Barbara Głowienkowska drugą kadencję pełni funkcję sołtysa Maręży. Przyznaje, że bardzo jej zależy, żeby wioska nie została zapomniana. Obecnie walczy przede wszystkim o asfaltową drogę dojazdową do Skomlina. Poza sołtysowaniem zajmuje ją życie w zgodzie z naturą, gospodarstwo, ogrodnictwo i góry.
Na gospodarza Maręży została wybrana w 2015 r.
- Poprzedni sołtys oznajmił mi, że rezygnuje z tej funkcji i chciałby, żebym przejęła po nim sołtysowanie – zaczyna Barbara Głowienkowska.
- Niestety nieżyjącego już, mojego poprzednika bardzo denerwowało, że o wszystko walczy w tej gminie, a nikt go nie słucha. Miał dość obłudy, lekceważenia i stwierdził, że może ja sobie poradzę. Na początku nie chciałam, ale ostatecznie zgodziłam się kandydować i zdobyłam zaufanie mieszkańców.
Sołtyska zaznacza, że bardzo jej leży na sercu wieś, żeby nie była zapomnianą, co niestety już wcześniej się zdarzało. W 1965 r. wykonywano elektryfikację wsi Brzeziny i Klasaka, a w Marężach dopiero 10 lat później.
- Linia elektryczna przechodziła przez środek naszej wsi, więc w tym 1965 r. wystarczyło w jedną i drugą stronę pociągnąć cztery druty i postawić parę słupów. Po 10 latach okazało się, że w 1965 r. naczelnik rady narodowej czy inny urzędnik powiedział, że Maręże mają już prąd – opowiada.
- Zrobił to specjalnie, bo on stąd pochodził, tylko musiałby płacić za doprowadzenie prądu do swojej posesji i dopiero w 1975 r. zostaliśmy podłączeni do prądu. Sołtys z radnym naszej wsi musieli jechać do Konstantynowa Łódzkiego, bo stamtąd pochodziła firma, która zajmowała się elektryfikacją. Pokazali nawet pismo potwierdzające, że mamy prąd, ale w końcu go założyli.
Maręże to najmniejsza wioska gminy Skomlin, jest 14 domostw, ale niedawno powstały cztery nowe posesje. Głowienkowska podkreśla, że w takiej małej wsi niewiele można zrobić. Za jej kadencji udało się jednak przede wszystkim zwiększyć bezpieczeństwo, dzięki wykonaniu barierek na mostach, czy po wielu interwencjach wycięciu bardzo wysokich, spróchniałych drzew. Największą obecnie potrzebą w Marężach jest zrobienie asfaltowej drogi dojazdowej do Skomlina, ok. 3,5-kilometrowego odcinka.
- Poprzedni wójt był tylko jedną kadencję, a utwardził tą drogę, bo była w jeszcze gorszym stanie. Założył nam wodociąg od pierwszego do ostatniego numeru mimo, że wieś ciągnie się bardzo długo, bo dwa kilometry 14 numerów - wyznaje Głowienkowska.
- Za jednej kadencji potrafił nam tyle zrobić i myślę, że gdyby był jeszcze jedną, to byśmy mieli wybudowaną drogę asfaltową i w XXI w. wjechali normalną drogą, a tak dalej brniemy w kurzu, błocie. Ta droga jest nam niezbędna, ale nie tylko mieszkańcy tutaj jeżdżą, bo i myśliwi z Wielunia.
Projekt drogi, sfinansowany w części z funduszu sołeckiego, jest już zrobiony, ale wciąż nie udało się pozyskać żadnej dotacji na realizację tego zadania.
Maręże położone jest od wszelkich traktów drogowych, ale za to nieopodal traktu królewskiego, którym miał przemierzać Napoleon do Marysieńki Walewskiej. W języku francuskim nazwa wioski ma oznaczać błękitną wieś. Duże wrażenie robi miejsce zamieszkania oraz sam dom sołtyski. Barbara mieszka na końcu wioski, w lesie, w drewnianym, ponad stuletnim domu, w którym podczas II wojny światowej schronienie znalazły 22 osoby. Wspólnie z mężem prowadzi gospodarstwo, uprawia ogród, kolekcjonuje rośliny, a wśród nich znajdują się m.in. szarotka i przywrotnik, które przypominają jej o ukochanych górach. Chodzi od Bieszczad po Karkonosze, przeszła całe Tatry, a bakcyla zaszczepiła także w swoich dzieciach, które teraz wędrują ze swoimi rodzinami. Do zdobycia Korony Gór Polskich zostały jej trzy szczyty.
- W górach jest piękne, niebieskie niebo, jest się takim wolnym, mimo zmęczenia w nogach, ciężaru na plecach. To jest spotkanie z prawdziwymi turystami, nawet kozice można zobaczyć, która wcale nie ucieka, tylko się patrzy i czeka, żeby jej zrobić zdjęcie – zdradza.
Na co dzień oprócz domowych obowiązków, aktywnie angażuje się w życie społeczne.
- Sołtysowanie to było dla mnie nowe wyzwanie, bardzo trudne, bo to przede wszystkim praca społeczna, działanie na rzecz mieszkańców. Kiedy chodzę z nakazami podatkowymi na początku roku odwiedzam każdy dom i wysłuchuje wszystkich problemów, które mają mieszkańcy, a potem zgłaszam do pracowników gminy, wójta i z różnym skutkiem są one rozwiązywane – podsumowuje Głowienkowska.
- Sołtys musi być konsekwentny w działaniu, nie może się poddawać, jednymi drzwiami wypchną, to trzeba otworzyć drugie. Bardzo mnie denerwują potwornie zaśmiecone lasy. Ludzie nazbierają kosz grzybów, ale zostawią kosz śmieci. W XXI w. nie dociera do społeczeństwa, że mają kosze na śmieci, za które płacą.
- Muszę za swojej kadencji doprowadzić do tego, że ta droga będzie zrobiona. Wójt mi ją obiecał i przyznał, że też leży mu na sercu. Jeśli zdrowie będzie i ludzie będą chcieli mnie dalej za sołtyskę, to dlaczego mam nie kandydować w następnych wyborach.
Katarzyna Cieślik
[email protected]
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze