niedawno zakończyli karierę. Wyrwałem wtedy 120 kilogramów i podrzuciłem 145 kilogramów.
W kolejnych mistrzostwach niestety, już nie wystąpił, ponieważ w 2005 r. nabawił się bardzo przykrej kontuzji, która wyeliminowała go ze startów na kilkanaście lat.
- Wypadł mi bark i miałem ponaciągane wszystkie wiązadła – pokazuje.
- Przygotowywałem się wtedy do mistrzostw, które miały się odbyć w Czechach. Już miałem wszystko opłacone, a tu pech. Do dziś przeszkadza mi ta kontuzja. Potem tylko chodziłem na siłownię poćwiczyć hantlami, ale od 2019 roku znów startuję w zawodach ciężarowców.
Za swoje osiągnięcia sportowe został uhonorowany przez Śląski Związek Podnoszenia Ciężarów tytułem „Zasłużony dla śląskiej sztangi”.
W ślady Andrzeja poszedł jego syn Marcin. Swoją karierę ciężarowca rozpoczynał pod bacznym okiem taty.
- Chodził ze mną na treningi i tak jak ja, zaczynał od kija – wspomina.
- Miał predyspozycje do ciężarów, był bardzo giętki. Salta robił już w wieku sześciu lat. Gdy był w ósmej klasie zdobył czwarte miejsce na mistrzostwach Polski do lat 16. Potem uczył się w technikum rolniczym w Dobroszycach koło Radomska, gdzie działała sekcja podnoszenia ciężarów. Osiągał tam bardzo dobre wyniki. A później z Dobroszyc poszedł do wojska i tam już został na stałe.
Jako żołnierz zawodowy Marcin Gabryś przez wiele lat był zawodnikiem Wojskowego Klubu Sportowego „Flota” Gdynia. Obecnie zajmuje się również trenowaniem sztangistów, a dodatkowo, podobnie jak ojciec, występuje na pomoście w kategorii mastersów.
Do ciekawego spotkania obu panów doszło w 2019 r. w Kwidzynie. Na odbywających się tu mistrzostwach Polski weteranów obaj zajęli 1. miejsca – Andrzej w grupie wiekowej 60 – 65 lat, a Marcin – 35 – 40 lat.
- Spełniło się moje marzenie, żeby z synem wspólnie wystartować na zawodach – nie skrywa zadowolenia skomlinianin.
- A na dokładkę obaj zdobyliśmy mistrzostwo Polski. Jestem dumny, że Marcin poszedł w moje ślady i podnosił takie ciężary, o których ja nawet nie marzyłem. W Niemczech podrzucił 210 kilogramów, a na mistrzostwach Polski, na których zdobył srebrny medal, wyrwał 165 kilogramów.
Kolejny tytuł mistrza Polski Andrzej Gabryś wywalczył w 2020 r. w Piekarach Śląskich, a rok później, w Raszynie, został wicemistrzem kraju. Teraz przygotowuje się do tegorocznych mistrzostw Polski i mistrzostw Europy.
- Te starty to będzie moja końcówka, bo na kolejne zdrowie mi już nie pozwala – zapowiada nasz rozmówca.
- Ostatnio złapałem kontuzję kolana. I to nie przy podnoszeniu ciężarów, ale na kijkach, na które chodzę z żoną. Poślizgnąłem się. Chciałem się ratować i wykręciłem sobie nogę.
Ela Wodecka
[email protected]
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze