Podobnie jak przez inne kraje Unii Europejskiej również przez Polskę przetacza się fala protestów odnośnie Europejskiego Zielonego Ładu. Przepisy, które w ciągu najbliższych 30 lat mają zapewnić staremu kontynentowi neutralność klimatyczną, mocno i bezpośrednio uderzają w rolników. Tymczasem krajowy rynek płodów rolnych od miesięcy boryka się z napływem tańszych produktów z Ukrainy. Do ogólnopolskiego strajku rolników w piątek, 9 lutego, przyłączyli się gospodarze z powiatu pajęczańskiego.
Jak informują służby prasowe policji w proteście rolników w Pajęcznie wzięło udział ponad 80 traktorów. Ich właściciele najpierw zjechali się na plac targowy do Pajęczna. Tu spotkał się z nimi wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi, Adam Nowak. Mimo tego, że powiat pajęczański to region rolniczy, na wiecu jeśli nie po to by wesprzeć to choć wysłuchać rolników, nie pojawił się żaden wójt czy burmistrz z tego terenu ani żaden ze starostów. Radnych gminnych też można by policzyć na palcach.
Po dyskusji z Nowakiem ciągniki rolnicze wyjechały w trasę w kierunku Działoszyna, tam zawróciły na rondzie i gospodarze się rozjechali w swoje strony. Tutejszym momentami trudno było trzymać emocje na wodzy, wszak gra toczy się o ich być albo nie być.
Oprócz problemów, z którymi muszą się borykać rolnicy z innych części Unii Europejskiej, produkcja rolna w Polsce mierzy się z kryzysem, związanym z napływem tańszej żywności z Ukrainy. Wpłynęło to na spadek rentowności rodzimej produkcji. Kryzys dotknął producentów zbóż, rzepaku, a obecnie problemy których źródło leży u tego samego podnóża, notują producenci cukru, miodu i owoców miękkich.
- My jesteśmy zobligowani do produkcji żywności w odpowiednich standardach, więc oczekujemy, że żywność, która ewentualnie ma napłynąć do nas, będzie miała takie same parametry – zaznacza Jacek Koziński, który brał udział w piątkowym proteście.
Reklama- Obecnie my musimy produkować drożej i jesteśmy poddani pewnym rygorom. Zgadzamy się z tym, bo też chcemy żyć zdrowo, mamy rodziny, dzieci. Mieszkańcy miast powinni mieć świadomość, że ten protest to też wyraz troski o nich. Młyny przerobiły zboże tzw. techniczne i myśmy to zjedli. A obecnie zauważyła to cała Unia Europejska, że nasza dobra żywność jest wypierana przez ukraińską.
Rolnik podkreśla, że nie można konkurować z napływem tanich produktów, jeśli sąsiedni kraj nie musi stosować takich samych wyśrubowanych norm, jeśli chodzi np. o środki ochrony.
- Poprzedni rok każdy rolnik odczuł boleśnie na własnej kieszeni – zaznacza Koziński.
- Ceny płodów rolnych spadły nawet o połowę. Cena pszenicy wynosiła 140-150 zł, dziś wynosi 70 zł. Nagle zaczyna się pojawiać pojęcie zboża technicznego, które w ogóle wcześniej nie funkcjonowało. Zastanawiam się czysto teoretycznie, gdzie są wszyscy ekolodzy, którzy nie sprzeciwiają się przywożeniu produktów zza wschodniej granicy. Tam nie ma żadnych norm, nie obowiązują takie przepisy sanitarne, jak u nas.
Rolnicy chcą wprowadzenia zakazu importu produktów ukraińskich lub nałożenia ceł.
- To embargo wcale nie jest korzystne dla Polski we wszystkich obszarach, bo przed wojną do Ukrainy więcej eksportowaliśmy niż importowaliśmy - uświadamiał zebranym Nowak.
- Embargo działa w dwie strony dlatego będziemy tych rozwiązań szukać, czyli będą cła, kontyngenty, żeby było pewne ograniczenie – obiecuje wiceminister.
Na razie obowiązujące zakazy importu nie będą cofane.
- Prowadzone są rozmowy, aby obrót był licencjonowany, wtedy łatwiej zachować kontrolę nad tym kto sprzedaje, kto kupuje, po jakiej cenie i w jakiej ilości – zaznacza.
Reklama
Ogromne niezadowolenie rolników budzą zapisy „zielonego ładu”.
- Jest kilka punktów na które się nie zgadzamy, jednym z nich jest obowiązek ugorowania aż czterech proc. powierzchni gruntów - opowiada Jacek Koziński.
- To jest rzecz niezrozumiała, ponieważ rolnik nie po to kupuje pole, aby je ugorować. To jest nasz warsztat pracy, o który musimy dbać. Obecnie proponowana jest zmiana, polegająca na tym, że możemy te cztery proc. obsiać roślinami białkowymi lecz bez stosowania herbicydów. Takie rozwiązanie porównałbym do ugorowania, gdyż ta roślina nie nada się do zbioru, bo będzie zachwaszczona. Dodatkowo takie pole jest idealnym miejscem do rozwoju szkodników i chorób – uważa.
Reklama
Przepisy zmuszają też rolników do dywersyfikacja upraw, szczególnie mocno dotknie to właścicieli gospodarstw powyżej 10 ha. Nie będą mogli siać tego, co chcą, tylko stosować się do ilości grup i upraw określanych w dodatku procentowo.
Wiceminister Nowak informuje, że wymóg ugorowania na rok został zawieszony, jest szansa, że również w kolejnych latach nie będzie obowiązywał. Pochodzący z Marzęcic polityk, dla którego praca w polu to nie pierwszyzna, zgadza się z zarzutami rolników.
- Urzędnicy unijni, ale i krajowi, nie wsłuchali się w głos rolników, kiedy przygotowywali te przepisy, no to dzisiaj ten głos rolnicy wyrażają na ulicach w całej Europie – kwituje Nowak.
Reklama- Te problemy są podobne we wszystkich krajach, choć u nas większy wpływ na rynek ma sytuacja w Ukrainie.
- Chcemy żaby Unia zrozumiała, że takie kraje jak np. Portugalia, Włochy czy Hiszpania, które nie produkują tyle zboża, korzystają z tanich produktów, ale naszym kosztem.
Rolnicy wskazują też na inne pilne potrzeby jak rozbudowanie infrastruktury portowej i kolejowej, zmniejszenie biurokracji i ułatwienie prowadzenia inwestycji rolniczych, zwiększenie pomocy de minimis do 50 tys. euro, odstąpienie od zakazu stosowania nawozów azotowych między listopadem a końcem lutego a także oczekują od rządu większego wsparcia.
- W tej chwili robi się tragedia z pracą rolnika i z jakąkolwiek opłacalnością – uważa rolnik Przemysław Krzypkowski.
- Póki co największy problem jest ze zbożem, ale to samo zaczyna się robić z cukrem czy miodem. Po kolei. Jeśli wejdą nawet blokady, to za późno, bo rynek jest zalany tanim towarem. Ten scenariusz już się powtórzył – kończy rolnik.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze