Minęły dwa miesiące od śmierci Damiana. Jego bliscy wciąż nie mogą spać spokojnie. Dręczą ich złe myśli. Nie wierzą w wersję zdarzeń przedstawianą przez policję, że Damian wszedł na maszt, spadł i się zabił. – Ktoś podrzucił tam jego ciało – przypuszczają.
Minęły dwa miesiące od śmierci człowieka. Policjanci dotąd nie zabezpieczyli nagrań z monitoringu, zainstalowanego na pobliskich posesjach. Nawet nie poprosili o ich udostępnienie. Nie rozmawiali z mieszkańcami. Prokurator również tego nie zrobił.
Reporterzy „Kulis…” pojechali na miejsce zdarzeń. Rozmawiali z mieszkańcami okolicznych domów. Odwiedzili miejsca, gdzie zatrzymało się ścigane BMW i gdzie znaleziono ciało Damiana. Zrobili to, czego nie zrobili policjanci i prokuratura - z łatwością uzyskali nagrania z monitoringu.
- Nikt. Absolutnie nikt, do tej pory, o nic mnie nie pytał. Nie było policji, prokuratora, ani dziennikarzy. Aż mnie to dziwiło – nie kryje zdumienia mieszkaniec Kozłówek, przekazując reporterom „Kulis…” nagrania z przydomowego monitoringu.
Mało tego. Jacyś policjanci pojawili się przed jego posesją 8 marca, w dniu gdy ciało Damiana zostało już znalezione. Nie wysiedli nawet z radiowozu. Postali i odjechali. Zarejestrowały to kamery.
Kamery rejestrujące umocowane są na bramie garażowej nieruchomości na posesji w Kozłówkach, bezpośrednio graniczącej z miejscem zatrzymania uciekających przed policją chłopaków. Przez kilka godzin reporterzy „Kulis…” analizowali zapisy video. Sekwencję zdarzeń, w dużym skrócie, przedstawiamy pod tekstem.
To niejedyne zaniedbanie ze strony policji i prokuratury w tej sprawie…
Damian interesował się informatyką. Zaczął naukę w szkole zawodowej w Bełchatowie, ale zrezygnował już w pierwszym roku. Nie uczył się i nigdzie nie pracował. Siedział w domu. Czasem podejmował się naprawienia komuś sprzętu komputerowego. Podobno miał do tego smykałkę.
Nie miał konfliktów z prawem. Rodzicom nie sprawiał większych kłopotów wychowawczych. Nie zauważyli też, by miał jakieś problemy natury emocjonalnej.
- Owszem, wychodził gdzieś z kolegami, ale nie włóczył się, nie znikał z domu bez słowa. Zawsze wiedziałam gdzie jest – zaznacza Agnieszka Pawełoszek, matka młodego człowieka.
Ostatni raz widziała Damiana żywego w piątek, 7 marca, wieczorem.
- Nasz młodszy syn Łukasz powiedział mi, że jadą razem na jakąś imprezę do kolegi – opowiada.
W Marcelinie, w gminie Rząśnia, urządzili ognisko. Skończył się alkohol. Wsiedli w szóstkę w pięcioosobowe BMW. Damian za kierownicą, a jego brat – nie wiedzieć czemu - w bagażniku.
W Kozłówkach przed Szczercowem zatrzymuje ich policja. Damian zwalnia, by kilka sekund później wcisnąć gaz do oporu.
- Jak mijaliśmy policjanta, który zaczął walić latarką w szybę, to wszyscy krzyknęliśmy „Damian! Ciśnij dalej” – opowiada Kuba i dodaje, że po chwili uświadomili sobie, że ucieczka jednak nie ma sensu. „Zatrzymaj się, zatrzymaj” - mieli powtarzać bez skutku. A on nic. Zero reakcji, jakby nie kontaktował.
W końcu Damian skręca i zatrzymuje samochód w polu. Chłopaki zaczynają uciekać w różnych kierunkach. Damian wraca po Łukasza. Otwiera bagażnik. Krzyczy „Łukasz! Biegnij!”.
Z sześciu chłopaków, dwóch policjanci złapali na miejscu zdarzenia. Dwóch zostało doprowadzonych na przesłuchanie z domów rano. Jeden zgłosił się sam. Brakowało tylko Damiana.
”8 marca 2025 roku około godziny 13.30, funkcjonariusze Policji w Bełchatowie otrzymali informację od mieszkanki gminy Szczerców, która będąc na spacerze ze swoim psem odnalazła w okolicy masztu telekomunikacyjnego ciało mężczyzny. Po ustaleniu tożsamości zmarłego okazało się, że jest nim Damian P.” – podała później prokuratura.
- Tu leżało ciało tego chłopaka – wskazuje dziennikarzom „Kulis…” mieszkanka Kozłówek. Kobieta nie ma wątpliwości:
- Było tu. Dokładnie! Leżał na brzuchu, na prawym policzku – precyzuje.
- To dziwne, żeby tu spadł. Musiałby chyba na sam czubek wejść – przypuszcza i dodaje, że tej nocy był mróz, a maszt był oszroniony.
O śmierci Damiana koledzy dowiedzieli się późnym wieczorem, opuszczając komendę. Każdy z nich miał usłyszeć to samo zdanie od policjanta przy wyjściu: „Wiesz co odjebaliście? Twój kolega nie żyje. Wdrapał się na słup i spadł”. Początkowo uwierzyli w nieszczęśliwy wypadek.
- Przecież, skoro policja tak mówi, to musi być prawda. Po kilku dniach coraz więcej nam się nie zgadzało. Zerwany łańcuszek, ciało pięć metrów od masztu, telefon zupełnie w innym miejscu. Coś w tym wszystkim nie grało. A gdy pojechaliśmy pod ten maszt, to już byliśmy w stu procentach pewni, że to jest po prostu niemożliwe – opowiada Kuba.
20 minut po północy Damian dzwonił do brata. Łukasz już nie odebrał, bo został zatrzymany.
- Moim zdaniem już wtedy wiedział, że mają jego brata. Może chciał się przyznać, że to on prowadził. Dlatego wrócił na miejsce. Może któryś policjant go uderzył i źle trafił. No i stało się… - przypuszcza jeden z chłopaków.
Arkadiusz M., policjant który brał udział w akcji, jest obarczany przez lokalną społeczność winą za śmierć chłopaka. Mężczyzna twierdzi, że chcą zrobić z niego „kozła ofiarnego”. Twierdzi, że podczas próby zatrzymania samochodu został potrącony i do dziś nie może dojść do siebie. Nie pełni służby. Jest na chorobowym.
- Nie było żadnego potrącenia – twierdzą młodzi mężczyźni i dodają, że policjant pewnie symuluje, bo boi się odpowiedzialności.
W rozmowie z reporterami portalu kulisy.net przyznają, że nie są święci, bo przecież pili alkohol i uciekali przed policją.
- Czasem robimy głupoty, ale nie jesteśmy bandytami – oburza się Kuba.
- Nie chcemy, żeby ktoś robił z Damiana bestię, żeby mówili, że sam jest sobie winien, bo uciekał pijany i się zabił – mówi Kacper i dodaje, że Damian był jego najlepszym przyjacielem.
Rozmawiać o wydarzeniach nie chce tylko dwóch chłopaków - tych dwóch, których zdołali zatrzymać policjanci jeszcze w Kozłówkach.
Oficjalne informacje policji pojawiły się dopiero w dniu pogrzebu, pięć dni od tragicznej śmierci Damiana.
„(…) sekcja zwłok mężczyzny wykluczyła udział w tej tragedii osób trzecich (…)” – poinformowała nadkomisarz Iwona Kaszewska, rzecznik prasowa bełchatowskiej policji.
O dziwo, w oficjalnym stanowisku prokuratury nie ma stwierdzenia, że sekcja wykluczyła udział osób trzecich, jak podała przedstawicielka policji. Wyniki sekcji wskazują jedynie, że Damian nie został pobity. Rzecznik prasowa Prokuratury Okręgowej w Piotrkowie Trybunalskim Dorota Mrówczyńska podaje:
„Sekcja zwłok nie wykazała na ciele mężczyzny obrażeń takich jak pobicie, szarpanie bądź przełamanie oporu, które wskazywałyby na udział osób trzecich w przyczynieniu się do jego śmierci”.
Z tego samego dokumentu, dowiadujemy się, że wszczęto dwa postępowania, w tym jedno w sprawie „nieumyślnego spowodowania śmierci Damiana P.”. Są zatem wątpliwości.
Czytając komunikat prokuratury dowiadujemy się także, że sekcja sądowo-lekarska zwłok Damiana została przeprowadzona 11 marca, a zgodnie z jej wynikami „przyczyną śmierci mężczyzny stały się obrażenia wielonarządowe powstałe przyżyciowo na skutek upadku z wysokości”.
Zaś wynik badań na zawartość alkoholu w ciele zmarłego wykazał stężenie o wartości 1,06 promila alkoholu we krwi, a w moczu 1,52 promila. Przeprowadzono też wstępne badania na zawartość środków odurzających i psychotropowych, które jak podaje rzeczniczka prokuratury, miały wykazać pozytywny wynik, wymagający dodatkowego potwierdzenia.
By wykluczyć brak obiektywizmu i bezstronności Prokurator Okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim przeniósł sprawę z Prokuratury Rejonowej w Bełchatowie do Prokuratury Rejonowej w Radomsku.
Rodzice nie zostali w ogóle poinformowani, gdzie jest ciało ich syna. Sami sprawdzali w bełchatowskim szpitalu. Zwłoki Damiana nigdy nie zostały jednak przetransportowane do tamtejszego prosektorium.
- Szukaliśmy go wszędzie. Nawet na policji nie powiedzieli nam, gdzie on jest. Wiedzieliśmy tylko, że ma być sekcja zwłok – wspomina matka zmarłego 22-latka.
W końcu dowiedzieli się gdzie jest. Pojechali do zakładu pogrzebowego. Chcieli go zobaczyć.
- Wzięłam dowód Damiana. Pokazałam, że to mój syn. Powiedzieli: ”Nie! Musi pani jechać na policję i do prokuratora i wtedy może sobie pani ciało obejrzeć” – opowiada Agnieszka i dodaje, że prokurator przekazał im, że ciało syna mogą odebrać dopiero po sekcji zwłok i urządzić pogrzeb.
- To jest niewyobrażalne, nie mogłam go wtedy nawet zobaczyć.
Rodzice Damiana dziwią się także, że sekcja zwłok wykonana była w domu pogrzebowym, a nie w zakładzie medycyny sądowej. Choć jak się okazuje, jest to dopuszczalne w sytuacji, gdy prywatny podmiot ma stosowną umowę i odpowiednie warunki do jej przeprowadzenia.
- Nawet po sekcji zwłok nie pokazali nam ciała syna. Tylko kartkę dali, że stwierdzili zgon. Rzeczy oddali i to wszystko – wzdycha matka Damiana i milknie na dłuższą chwilę.
- Dopiero, kiedy przywieźli ciało na pogrzeb, zobaczyliśmy jak wygląda – mówi i pokazuje zdjęcia syna w trumnie.
Łańcuszka i telefonu Damiana do dziś im nie zwrócono. Najpewniej są dowodami w sprawie. Rodzice nie otrzymali także protokołu sekcji zwłok syna.
Bliscy Damiana nie potrafią pogodzić się z jego niewyjaśnioną śmiercią. Matka korzysta z pomocy psychologa. Ojciec musiał zwiększyć dawkę leków na nadciśnienie. Brat, prawie z nikim, nie chce rozmawiać. Zamknął się w czterech ścianach. Cierpi w milczeniu.
- Mieliśmy dwóch synów. Został jeden – z trudem przełyka ślinę Agnieszka Pawełoszek z Rząśni.
- Nie chcę nikogo obwiniać, bo mnie tam nie było – ciężko wzdycha matka Damiana.
- Domyślamy się z mężem, że któryś z policjantów złapał go i pobił. Ślady na szyi wyglądały jakby ktoś go dusił – przypuszcza Agnieszka Pawełoszek.
- Nie wiem. Może on uciekał, a tamten go dopadł i wtedy… - urywa myśl, jakby przestraszona.
Sprawą zajęła się Fundacja Igora Stachowiaka. Przypominamy, że 25-letni Igor zmarł we wrocławskim komisariacie, a trzech byłych policjantów zostało skazanych za przekroczenie uprawnień i znęcanie się nad nim.
- Pilnujcie się, będziemy patrzeć wam na ręce – mówił do policjantów, zakładając fundację Maciej Stachowiak, ojciec Igora.
Stachowiak również w sprawie Damiana Pawełoszka zapowiada zdecydowane kroki, prowadzące do wyjaśnienia sprawy i wskazania winnych.
Agnieszka i Dariusz Pawełoszkowie chcą tylko jednego – sprawiedliwości. Czują się pomijani. Chodzi przecież o ich syna.
- Do tej pory nikt z nami nie rozmawiał. Nikogo nie było. Ani prokuratora, ani policji. Pomijają nas w śledztwie. Myślą, że ciemni jesteśmy? Że odpuścimy? Nie! Nie odpuścimy – twardo kończy mama Damiana.
Dziennikarze portalu kulisy.net kontynuują śledztwo…
tekst: Joanna Major, Sławomir Rajch
7 marca
8 marca


Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.