Tradycję darcia pierza, czyli tak zwanych pierzajek, kobiety z Koła Gospodyń Wiejskich w Kamionce wyniosły z rodzinnych domów. Pielęgnują ją, bo jak tłumaczą, tworzona była przez pokolenia. Dlatego raz w roku, zimą, siadają przy stole i wspólnie skubią pierze. Tak stało się również w czwartek, 11 marca. Osiem gospodyń „przerobiło” prawie trzy worki gęsich piór. Przy okazji powspominały i podzieliły się dobrymi radami.
Dawniej było to normalne, że zimowe wieczory w wielu domach upływały pod znakiem właśnie darcia pierza na poduszki i pierzyny. Bo pierzyna była wtedy prawdziwą królową wśród pościeli i stanowiła bardzo ważną część posagu młodej dziewczyny wychodzącej za mąż.
- Kiedyś mieszkania nie były tak ogrzewane, jak dzisiaj – mówi Maria Olszówka, członkini KGW w Kamionce.
- Przeważnie spało się w zimnych, niedogrzanych pokojach. Paliło się w nich krótko, żeby tylko zmienić powietrze. Nieraz mróz malował szyby i pierzyna zapewniała śpiącym potrzebne ciepło. Życie toczyło się głównie w kuchni i dlatego właściwie tylko ona była ogrzewana.
Niemal w każdym gospodarstwie hodowało się kury, kaczki, gęsi. Te ostatnie przede wszystkim po to, aby z ich piór robić pierzyny. Bo najcieplejsze pierze jest ponoć z gęsi. By zebrać go jak najwięcej, ptaki te były podskubywane. Robiło się to wczesną jesienią. Znakiem do podskubywania było gubienie przez nie piór, czyli tak zwane pierzenie się.
- Jak się podskubuje gęsi, albo później je skubie, to trzeba myśleć, aby do pierza nie dostała się krew – objaśnia Stanisława Morka, przewodnicząca kamionkowskiego koła.
- Bo jak już się dostanie, to mogą w nim zalęgnąć się mole albo inne robaki. Pierze się poskleja, zrobią się z niego kulki i będzie do wyrzucenia. A ważne, żeby było czyste.
Takie zebrane, prosto od gęsi pióra, nie nadają się jeszcze na pierzynę. Wcześniej, aby było puszyste, jego chorągiewkę trzeba oderwać od twardej stosiny. I to właśnie robi się na pierzajkach.
- U nas w domu było tak, że do takiej roboty schodziło się 10-12 kobiet, bo mniej więcej tyle zmieściło się w mieszkaniu – opowiada Maria Olszówka.
- Skubanie rozpoczynało się późnym popołudniem, jak już wszystkie panie zrobiły obrządek w swoich gospodarstwach. Stół z pierzem tak stawiano, by mogło wokół niego usiąść jak najwięcej osób. Każda brała porcję pierza i skubała. Jak wszystkiego nie zrobiło się za jednym razem, to następnego dnia była powtórka.
Spotkania przy skubaniu były rozśpiewane, rozgadane i zastępowały telewizję oraz radio, których kiedyś nie było. Stanowiły forum wymiany informacji. Kobiety rozmawiały o tym, co się we wsi dzieje, mówiły, co u nich w gospodarstwach, co gotowały na obiad, jaka sałatka świetnie pasuje do pieczonych mięs. A przy tym wszystkim nie brakowało śmiechu i żartów.
- Dlatego kobiety chętnie przychodziły na takie darcie pierza – mówi Halina Bernaś, kolejna uczestniczka pierzajek.
- Czekało się, aż któraś znowu zaprosi. I tak zima zeszła.
Mimo, że pierze jest bardzo lekkie, to praca przy nim już taka nie jest.
- Darcie pierza to ciężka robota – stwierdzają, kierując się doświadczeniem, Stanisława Morka, Maria Olszówka i Halina Bernaś.
Każde piórko trzeba wziąć do ręki i oskubać. Bardzo bolą opuszki palców, plecy i ramiona, bo ileż można siedzieć w jednej pozycji.
Pierzajki to spotkanie typowo kobiece. Mężczyźni rzadko na nim bywali. Korzystając z tego, że żon nie było w domu, spotykali się w swoim gronie i najczęściej grali w karty.
Każda gospodyni starała się, jak najlepiej ugościć „skubaczki”. Po kilku godzinach pracy serwowała poczęstunek.
- Zwykle były to tradycyjne ciasta – jabłecznik, sernik, ciasto drożdżowe i często pączki – wylicza Halina Bernaś.
- Ludzie robili zimą świniobicie, więc mieli swoje wyroby i nimi też częstowali – dodaje Maria Olszówka.
- Gotowało się bigos, był swojski ser. Moja mama na tę okazję robiła jeszcze masło. I do wypitki też coś się znalazło.
W czwartkowy wieczór w Kamionce było podobnie. Najpierw kobiety darły pierze, a potem raczyły się przygotowanym przez siebie poczęstunkiem. Na zasadzie „czym chata bogata” były ciasta, żurek, kaszanka, bigos, sałatki, kanapki, jaja w majonezie.
Kamionkowskie KGW „pierzajki” zorganizowało już po raz trzeci. Tym razem, z wiadomych powodów, odbyły się one w mniejszym gronie. Wzięło w nich udział osiem członkiń. Oprócz już wspomnianych, były to: Mirosława Olewińska, Sabina Kula, Elżbieta Kowalczyk, Halina Podyma i Aleksandra Lach. Pracujące przy pierzu panie odwiedził ksiądz proboszcz Wojciech Drobiec.
- Jak będzie możliwość, to zorganizujemy takie darcie pierza również w przyszłym roku – zapowiada Stanisława Morka.
- Chcemy w ten sposób zachować tę tradycję, która na wsi była zakończeniem okresu zimowego w gospodarstwie i przekazywać ją młodym.
Elżbieta Wodecka
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze