Reklama

Ratownicy medyczni z wieluńskiego nie czują się bezpieczni: każdy wyjazd to ryzyko

Zawód ratownika medycznego wiąże się z ryzykiem na wielu płaszczyznach. Cała Polska mówi o śmierci medyka ugodzonego nożem przez pacjenta. Ratownicy na terenie powiatu wieluńskiego również nie czują się bezpiecznie. O trudnych sytuacjach w pracy mówi Sebastian Jasiński, ratownik medyczny pracujący na terenie powiatu wieluńskiego.

Pacjent zabił ratownika

25 stycznia, 59-letni mieszkaniec Siedlec wezwał karetkę, ponieważ gorzej się poczuł. Kiedy ratownicy chcieli przystąpić do pomocy, pacjent zaatakował ich nożem. Jednego drasnął w nadgarstek, drugiego zaś w klatkę piersiową. Ratownik zmarł zaraz po przywiezieniu go do szpitala.

W Pajęcznie senior zaatakował ratownika

Przypominamy, że podobna sytuacja miała miejsce w Pajęcznie. W grudniu 2023 roku, do 70-letniego mężczyzny została wezwana karetka. Kiedy ratownik chciał mu pomóc, ten zaatakował go nożem. Medyk trafił wtedy do szpitala, choć mając wiele szczęścia, cięcie nie zagrażało jego życiu.

Reklama

Sebastian Jasiński o problemach ratowników

- Po raz kolejny słyszymy o tym, że ratownicy medyczni zostali zaatakowani i ktoś naruszył nietykalność cielesną nie tylko funkcjonariusza publicznego, ale przede wszystkim człowieka – komentuje.

Ratownik spotyka się z wieloma niecodziennymi postawami. Najczęściej agresywni wobec służby medycznej są ludzie pod wpływem alkoholu lub innych substancji odurzających. Medycy muszą być przygotowani na nieprzewidywalne zachowania świadków, którzy często są bliskimi osobami dla pacjenta.

Reklama

- Czasami towarzystwo osoby, do której wzywane jest pogotowie, różnie reaguje. Był przypadek w gminie Skomlin, że karetka została wezwana, a na miejscu była polewana benzyną, by ją podpalić – wspomina Sebastian Jasiński.

- Trudno powiedzieć jakie były intencje osób, które to zrobiły. Nie było mnie osobiście przy tym wezwaniu, ale według świadków karetka jechała zbyt długo.

Zdarza się, że bliskimi pacjenta kieruje rozgoryczenie. Czasami człowiekowi nie da się już pomóc, co wśród świadków wyzwala wiele negatywnych emocji.

Reklama

- W takich przypadkach zazwyczaj spotykamy się z atakami słownymi – relacjonuje ratownik.

Trudna rola ratownika

- Największy problem pojawia się wtedy, gdy trzeba podjąć decyzję o zakończeniu akcji ratowniczej. Wiemy jak podejść do takich ludzi i jak im przekazać trudne informacje. Te ataki nieco bardziej rozumiemy i podchodzimy do nich z większą dozą empatii.

Oprócz nieprzewidywalnych postępowań ludzi, na ratowników czyhają inne niebezpieczeństwa. Jednym z nich są między innymi psy pilnujące posesji. Dla czworonoga obcy samochód i ludzie na podwórku to często powód do ataku.

Reklama

- Ludzie myślą, że pies, który jest z reguły łagodny, nie jest zagrożeniem dla ratownika. Transportowanie właściciela na noszach może zostać zinterpretowane przez zwierzaka jako zagrożenie – mówi Sebastian Jasiński.

- To trudna sytuacja, ponieważ kiedy przyjeżdżamy do pacjenta z zatrzymanym krążeniem, wszyscy wymagają od nas jak najszybszej interwencji. My, dbając o własne bezpieczeństwo, musimy siedzieć w samochodzie i czekać na zamknięcie psa, który nie zawsze chętnie współpracuje. Dzwoniąc po pomoc, warto pamiętać o aspektach bezpieczeństwa, bo to nie tylko ułatwia nam pracę, ale przede wszystkim umożliwia szybszą pomoc.

Reklama

Ratownicy często nie zgłaszają napaści

 Mówi się o tym, że medycy powinni być wyposażeni w kamery nasobne (sprzęt umieszczony na klatce piersiowej) po to, by zwiększyć ich bezpieczeństwo. To pozwalałoby na rejestrowanie każdego zdarzenia, przy okazji odstraszając potencjalnych napastników.

- Moim zdaniem nie jest to dobre rozwiązanie. Tam w grę wchodzi intymność, kiedy pacjent musi się rozebrać do badania – komentuje ratownik.

- Zdecydowanie bardziej popieram głosy policji i innych ratowników mówiące o tym, że kiedy jest atak na funkcjonariusza, to powinna być za to odpowiednia kara. Obecnie te konsekwencje są znikome. Ciężko jest wyegzekwować, aby procedura ukarania szła z urzędu. Medycy często nie chcą zgłaszać napaści dlatego, że wiąże się to z wyłączeniem całego zespołu ratowniczego z działań. Ponadto, złożenie zeznań na komendzie często trwa po kilka godzin. To bardzo duże utrudnienie i powinno to działać w prostszy sposób.

Reklama

Medycy często nie zgłaszają napaści ze względu na późniejsze niedogodności w pracy. To powoduje, że statystyki są niemiarodajne, choć jak wspomina Sebastian Jasiński, częstotliwość takich zdarzeń jest bardzo wysoka.

- Przychodząc na dyżur praktycznie codziennie spotykamy się z informacjami o jakimś ataku na ratownika. Zwłaszcza na dyżurach świątecznych i nocnych. Osobiście nie spotkałem się jeszcze z przypadkiem, w którym napastnik dostałby jakąś dotkliwą karę, na przykład pozbawienia wolności – kończy ratownik.

Miejsce zdarzenia mapa Wieluń
Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 29/01/2025 12:20
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kulisy.net




Reklama
Najnowsze wiadomości