Reklama

Ogląda Polskę z rowerowego siodełka

Damian Łacina jest nauczycielem geografii w Zespole Szkół nr 3 im. Mikołaja Kopernika w Wieluniu. Jego pasją są wycieczki rowerowe - krótsze, jednodniowe po okolicach Wielunia i dłuższe, wielodniowe po dalszych regionach naszego kraju. Swoją pasją stara się również zarażać młodzież.

Pierwszy rowerek Damiana był niebieski i miał trzy kółka. Dumnie krążył nim po osiedlu i pewnie jeszcze nie myślał, że kiedyś rower stanie się jego żywiołem. Gdy chodził do szkoły podstawowej, trasy stały się dłuższe. Jeździł ze swoim tatą małym składakiem na wieś, do Piskornika. Były to jego pierwsze wyprawy turystyczne.

- Mieliśmy taki specjalny punkt, gdzie zawsze się zatrzymywaliśmy, aby wypić wodę i coś zjeść – mówi Damian Łacina.
- Tak się przyzwyczaiłem do tego miejsca, że nawet, gdy nie byłem zmęczony, prosiłem tatę, żebyśmy się zatrzymali w naszym miejscu. Nieraz w trakcie wycieczki próbowałem tacie uciekać. Zachowywałem się, jak kolarz, który ucieka z peletonu. Chyba już od dzieciństwa roznosiła mnie energia i jadąc na rowerze, dawałem jej upust.

Reklama

Ale o kolarstwie wtedy nie myślał. Bardziej kręciła go piłka nożna. Miał swoich piłkarskich idoli i chciał grać w piłkę, jak oni. Zamierzał nawet zapisać się na treningi w klubie sportowym. Ale wszystko potoczyło się inaczej i piłkarzem nie został. A pomysł na kolarstwo podrzucił mu wujek. Powiedział, że jak nie piłka nożna, to może rower”?
Pod koniec szkoły podstawowej Damian rozpoczął treningi kolarskie w wieluńskim klubie. Trenował tam niecałe dwa lata. Na przeszkodzie w kontynuowaniu kariery, stanęły liczne obowiązki związane z nauką w szkole średniej. Brakowało czasu na treningi trzy razy w tygodniu. Musiał zrezygnować z kolarstwa sportowego.
W 2002 r. rozpoczął w szkole pracę zawodową. Rower wtedy na nowo stał się dla niego ważny, ale już do celów turystycznych. Poznał tam kolegę Adama, zapalonego rowerzystę, z którym często jeździł w okolicach Łaszewa, Kamionu i Krzeczowa.
W kolejnej szkole nasz rozmówca spotkał innego miłośnika jazdy na rowerze, Roberta. Zaproponował on Damianowi dużą, turystyczną wyprawę po Polsce. Ale upłynęło jeszcze kilka lat zanim do takiej wyprawy doszło. A przez ten czas Damian wyjeżdżał na krótsze wycieczki z kolegami lub młodzieżą, którą uczył, a także dojeżdżał rowerem do pracy.

- Mam samochód i właściwie nie muszę jeździć do szkoły rowerem – wyjaśnia nauczyciel.
- Ale wybieram rower, bo tak lubię. Uczniowie kiedyś zadali mi pytanie: A pan to na tym rowerze tak przez cały rok? Wtedy odpowiedziałem: Tak, do chwili, gdy temperatura nie spadnie poniżej 15 stopni. Byli zaskoczeni. W ten sposób pokazuję też młodzieży pewien styl bycia. To, że w zdrowym ciele, zdrowy duch, że roweru nie trzeba się wstydzić.

Reklama

W 2016 r. Damian Łacina wraz ze swoimi przyjaciółmi Robertem i Danielem rozpoczął swoją wielką wyprawę po Polsce. Od tego czasu stały się one coroczną tradycją – tygodniowy wyjazd w męskim gronie.

- Jestem nauczycielem geografii, więc planowanie trasy, szukanie informacji o danym miejscu, obliczanie długości poszczególnych dziennych etapów – wszystko, co wiąże się z naszymi wyjazdami, sprawia mi niesamowitą frajdę – mówi.
- Wybraliśmy szlak Green Velo prowadzący przez północne i wschodnie tereny Polski.

Reklama

Cały szlak ma ponad 2 tysiące kilometrów, więc Damian, Robert i Daniel podzielili go na trzy części, na trzy lata. W pierwszym roku swojej wyprawy przejechali odcinek od Elbląga do Białegostoku. Do Elbląga – miejsca startu, dojechali pociągiem z Sieradza.

- Po przenocowaniu w hostelu, pełni emocji, wyruszyliśmy na trasę – opowiada wieluński cyklista.
- Dziennie robiliśmy około 100 kilometrów. Ale to nie jest ścisła zasada. Planujemy tę długość w zależności od panujących w danym dniu warunków pogodowych, od tego, jak się czujemy oraz od tego, co chcemy zwiedzić. To nie jest wyścig.

Reklama

Noclegi załatwiali każdego dnia dopiero po obiedzie, po wspólnym ustaleniu, ile jeszcze kilometrów do wieczora mogą przejechać. A spali w różnych miejscach. Była to na przykład stara przyczepa kempingowa pamiętająca czasy PRL-u albo przebudowana na dom noclegowy stajnia na Podlasiu niedaleko Janowa Podlaskiego.
Obiady jedzą na trasie swych wypraw, kierując się zasadą: minimalne ceny – maksymalne wrażenia.

- Zawsze po przybyciu do danej miejscowości, pytamy miejscowych, gdzie można coś dobrego i taniego zjeść – relacjonuje Damian.
- Idziemy chętnie tam i zazwyczaj są to trafione miejsca. Pamiętam w Lidzbarku Warmińskim obiad w zwykłym domu nieopodal zamku. Zamówiliśmy pierwsze i drugie danie. Myśleliśmy, że dostaniemy zupę na talerzu, a tymczasem pani każdemu z nas przyniosła wielką wazę z zupą. Była kapitalna. Zjedliśmy po dwa talerze i z drugim daniem mieliśmy już problem. Niby nic takiego, ale to dodatkowy smaczek tych naszych wypraw.

Reklama

Innym smaczkiem, ale już nie tak smakowitym, są zdarzające się nieraz awarie rowerów. Już pierwszego dnia swojej wyprawy, gdy jechali z Elbląga do Fromborka, jeden z nich złapał gumę, co nie zdarzyło mu się od 30 lat. Wymianę dętki musieli przeprowadzić w lesie, w towarzystwie chmary komarów. Na dokładkę nie mieli specjalnej łyżki do tego. Na szczęście z pomocą przyszedł im jadący z przeciwka inny rowerzysta.
W 2017 r. szlakiem Green Velo zwiedzali Podkarpacie. W ciągu tygodnia przejechali kilkusetkilometrową pętlę, która rozpoczynała się i kończyła w Rzeszowie. W tej drugiej wyprawie do trójki cyklistów dołączył ich kolega Leszek. Od tej pory czwórka przyjaciół przemierza rowerowe trasy razem.
Rok później postanowili połączyć przejechane już dwa wielkie fragmenty Green Velo. W tym celu pokonali brakujący jeszcze odcinek wzdłuż wschodniej granicy Polski, by następnie przez Sandomierz dotrzeć do końca szlaku w Końskich. Była to wyprawa najdłuższa i trwała dziesięć dni. Przez ten czas pokonali ponad 1000 km.

- To był długi dystans i niesamowite emocje – relacjonuje Damian.
- Największe wrażenie zrobił na nas przepiękny Sandomierz. Niedaleko rynku znaleźliśmy „Starą piekarnię”, w której zjedliśmy przepyszny posiłek. Oprócz tego, co zamówiliśmy, można było dodatkowo zjeść chleb ze smalcem i ogórkami i wiele innych lokalnych potraw za darmo. Tak się objedliśmy, że ciężko nam było wtedy się ruszyć, a nie ma nic gorszego, jak przepełniony jedzeniem rowerzysta. Nasz postój w Sandomierzu przedłużył się o godzinę.

Reklama

W 2019 r. rowerowy kwartet stwierdził, że przejechali już szlak Green Velo, zwiedzili wschodnią część Polski i teraz pora przenieść się na zachód. Pomyśleli o szlaku Odra – Nysa Łużycka, ale po zachodniej stronie granicy polsko – niemieckiej. Wyruszyli ze Szklarskiej Poręby i przez Polanę Jakuszycką dotarli do źródeł Nysy Łużyckiej w Czechach, gdzie formalnie rozpoczęli swoją wyprawę.

- Pamiętam, że był wtedy straszny upał, 37 stopni Celsjusza – mówi wielunianin.
- Najgorętszy dzień podczas wszystkich naszych wypraw. To wtedy miałem mały kryzys i zrozumiałem, że zawsze należy wsłuchiwać się w swój organizm. Nie można zapominać o częstym piciu wody i odpoczynku na trasie.

Reklama

Przez prawie całą wyprawę jechali po zachodniej stronie granicy polsko – niemieckiej.

- Zachwycaliśmy się jakością tamtych dróg rowerowych – przyznaje geograf.
- Można było jechać ścieżką biegnącą górą po wale powodziowym i podziwiać krajobrazy po polskiej stronie Nysy lub Odry. Wielkie wrażenie robiło na nas wielu Niemców w wieku powyżej siedemdziesięciu lat, którzy jeździli na rowerach. U nas rzadki to widok.

Damian Łacina jest również miłośnikiem fotografii. Nic zatem dziwnego, że we wszystkich wyprawach towarzyszy mu aparat fotograficzny.

Reklama

- Jak widzę piękny widok lub jakiś ciekawy moment warty tego, by go uchwycić, to sięgam po aparat i utrwalam to – mówi.
- Często są to zwyczajne chwile, ale później, gdy przeglądamy z kolegami takie zdjęcia, przywołują one wiele wspomnień.

Na rok 2020 cała czwórka zaplanowała wyprawę wzdłuż wybrzeża Polski od Szczecina do Gdańska. Niestety, na przeszkodzie stanęła pandemia. Organizowała wtedy jednodniowe wyjazdy, na przykład w okolice Olsztyna koło Częstochowy, Sieradza, Olesna. Wielkie wrażenie zrobiła wtedy na kolarzach ścieżka rowerowa z Praszki do Olesna, na której czuli się, niczym na rowerowej autostradzie.

Reklama

- Życia bez rowerów i naszych wypraw sobie nie wyobrażamy – kończy Damian.
- Na dwóch kółkach widzi się więcej. Liczy się nie tylko cel, ale każdy przejechany kilometr. Tego, co widziałem, nikt mi nie zabierze. Niekiedy, gdy mam jakiś problem do rozwiązania, wsiadam na rower, ciesząc się z chwili samotności. Wtedy porządkuję swoje myśli, mogę porozmawiać sam ze sobą, zastanowić się nad czymś. Moi bliscy, dzięki mnie, też polubili jazdę na rowerze i czasem robimy sobie małe, rodzinne wycieczki wokół Wielunia. Fajne jest takie wspólne spędzanie czasu. Mogę to wszystkim polecić, zwłaszcza w czasach zdalnej nauki i pracy. Jak śpiewa Lech Janerka w pewnej piosence, w której pada moje imię: „rower, to jest świat”.

Elżbieta Wodecka 
 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości