91-letni Stanisław Jura to kurowianin z krwi i kości. Tu się urodził, tu minęło jego dzieciństwo i młodość, tu upłynęło w olbrzymiej większości jego dorosłe życie. Często wraca myślami do wojennej historii, choć, kiedy wojna wybuchła, miał zaledwie 9 lat. Niektóre sytuacje z tamtych czasów głęboko zapadły mu w pamięci.
Stanisław Jura był jednym z jedenaściorga dzieci Jadwigi i Jana Jurów. Urodził się w 1930 r. w Kurowie.
Kurów tamtych czasów był zupełnie inną wsią, niż obecnie. Przeważały drewniane domy kryte strzechą. Drogi były gruntowe i w czasie deszczów lub roztopów zamieniały się w błotniste bajora trudne do przebycia. Życie tu łatwe nie było. W takim otoczeniu wychowywał się Stanisław. Od wczesnych lat wraz z rodzeństwem musiał pomagać w 8-hektarowym gospodarstwie swoich rodziców.
- Mama była chorowita – rozpoczyna swą opowieść Stanisław Jura.
- Musiała ciężko pracować, ale dożyła 80 lat. Tata nie miał lewej ręki, aż po łokieć. Stracił ją przy cięciu sieczki. Ale tą jedną ręką, która mu została, potrafił wszystko zrobić. Też dożył takiego wieku. A wtedy było biednie, nie tak jak dziś. Jak rodzice pojechali do miasta i przywieźli nam stamtąd bułkę i takiego twardego cukierka za jeden grosz, to była wielka radość.
Gdy Stanisław miał 7 lat, rozpoczął naukę w kurowskiej szkole. Ale zdążył ukończyć tylko dwie klasy, bo 1 września 1939 r. wybuchła wojna. Rozpoczęła się ona między innymi od zbombardowania Wielunia.
- Pamiętam, jak atakowali Wieluń – zamyśla się.
- Mgła była taka, że nic nie było widać. Słychać było tylko wybuchy.
Do Polski wkroczyli Niemcy. Mieszkańcy Kurowa i wielu sąsiednich miejscowości rozpoczęli ucieczkę przed wojskami agresora.
- Tata zdecydował, że będziemy uciekać przed Niemcami za Wartę – wspomina.
- Uciekaliśmy wozem, na który załadowaliśmy mąkę, chleb, inną żywność, jakieś pierzyny. Mama ze starszą siostrą Heleną pędziła krowy. Jak żeśmy przeszli już Wartę, to okazało się, że Niemcy też już ją przekroczyli, więc uciekaliśmy dalej, na Łódź. Ale tam już nie dojechaliśmy, bo front nas przegonił. Dotarliśmy tylko do Zduńskiej Woli. Pamiętam, jak mama wydoiła krowy i poczęstowała naszych żołnierzy mlekiem, to wypili je z wielkim smakiem, chociaż było jeszcze nieprzecedzone i trochę brudne. Mówili, że jest bardzo czyste, bo oni już pili wodę z kałuż.
Pod Zduńską Wolą rodzina Jurów rozdzieliła się i rozpoczęła powrót do rodzinnej wsi. Ojciec wozem z dziećmi wrócił wcześniej, matka z krowami dwa tygodnie później.
- Przez ten czas, jak uciekaliśmy, naszym domem opiekowała się narzeczona mojego najstarszego brata – śmieje się Stanisław.
- Jej rodzina została tutaj. Karmiła kury i zbierała jajka. Jak przyjechaliśmy z powrotem, to tych jaj było pełno. Stodoła była otwarta, na klepisku leżało proso, a kury tym prosem żyły i niosły jaja, że hej.
Po powrocie z ucieczki, Jurowie i inni mieszkańcy Kurowa, musieli zająć się podupadłymi gospodarstwami. Wykopywano ziemniaki, obsiewano pola. Życie toczyło się dalej, ale teraz już w atmosferze terroru i ciągłego strachu przed aresztowaniem i wywózką na roboty w głąb Rzeszy lub do obozów. W czerwcu 1940 r. zaczęło się wysiedlanie mieszkańców Kurowa.
- Wiedzieliśmy już wcześniej, że Polacy będą stąd wypędzeni, a w ich miejsce przyjadą Niemcy – wyraz twarzy Stanisława poważnieje.
- Dlatego przez pewien czas uciekaliśmy na noc do kuzyna do Srebrnicy. Zabieraliśmy ze sobą też krowy. A tata zostawał na noc w domu, ale spał w stodole. Akurat wtedy, kiedy Niemcy przyjechali zająć nasze gospodarstwo, tych krów nie zabraliśmy. Wszystko dostało się Niemcom. Wtedy nie wróciliśmy już do domu. Tata ukryty w stodole, słyszał, jak Niemcy bili naszego sąsiada.
Kurów zajęła ludność niemiecka przesiedlona z terenów Wołynia. Każda z rodzin zajmowała tutaj 2 -3 gospodarstwa, które łączono w całość. Budynki były wykorzystywane w różny sposób.
- W naszym domu Niemiec zrobił sobie świniarnię – mówi.
- Po wojnie, jak już wróciliśmy na swoje, to tata musiał wyremontować dom, żeby można było tam znów mieszkać.
Aby uniknąć wywózki, Jurowie - pozbawieni gospodarstwa - musieli znaleźć pracę. Udało im się ją znaleźć w Kurowie i pobliżu. Ojciec zatrudnił się u krawca z Wielunia w jego posiadłości. Jedna z sióstr była służącą u Niemca w Kurowie, a druga pracowała początkowo w Mątewkach w gospodarstwie u folksdojcza. Później wyjechała do roboty pod Namysłów. Brat pracował w miejscowym sklepie. Matka też znalazła we wsi robotę w jednym z gospodarstw. Był przy niej najmłodszy syn Antoś. Staszek, który wtedy miał 10 lat, przebywał początkowo w Srebrnicy u kuzyna rodziców, a później u jego teścia.
- Byłem tam przez lato i zimę – wspomina.
- Latem pasłem krowy, a w zimie to już musiałem młócić cepami zboże. A później to poszedłem do Mątewek, do tego folksdojcza, gdzie poprzednio była moja siostra, która pojechała do roboty pod Namysłów.
Tu Staszek przebywał już do końca wojny. Był robotnikiem od wszystkiego.
- Musiałem paść cztery krowy, które trzymałem na powrozach, zgarniać ścierniska, wiązać snopy – wylicza.
- Pamiętam, jak kiedyś wiązałem snopki za kosiarzem z takim Banaszakiem, dwa lata starszym ode mnie. Ja byłem jeszcze słaby, to robiłem takie małe snopki. On je wiązał i jemu się zdawało, że musi wiązać za często. A jak on układał snopki, a ja musiałem je wiązać, to były dla mnie za duże. Ale trzeba było robić.
Wynagrodzeniem za pracę było tylko wyżywienie. A wyżywienie miał kiepskie. Najczęściej ziemniaki w łupinach i polewka z chudego mleka.
- Kartki na żywność miałem jak Niemcy, więc chleba mi nie powinno brakować – mówi.
- Bo gdybym mieszkał z mamą, miałbym kartki polskie, a za takie można było kupić dużo mniej żywności. Moje brała gospodyni. Kupowała na nie, a mnie dawała tylko tyle, ile chciała. Na te kartki były nawet cukierki, ale ja ich nie dostawałem. Jednak nieraz mogłem sobie podchlebić. Jak wyjeżdżała, to opiekowałem się jej synem Robertem. Wtedy musiałem upiec mu jakiegoś naleśnika i mogłem też upiec sobie.
Mama odwiedzała Staszka raz na pół roku. Chłopcu było ciężko. Wojna zabrała mu najlepsze lata dzieciństwa.
- Zamiast się uczyć, to trzeba było Niemcowi d… wycierać – podsumowuje.
W 1945 r. Niemcy z Kurowa i okolic, w tym również gospodarze, u których pracował Stanisław, uciekli przed Armią Czerwoną.
- Wróciłem wtedy do domu do Kurowa – opowiada.
- Byli tu już rodzice. W naszym mieszkaniu Niemcy zrobili oborę, więc mieszkaliśmy w domu sąsiadów, których wywieziono w czasie wojny za Warszawę. Zanim stamtąd wrócili, korzystaliśmy z ich domu i remontowaliśmy nasz. Niemcy, jak uciekali, to zabrali ze sobą konie, wozy, krowy, gdzieniegdzie zostały jakieś świnie. Ale te znów pozabijali Rosjanie, jak weszli. Piekli je, gotowali, więc trzeba było wszystkiego od nowa się dorabiać.
Był to trudny czas dla ludzi, którzy z wojennej tułaczki wrócili do swoich domostw. Chociaż wieś uniknęła zniszczeń w czasie przejścia frontów, to została ogołocona z inwentarza i sprzętów gospodarskich. Wszystko wymagało napraw i odbudowy. Mimo to życie powoli wracało do normy.
- Tata kupił takiego małego konika – opowiada Stanisław.
- Zaczęliśmy orać i robić w polu. Inni też się powoli dorabiali, chociaż wtedy były obowiązkowe dostawy. I zboże, mleko, czy mięso, trzeba było oddawać państwu za grosze.
Niedługo po wyzwoleniu, w Kurowie zaczęła działać szkoła. Dzieci rozpoczęły odrabianie wojennych zaległości.
- Ja też poszedłem do szkoły, ale od razu do piątej klasy – Stanisław Jura macha ręką.
- Miałem wtedy 15 lat. Do trzeciej i czwartej już nie chodziłem. Potem w drugim roku zrobiłem i szóstą, i siódmą. A potem jeszcze taki kurs klasy ósmej, więc nie było ciągłości tej mojej nauki. Mama chciała, żebym poszedł do gimnazjum w Wieluniu. Już złożyłem papiery, ale bałem się, że nie dam sobie rady. Wyciągnąłem je i do szkoły nie poszedłem. Pomagałem rodzicom w gospodarstwie.
Potem przez 3 lata Stanisław pracował w sklepie należącym do Gminnej Spółdzielni Samopomoc chłopska. Sklep mieścił się w domu ludowo-strażackim.
- Nie lubiłem tej roboty, chociaż płacili tysiąc złotych – przyznaje nasz rozmówca.
- Ja tam i sprzedawałem, i sprzątałem, a jak był skup jajek, to trzeba było nawet skrzynki ponaprawiać. Odszedłem, bo w sklepie było jakieś manko.
Potem wyjechał na Dolny Śląsk. Tu pracował w fabryce gipsu w Kowarach koło Jeleniej Góry. Tam miał wypadek, w wyniku którego jego palce ręki stały się mniej sprawne.
Kolejnymi etapami życia młodego Stanisława była służba wojskowa, a potem praca na Górnym Śląsku.
- Poszedłem tam na kurs tynkarza mechanicznego – wspomina.
- Zrobiłem też jeszcze kurs murarski. Pracowałem na wielu budowach. Budowaliśmy różne hale, ale żyć mi tam było ciężko. Chciałem sobie na tym Śląsku kupić motor, ale nie miałem za co, bo zarobionymi pieniędzmi pomagałem swoim rodzicom – tu, w Kurowie.
Stanisław wrócił do rodzinnej wsi. Pomagał w gospodarstwie swoich rodziców, a równocześnie, jako doświadczony murarz, pracował na budowach w okolicy. To między innymi dzięki niemu, Kurów i inne wioski zmieniały się z drewnianych na murowane.
W 1957 r. ożenił się z Jadwigą, kurowianką. Kiedy pojawiły się dzieci, wzrosły również potrzeby finansowe. Stanisław, oprócz pracy w gospodarstwie i na licznych budowach, podjął się kierowania kinem objazdowym. Każdego dnia, wieczorem, ze swoim pomocnikiem, który był operatorem w tym kinie, ładowali sprzęt na wóz konny i jechali do okolicznych wsi wyświetlać film. Salami filmowymi były najczęściej świetlice i remizy.
- Jeździliśmy do Białej, Turowa, Gaszyna, Dąbrowy, Brzozy i Chotowa – wylicza.
- Codziennie na inną wieś. Sale, często z powybijanymi oknami, nie były ogrzewane. Latem było tam jako tako, ale zimą bardzo zimno. Jak wyświetlaliśmy dobry film, to publiczności było dużo, a jak jakie ruskie byle co, to i chętnych brakowało. A plan trzeba było wykonać. Ale ludzie raczej przychodzili, bo wtedy nie było telewizji.
Swoją przygodę z kinem zakończył po kilku latach.
- Nie mogłem się zgodzić z pomocnikiem, bo on chciał rządzić – Stanisław macha ręką.
- Ale to ja byłem kierownikiem, a on operatorem. Ech… zrezygnowałem z tej pracy w kinie.
Późniejsze lata Stanisława Jury to już coraz większa stabilizacja. Z żoną wychowali trójkę dzieci: Marię, Marka i Elżbietę. Mężczyzna rozwinął swoje gospodarstwo, wybudował dom i bardzo dużo pracował społecznie. Był strażakiem, śpiewał w zespole działającym przy Kole Gospodyń Wiejskich w Kurowie, a w miejscowej orkiestrze jeszcze dziś zdarza mu się zagrać.
Co warto robić w życiu, żeby nie mieć poczucia marnowanego lub zmarnowanego czasu, a czego robić nie warto?
- Na pewno dobrze jest się uczyć, a nie warto używać alkoholu i palić papierosów – 91-latek odpowiada po długim namyśle.
Elżbieta Wodecka
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze